|
Początek
roku 2006 był dla polskiego kina niezwykle udany. Na ekranach pojawiło
się wiele bardzo ciekawych filmów, którym czasami towarzyszyły także
soundtracki. Bez wątpienia jednym z takich obrazów był "Hi
way" autorstwa członków słynnej grupy artystycznej
"Mumio". Na ich dzieło z niecierpliwością czekały nie tylko
rzesze fanów, ale także krytycy, którzy upatrywali w nim następcy
kultowego "Rejsu"... Muzyką do tego niezwykłego filmu zajął
się Dariusz Basiński - odtwarzający w filmie rolę Pablo - oraz Jarosław
Januszewicz - mniej widoczny na scenie członek "Mumio". Ścieżka
dźwiękowa, którą stworzyli okazała się czymś, czego na naszym rynku
jeszcze nie doświadczyliśmy... Na kilka dni przed premierą filmu
miałem okazję rozmawiać z Dariuszem Basińskim o inspiracjach i losach
powstawania muzyki do "Hi waya". Zapraszam do lektury tej
rozmowy...
Łukasz
Waligórski: Przede
wszystkim chciałem podziękować Panu za to, że znalazł Pan chwilę
czasu na tę rozmowę, zwłaszcza, że jest Pan ostatnio bardzo zajętym
człowiekiem, zgadza się?
Dariusz
Basiński: Bardzo
zmęczonym można by nawet powiedzieć, bo co prawda dużo satysfakcji i
radości z filmu i pracy przy produkcji i postprodukcji – ale było to
naprawdę bardzo eksploatujące zajęcie - w dodatku non stop poza domem.
A poza tym też obowiązki związane z promocją filmu - wywiady itp. Na
szczęście ten jest jednym z ciekawszych, bo będziemy rozmawiać o
muzyce...
Dlaczego
to właśnie Pan wraz z Jarosławem Januszewiczem zajęliście się tą ścieżką
dźwiękową – ścieżką dźwiękową oczywiście do filmu "Hi Way"...?
Jacek
Borusiński zaproponował mi zrobienie muzyki do tego filmu, a ja zaprosiłem
do współpracy Jarka Januszewicza no i tak się złożyło, że muzyka
jest w stu procentach nasza wspólna. Nie ma tutaj głównodowodzącego.
Zresztą tak się składa, że z Jarkiem już dawno myśleliśmy o wspólnej
płycie – mamy nawet spory materiał. Tymczasem powstała płyta z muzyką
do filmu, a tamten materiał czeka na swój czas.
Czyli
Jacek Borusiński nie zastanawiał się czy nie zatrudnić kompozytora, który
"zawodowo" zajmuje się tworzeniem muzyki filmowej?
Nie,
nie. Z tego, co wiem to w ogóle o tym nie myślał. Zresztą specjalnie
mnie to nie dziwi, bo typowa muzyka filmowa chyba nie leży w obszarze
zainteresowań Jacka.
Czy
Pan i Pan Jarek Januszewicz zajmowaliście się już wcześniej
komponowaniem muzyki do obrazu?
No,
jeśli obrazem można nazwać obrazy, które widzowie obserwują na
scenie, kiedy gramy w spektaklu, to oczywiście, że tak. Ale wiadomo, że
to spektakl a nie obraz filmowy. Do filmu nigdy nie tworzyliśmy muzyki.
Jest to absolutny debiut.
Z
informacji, jakie udało mi się zdobyć, wynika, że studiował Pan
romanistykę. Ale widząc Pana na scenie możemy zobaczyć jak gra Pan na
gitarze, fortepianie czy saksofonie. Jest Pan samoukiem, jeśli chodzi o
muzykę czy jednak otarł się Pan o jakąś szkołę?
Jestem
stuprocentowym muzycznym samoukiem. Zresztą w zasadzie cały czas żałuję,
że pewnych podstaw mi brakuje – tych podstaw, które może dać szkoła.
Ale z drugiej strony trochę się cieszę, że dzięki temu mam może dostęp
do pewnego rodzaju świeżości i nie stresuję się naruszaniem kanonu.
Zdecydowanie o wiele więcej czasu na uczenie się muzyki, poświęcał
Jarek, czego efekty zresztą słychać.
A
na ilu instrumentach tak naprawdę umie Pan grać?
