|
ŚŚcieżka
dźwiękowa do filmu „Tajemnica Brokeback Mountain" w większości
jest wypełniona piosenkami country. To gatunek muzyczny, który w USA nie
jest postrzegany jako sztuka najwyższych lotów. Jakkolwiek nie jest to
muzyka niszowa to daleko jej do świata pop-kultury, którym rządzi MTV.
Co prawda muzyka filmowa także nie ma szans w konfrontacji z plastikowymi
artystami show-biznesu jednak nie posiada ona raczej tylu przeciwników,
co country. To podobnie jak w naszym kraju z muzyką disco polo. Jej
przejaskrawiony i tandetny wizerunek odstrasza potencjalnych słuchaczy od
wgłębienia się w nią. W USA country jest obiektem wielu złośliwości
i żartów, które sprawiają, że nikt tak naprawdę nie traktuje tej
muzyki poważnie – no może z wyjątkiem ludzi w niej zakochanych. Stąd
nagrodzenie takiej ścieżki dźwiękowej Oscarem wielu członków Amerykańskiej
Akademii Filmowej może potraktować jako kiepski dowcip... Powyższy
fragment pochodzi z artykułu Łukasza Waligórskiego zamieszczonego na
stronie "Score Amateur – wszystko o muzyce filmowej". Zastanawiałem
się, czy jakoś zareagować na kolejny klasyczny polski stereotyp postrzegania country, bo nie mam złudzeń, że łatwo da się wybić
ludziom z głowy podobne bzdury, ale skoro autor wdał się w polemikę z
inwektywami na stronie polcountry.medianet.pl, znaczy, że jednak może być
w jakiś sposób podatny na argumenty.
Przytoczony fragment jest charakterystyczny dla obowiązującego w
kulturalnych salonach stosunku do country, bo przecież wyższości salonu
nad saloonem nie trzeba udowadniać. Salonowy snob nie może country potraktować inaczej, bo sprzeciwiłby się ogólnie
panującemu w jego środowisku poglądowi, a bycie outsiderem nie jest
zapewne celem, do którego dąży.
Słabością
polskiego salonu jest jednak to, że pokutują w nim poglądy zwykle o
dobrych kilka lat przestarzałe, bo na prowincję aktualne trendy docierają
z opóźnieniem i brakuje w nim świadomości tego, co jest aktualnie cool
w stolicach świata tego. Gdyby autor napisał to co napisał lat temu
dwadzieścia, rzeczywiście w pewnym stopniu nie odbiegałoby to od
prawdy. Tak mniej więcej obecność muzyki country w filmach postrzegał
w tamtym czasie sam Lonstar, ubolewając nad poprawnością polityczną
Hollywoodu, ale czasy się zmieniły, a rozwój muzyki country od wyśmiewanego
przez mieszczuchów hillbilly po wielonurtowość tego gatunku obecnie ma
niemal już stuletnią historię. Poniekąd właśnie ta historia powinna
już wzbudzać szacunek piszących o country, ale trudno wymagać znajomości
owej w społeczeństwie, które własne dzieje zna oględnie mówiąc nie
najlepiej. Nie będę się wdawał w wykład na temat roli muzyki country
we współczesnej historii Ameryki (takoż Kanady czy Australii), nie sądzę
też, że do kogoś przemówią nazwiska kamieni milowych dziejów tej
muzyki od Jimmie Rodgersa i rodziny Carterów poczynając, poprzez Hanka
Williamsa, Johnny Casha czy Lorettę Lynn wędrując, a na współczesnych,
w tym m.in. Emmylou Harris czy Alison Krauss kończąc. Country w świadomości
ukształtowanej w polskich salonach i tak pozostanie pod postacią
niehomoseksualnego prymitywnego kowboja w kapeluszu, rodem z westernu
ilustrowanego muzyką Dimitri Tiomkina.
Kino,
zwłaszcza w epoce końskich oper i późniejszego country and western, w
znacznym stopniu przyczyniło się do powstania złych stereotypów, z tym
że rzeczywistość w znacznej mierze zwykle odbiega od wizji filmowej, o
czym należałoby pamiętać. Zauważę jednak, że historyczność
country jak armia czołgów przetacza się po porównaniu tego gatunku z
disco polo – zjawiskiem, które zostało wykreowane chwilowo i sztucznie
na bazie programowanych keybordów, najgorszych gustów i nie do końca
czystych pieniędzy. Być może wizualne podobieństwo wspomnianego
keybordu do gitary stalowej nasunęło komuś głuchemu takie skojarzenie,
ale prawdę mówiąc przyczyny są poważniejsze i dla naszych wykonawców
country chyba niezbyt chlubne. Bardzo zdecydowanie przeciwstawiałem się
w swoim czasie poszukiwaniu sławy i pieniędzy na discopolowej scenie
prowadzonemu przez niektórych naszych wykonawców i przestrzegałem, że
może się to wrzuceniem do jednego worka z ową miernotą skończyć. Może
się co poniektórzy powinni uderzyć w pierś.