Wie
Pan... to jest takie pytanie, które jest bardzo trudne. Na takie pytanie
muszę od powiedzieć, że na żadnym. Dlatego, że prawdziwa umiejętność
grania na instrumencie, moim zdaniem, to jest bardzo poważna rzecz. Ja
nie mówię, że to musi być poziom Glena Goulda w grze na fortepianie,
żeby można było nazwać muzyka, faktycznym muzykiem – czy Mac Coy
Tynera patrząc z poletka jazzowego. Gdyby Pan zapytał z ilu instrumentów
wydobywam dźwięki i to się czasami układa w jakąś tam całość, to
jest tego rzeczywiście wiele. Poza tym nie wierzę w takie schematy, które
gdzieś tam pokutują, że na przykład nie można łączyć gry na
puzonie z grą na saksofonie. Być może na poziomie wirtuozerskim tak
jest, ale czy tu chodzi tylko o techniczną perfekcję? Myślę, że można
ćwiczyć i na tym i na tym i świat się naprawdę nie zawali a efekty
mogą być całkiem zadowalające. Tak że łączę to wszystko, jakoś
staram się powoli rozgryzać puzon, gdzieś tam saksofon, gitarę, oczywiście
najbardziej bliski jest mi fortepian. No, ale to wszystko - tak jak mówię
- jest nieujarzmione przeze mnie nawet w jednej dziesiątej. Poza tym ważny
jest dla mnie głos, który wydaje się pozornie najłatwiejszym i takim
dostępnym instrumentem a jednak operowanie nim wymaga sporo wyobraźni i
feelingu.
Jak
wyglądały przygotowania do komponowania muzyki do "Hi waya"?
Wyglądały
nietypowo - film się dość długo montował, właściwie montował go z
naszym udziałem Czarek Kowalczuk i ja będąc od początku przy montażu
miałem możliwość kombinowania równolegle nad muzyką. Zazwyczaj jest
tak, że film jest zmontowany i wtedy kompozytor siada do muzyki. Tutaj
sytuacja była o tyle nietypowa, że w zasadzie montaż zakończył się równolegle
z końcem muzyki. Było to wygodne o tyle, że pracowaliśmy w siedzibie
Opus Filmu w Łodzi gdzie drzwi w drzwi było studio dźwiękowe i studio
montażowe. Można było swobodnie przechodzić między tymi
pomieszczeniami i próbować coś zobaczyć, trochę pomontować, trochę
znowu pograć.
Początkowo
zresztą myślałem o trochę innej muzyce: brzękotliwej, gitarowej,
surowej, brudnej takiej jak w "Paris Texas" albo raczej w filmach
Jarmuscha - lubię takie brzmienia. No, ale okazało się, że to chyba
jednak nie ten kierunek... bardzo nie lubię muzyki, która jest mocno
domknięta, dopięta na ostatni guzik i gładka.
Gra
Pan w "Hi wayu" jedną z głównych ról. Czy podczas kręcenia
konkretnych scen zastanawiał się Pan już, jaką by do nich muzykę
napisać?
Nie,
nie. Były może jakieś tam przebłyski, natomiast cały czas wtedy miałem
tą pierwotną koncepcję i wydawało mi się, że to będzie pasowało.
Natomiast wtedy byłem zdecydowanie skupiony na mojej pracy aktorskiej i
częściowo koncepcyjnej, bo to aktorstwo podobnie jak w Mumio, w filmie
Jacka było jednak też często improwizowane. Oczywiście scenariusz był
dość ścisły i w zasadzie to się jego dość ściśle trzymaliśmy,
jednak zdarzały się momenty naprawdę kreacyjne, kiedy powstawały zupełnie
nowe i dialogi i sytuacje.
W
którymś z wywiadów wspominał Pan, że przyjaźni się z Tomaszem Gąssowskim,
kompozytorem muzyki między innymi do filmu "Zmruż oczy". Czy Pan
Tomasz pomagał jakoś Panu w komponowaniu tej muzyki, dawał jakieś
wskazówki?
Z
Tomaszem poznałem się stosunkowo niedawno przez Ankę Serafińską i Iwa
Zaniewskiego. Kiedyś zachwyciła mnie piosenka Anny Serafińskiej "Małe
Kina" według tekstu Gałczyńskiego, a do muzyki właśnie Tomka Gąssowskiego.
Miałem okazję słyszeć ją kiedyś w telewizorze i dostałem jakiegoś
po prostu... odjazdu. Potem spotkałem Tomasza, on mi wręczył płytę "Ciepło
Zimno" właśnie Anny Serafińskiej ze swoją muzyką, no i
tak to się zaczęło. Pamiętam, że tego utworu słuchałem pod rząd z
trzydzieści razy a może i więcej. No i tak odkryłem też Ankę Serafińską.
Z
Tomkiem trochę rozmawiałem o muzyce do "Hi waya" wiedząc, że
komponował muzykę do "Zmruż oczy". Przyznaję się, że nie widziałem
tego filmu, więc trudno mi się w ogóle odnieść do jego doświadczeń
z muzyką filmową, ale ponieważ Tomasz jest bardzo sympatycznym i
pomocnym człowiekiem, a płyta "Ciepło zimno" bardzo ciekawa, w związku
z tym porozmawialiśmy sobie o muzyce do "Hi waya". Trudno powiedzieć
żeby dawał mi jakieś wskazówki. Po prostu puszczałem mu jakieś tam
swoje projekty, radziłem się w kwestii tego czy on w ogóle myśli, że
ja będę w stanie w takim brzmieniu to unieść. Posłuchał paru
propozycji i dodał mi odwagi. A potem zacząłem pracować z Jarkiem i
muzyka zaczęła się wtedy już bardzo dobrze układać w całość. Iwo
Zaniewski i Tomek Gąssowski pojawili się kiedyś na jednym z dni montażowych
i świeżym okiem spojrzeli na film i parę bardzo sensowych uwag nam
rzucili, które pomogły w montażu.
Jak
wyglądała współpraca z Jarosławem Januszewiczem? Jaki był podział
zadań czy umiejętności?
My
się z Jarkiem znamy dość długo. Jarek gra w naszym drugim spektaklu "Lutownica, ale nie pistoletowa tylko taka
kolba". Gra tam nie tylko
jako muzyk, ale także aktorsko... choć głównie jest muzykiem. Poza
Mumio mieliśmy jeszcze inne wspólne muzyczne doświadczenia - w zespole "Włosy Marcina Kydryńskiego" – w takim heppenerskim przedsięwzięciu
- to był prawie big band, lata temu zresztą. Graliśmy też wraz z
Jackiem Borusińskim w "Trio Kabina", potem były jeszcze "Dzikie
zwierzęta", "Imponka"... Tak że z Jarkiem jesteśmy trochę
otrzaskani, aczkolwiek nie są to jakieś długie lata na scenie czy w
studio. W zasadzie w studio to dopiero teraz się spotkaliśmy. No a
pracowało nam się - no nie wiem, ja mogę mówić za siebie – naprawdę,
absolutnie cudownie. Ja myślę, że to bardzo dobrze rokuje też na
przyszłość – uzupełniamy się. Jarek porządkuje, ja bałaganię,
improwizuję – co nie znaczy, że Jarek stroni od improwizacji. Jarek
jest time’owcem, bo głównie jest basistą. Potrafi to wszystko w związku
z tym też bardzo sprytnie aranżować. Ma skłonność, na pewno większą
niż ja, do porządku – ja bardziej do takiego, gdzieś tam "chaosu".
Na
płycie z muzyką z "Hi waya" znajdujemy piosenki, utwory
instrumentalne i dialogi z filmu. Proszę powiedzieć skąd wziął się
pomysł na to żeby ta ścieżka dźwiękowa była złożona głównie z
piosenek i dodatkowo tak bardzo zróżnicowanych stylistyczne? Bo i mamy
tutaj reggae, ostrego rocka i bossa novę. Skąd się wziął na to pomysł?
Jacek
do którejś wersji montażowej podłożył próbnie jakąś francuską
piosenkę – dość starą. I ona jakoś tam się przykleiła do początku,
jako czołówka. Trochę też nas nakierowała. Ja zresztą w tej swojej
pierwotnej wizji muzyki myślałem dokładnie też o działaniu
multistylistycznym i multijęzykowym. Dlatego też, że "Hi way" jest
trochę filmem właśnie o kreacji, o tworzeniu, o zmianach... o różnych
zmianach i klimatach i stąd ta muzyka jest taka zróżnicowana właśnie.
A jeśli chodzi o piosenki, bo sporo tam piosenek, to mieliśmy chęć
ucieczki od muzyki, powiedziałbym, stricte filmowej. Wokal trochę to może
rozluźnić a poza tym bardziej sprowadzić w stronę pastiszu, bo te
piosenki trochę są pastiszami tak naprawdę – w żadnym wypadku nie
parodiami, ale pastiszami prawdopodobnie tak. W związku z tym to dodaje
pewnej lekkości - mamy takie
wrażenie.
Chyba
najistotniejszą sprawą w tych piosenkach jest ta mnogość języków.
Ile ich jest tutaj, bo chyba każdy kawałek jest śpiewany w innym języku?
Chyba
się nie powtarzają rzeczywiście języki. Nie wiem ile ich jest... no
kilka, parę... nie liczyłem, możemy teraz policzyć, bo jest tam
francuski, jest tam niemiecki, jest włoski, jest węgierski, jest czeski,
jest portugalski, jest brytyjski – bo to brytyjski a nie amerykański
angielski. I co jeszcze? Polski też chyba jest... ale nie, polskiego na płycie
nie ma w żadnej piosence. To w filmie na sam koniec, jak już kończą się
napisy, jest taki dodatek właściwie poza filmem, gdzie pojawia się coś,
co można powiedzieć jest pewnego rodzaju zamknięciem czy puentą tej całej
koncepcji muzycznej.
Ale
to Pan śpiewa wszystkie te piosenki?
Wszystkie
śpiewam ja, Jarek się pojawia gdzieniegdzie w chórkach, a w jednej z
piosenek śpiewam z Jadwigą (żoną - przyp. red.)...
I
to jest bossa nova...
Tak.
Słuchając
tych wszystkich piosenek, mimo że śpiewa je Pan w różnych językach,
ciągle przewijało mi się jedno imię: Żizella albo Giselle... Czy to
znaczy, że ja za długo słuchałem tej płyty czy jednak coś jest na
rzeczy?
Miło,
że Pan długo słuchał, to znaczy, że można jej jednak słuchać długo...
(śmieje się) W tym filmie pada takie zdanie w pewnym momencie, że w
filmie jest tak mało kobiet. Jest takie zdanie, które pojawia się z ust
pewnej postaci na sam koniec. No i to jest takie dopełnienie tej
sytuacji, a właściwe zadziałanie na przekór... No, jeśli jest mało,
to przynajmniej ta jedna się gdzieś tam pojawia, która jest dość
tajemnicza. Pojawia się we włoskiej piosence... w niemieckiej chyba też
zresztą. I jak Państwo widzowie zechcą posiedzieć w kinie do końca
napisów to też się jeszcze raz pojawi to imię. Nie wszystko musi mieć
jakieś bezpośrednie znaczenie i nie wszystko musi mieć głęboki
sens... może ten sens później dorabiać i doklejać. Niemniej przypadków
nie ma, więc ta Gizelle czy Żizella, gdzieś tam może coś znaczy, ale
to już jest do odkrycia dla każdego.
Skąd
brał Pan pomysły na te wszystkie teksty do piosenek? Czy są one związane
z treścią filmu czy raczej całkiem na odwrót?
To
zależy, które. Niektóre są związane, a niektóre nie są. Niektóre
wynikają tak naprawdę z improwizacji. To znaczy z tego, że po prostu
stawało się przed mikrofonem i się śpiewało. No, ale na przykład
piosenka angielska jest w jakimś tam sensie napisana i dotyczy bezpośrednio
sytuacji... to znaczy nie opisuje do końca sytuacji gry w piłkę, która
tam się pojawia, ale nawiązuje niewątpliwie w ogóle do gry w piłkę w
takim trochę zabawnym kontekście. Jak ktoś sobie to przetłumaczy z
angielskiego to będzie wiedział, o co chodzi...
No
a poza tym te piosenki mają też znaczenie, jeśli chodzi o klimat czy
brzmienie, bo języki łączą się z pewnym brzmieniem. To nie jest tak,
że język to jest tylko zbiór dźwięków dla wyrażenia sensu. Śpiewając
w danym języku ma się inny głos. Tak naprawdę Francuzi mówią w inny
sposób - inaczej pracują struny głosowe i rezonatory - inaczej mówią
Brytyjczycy, inaczej mówią Czesi i to daje też znacznie ciekawsze możliwości
głosowe niż operowanie jednym językiem. W związku z tym język jest też
pretekstem do wyzwolenia pewnych możliwości melodycznych z głosu i
pewnych brzmień, uruchomienia pewnych rezonatorów itd., itd... Mówi się,
że Francuz najpierw układa usta a dopiero później wydaje dźwięk,
Polak właściwie robi odwrotnie albo w ogóle nie myśli o układaniu
ust. W związku z tym to wszystko ma też znaczenie w brzmieniu i tak jak
w filmie roi się od różnej stylistyki filmowej, w tych wizjach Jaca, który
w wyobraźni kreuje to wszystko, tak również tutaj pojawia ta kolejna spójność
muzyki z filmem. Jest sporo takich właśnie różnych klimatów, brzmień
muzycznych, które jakoś dopełniają tą wizyjność obrazową. Na pewno
nie chodzi tylko i włącznie o słowo i znaczenie, ale też bardzo ważną
rzeczą jest brzmienie i klimat piosenek, bo piosenka włoska z czymś tam
się kojarzy – z jakimś konkretnym brzmieniem. Wiadomo, że "Bossa
nova sais da cama" – taki jest tam brazylijski kawałek – też się
kojarzy z jakimś brzmieniem. To jest takie granie wprost – brazylijska
bossa nova, więc po portugalsku, ale na przykład reggae po niemiecku to
już jest coś na przekór, prawda? Bo niemiecki kojarzy się bardziej z
marszem i z czymś mocnym i twardym, a tym czasem mamy sytuację odwrotną.
To taka zabawa stylistyką. Ja nie ukrywam, że bliska bardzo od strony
stylistycznej – bo może od strony przekazu to nie do końca – jest
nam twórczość Franka Zappy, do której nawet nie śmiemy aspirować,
ale podskórnie bardzo cenimy taki dystans do muzyki i umiejętność
pewnej zabawy czy lekkości w kreowaniu. Myślę, że ta muzyka jest też,
dlatego taka, że jak już wspominałem, bardzo ważne dla nas jest żeby
uniknąć przeintelektualizowania i patosu. Lepiej jak to jest lekkie –
nie w sensie, że błahe, bo może niekoniecznie błahe, – ale mniej nadęte,
że tak powiem. Zappa to właśnie miał, potrafił odpompowywać te różne
klimaty.
To,
co jest bardzo ciekawe na tej płycie, to cytaty z filmu, które
przeplatają kolejne piosenki. Skąd wziął się pomysł na właśnie taką
konstrukcję tej płyty?
To
było w ogóle tak, że skończyliśmy robić muzykę z Jarkiem, zamknęliśmy
obraz, po czym przesunięto termin premiery - premiera została przesunięta,
bo jakiś tam termin wydawał się mniej odpowiedni niż ten, który jest
obecnie. No i w związku z czasem, który się nagle pojawił
zaproponowano nam – konkretnie producent Piotr Dzięcioł - wydanie
soundtracku z tą muzyką. Stwierdził, że interesowałby go taki
soundtrack, na którym znalazłyby się również dialogi z filmu a nie
sama muzyka. No i przystąpiliśmy do pracy w studio... najpierw nad
poszerzaniem tych kawałków, które mamy w filmie – no, bo trzeba było
dorobić zakończenia, zrobić początki, troszeczkę przearanżować
gdzieniegdzie, coś tam zmienić żeby to miało wyraz bardziej płytowy.
No i potem zaczęliśmy się zastanawiać, które z kawałków dialogowych
tam poumieszczać. Więc bezpośrednią inspiracją takiej konstrukcji
soundtracku był pomysł producenta – Piotra Dzięcioła.
Jest
Pan zadowolony z tej ścieżki dźwiękowej czy gdyby mógł zmieniłby
Pan w niej coś?
Na
razie jest jeszcze za wcześnie żeby myśleć o zmianach – na razie
jestem bardzo zadowolony. Jesteśmy z Jarkiem zadowoleni bardzo, Jacek
jako reżyser jest również zadowolony, więc na razie jest OK. Nie wiem,
co będzie za miesiąc, dwa, za rok jak tego na świeżo posłucham. W tej
chwili już tak tym nie żyjemy, jak coś się zamyka to się myśli o
następnym projekcie tak naprawdę. Jesteśmy zadowoleni tym bardziej, że
jesteśmy debiutantami płytowymi i filmowymi i to jest dla nas ogromna
frajda, że w ogóle udało się to zrobić. Zresztą muzyka naszym
zdaniem jest spójna mamy nadzieję świeża, ma jakiś walor nowatorski,
choć operuje pewnymi kanonami tak naprawdę, ale trochę je przełamuje
czy odwraca na lewą stronę.
Właśnie.
Jak ocenia Pan obecną kondycję polskiej muzyki filmowej? Myśli Pan, że
"Hi way" może wprowadzić jakąś rewolucję?
Wie
Pan co? Ja przyznam się szczerze, że ostatnio byłem bardzo zajęty,
szczerze mówiąc jestem trochę do tyłu, jeśli chodzi o filmy w ogóle...
nie tylko polskie. Dlatego nawet nie mogę oceniać kondycji polskiej
muzyki filmowej, bo niewiele jej ostatnio słyszałem... Podobno, kiedy
muzyka filmie nie zapada w pamięć to dobrze, bo świetnie współpracuje
z filmem. Ja myślę, że na dwoje babka wróżyła, bo może być i tak
dobrze, kiedy muzyka się właśnie wybija, bo sporo było takich filmów
gdzie muzyka przetrwała i nawet w pewnym sensie zupełnie równolegle, a
nawet i przerosła filmy. Na przykład "Absolwent" gdzie muzyka duetu
Simon-Garfunkel miała ogromne znaczenie a w dodatku sobie zupełnie
samoistnie zaistniała i na pewno wiele osób ją zapamiętało. Wiele
jest takich filmów... Ja w muzyce filmowej najbardziej nie lubię patosu,
to w filmach hollywoodzkich często się zdarza. Jest taki rodzaj
uderzenia, że tak powiem, w najgrubszą strunę, w gongi i w kotły, który
mnie akurat nie przekonuje.
Czy
ma Pan w swojej płytotece jakąś muzykę filmową, do której szczególnie
często Pan wraca?
W
ogóle mam niewiele muzyki filmowej w swojej płytotece... choć płyt mam
dość sporo. Szczerze mówiąc mam duży sentyment do "Kabaretu" Boba
Fosse’a i do tej muzyki. Tak naprawdę to ona najlepiej gra z obrazem.
Uważam, że Joel Grey zagrał tam genialnie - zapadł mi chyba w pamięć
bardziej niż Lisa Minelli.
"Absolwent"
jak już powiedziałem to też coś bardzo ważnego i "Simon And Garfunkel" w tym kontekście... też całościowo, łącznie z tym
niesamowitym fragmentem, kiedy ta gitara się zacina równolegle z Alfą
Romeo, którą jedzie główny bohater przerwać ożenek. "Bagdad Cafe" jest dla mnie takim bardzo miły ciepłym filmem z idealnie pasującą
piosenką - motywem przewodnim.
Ostatnio
"Trio z Belleville" ze świetną ścieżką dźwiękową. Kreskówka
francuska, która oczywiście przemknęła tylko przez polskie kina. Ale
film animowany naprawdę wielkiej klasy artystycznej. Co do fabuły, mam
pewne zastrzeżenia i trochę gdzieś tam pod koniec jakoś mi się to
wszystko rozłazi, ale jeśli chodzi o samą obrazowość i muzyki i
klimatu to jest to film niezwykły, a muzyka fantastyczna. To zabawne, bo
ja tam słyszę echa Koncertu Hebanowego Strawińskiego, który bardzo
lubię.
Planuje
Pan w przyszłości skomponowanie jakiejś innej ścieżki dźwiękowej?
Jeżeli
się pojawi taka możliwość to pewnie byśmy chętnie to zrobili, a mówię
"my", dlatego, że na razie ze wszech miar wskazane byłoby żebyśmy
pracowali razem z Jarkiem Januszewiczem i myślę, że on jest podobnego
zdania.
Serdecznie
dziękuję Panu za rozmowę i życzę dalszych sukcesów na poletku muzyki
filmowej i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mogli porozmawiać
o innej ścieżce dźwiękowej, Panów autorstwa.
Autor: Łukasz Waligórski
|