Co
do percepcji country w Ameryce, to nie można powiedzieć, że nikt tej
muzyki obecnie nie traktuje poważnie. Nie można lekceważyć dziesiątek
milionów płyt country sprzedawanych rocznie, nie można lekceważyć
popularności takich wykonawców jak Kenny Chesney, Tim McGraw, Faith Hill
wygrywających doroczne plebiscyty People Choice, nie można nie zauważać
faktu, że rokrocznie kilka albumów country trafia na pierwsze miejsca ogólnej
płytowej listy Billboardu. Country jest aktualnie w USA, Kanadzie,
Australii jednym z najsilniejszych nurtów muzycznych i nieustannie
wykazuje tendencje wzrostowe. Znaczące z biznesowego punktu widzenia
niech będzie to, że mocno inwestują w country Japończycy, a oni zwykle
wiedzą, co robią. Finanse to jednak jedna sprawa, a wartości
niematerialne druga. Zakompleksione wobec Europy miasta wybrzeży USA
rzeczywiście traktowały country z pogardą. Określenia hillbilly, hicks,
rednecks, country bumpkins urodziły się w tych miastach, jak polskie
buraki, ćwoki, wsioki itp. Zwykle używała ich jednak nie miejska
inteligencja a proletariat szukający własnej wartości w porównaniu z
kimś jeszcze gorszym.
Warto
jednak wiedzieć, że właściwie od początku komercyjnej ery country
czyli nagrań w Bristol dokonywanych przez Ralpha Peera istniała niejaka
dwutorowość myślenia, bo nie można było przejść obojętnie obok
popularności country także w miastach. Zaowocowało to później
wpisywaniem countrowych nagrań na listę dziedzictwa narodowego Stanów
Zjednoczonych, tworzeniem muzeów i rodzeniem się dumy narodowej, świadomości,
że te kulturowe amerykańskie korzenie są jednak sporo warte. Ta świadomość
zaczęła docierać również do Hollywood. Country zaczęło dostawać
nominacje do Oskarów, że wspomnę muzykę Krisa Kristoffersona do "Songwritera" czy Dolly Parton za piosenkę
"Nine to Five" takoż
Willie Nelsona za "On The Road Again". Oskar dostał się też Sissy
Spacek za rolę Loretty Lynn w filmie "Coal Miner's Daughter".
Country
właściwie już od Nashville soundu lat sześćdziesiątych stało się
muzyką równouprawnioną komercyjnie. Związki z buntownikami spod znaku
Dylana spowodowały równouprawnienie również w obszarach określanych
jako bardziej ambitne i kulturowotwórcze. Nawiasem mówiąc Bob Dylan
przyznawał się do inspiracji, jakie czerpał od Johnny Casha. Tak Johnny
jak i przedstawiciele outlaw Willie Nelson, Kris Kristofferson, Waylon
Jennings zostali przyciągnięci przez Hollywood stając się także
aktorami. Te związki country z fabryką snów trwają i rozwijają się
do dziś, że wspomnę Randy Travisa, Travisa Tritta czy wielu innych
piosenkarzy country mających na koncie role filmowe. Można też zauważyć,
że w ścieżkach dźwiękowych filmów z takimi aktorami jak Julia
Roberts, Sandra Bullock, Robert Gear, Robert Duvall country pojawia się
nadspodziewanie często, a plotkarski światek huczał ostatnio na temat
związków Rene Zellweger z Kenny Chesneyem i Nicole Kidman z Keithem
Urbanem.
Znacznie
jednak ciekawszym zjawiskiem, mającym poniekąd socjologiczny i być może
nawet historyczny podkład, ma coraz częstsze włączanie muzyki country
do filmów, z samym country nie mających już tak wiele wspólnego.
Zastanawiam się, który z filmów uznać tu za początek tej drogi.
Przychodzą mi do głowy dwa tytuły. Pierwszy to "The Apostle"
Roberta Duvalla, a drugi to debiut reżyserski Roberta Redforda "The
Horse Whisperer". Duvall zaprosił do zaśpiewania w swoim filmie Johnny
Casha, June Carter Cash, Emmylou Harris, Patty Loveless, Lari White i
kilku jeszcze wykonawców country, z Emmylou Harris sam nawet zaśpiewał
w duecie. Jeszcze ciekawiej wygląda ścieżka "Zaklinacza koni",
gdzie trafiamy przede wszystkim na T. Bone Burnetta, ale także ponownie
na Emmylou Harris, a również na Steve'a Earle'a, Lucindę Williams, Iris
DeMent i nominowaną do Oskara za piosenkę "Soft Place To Fall"
Alison Moorer. Przegrany w oskarowej rywalizacji Redford położył być
może niechcący podwaliny pod późniejszy sukces muzyki do "O Brother
Where Art Thou" braci Cohen. Ten film umknął co prawda Amerykańskiej
Akademii Filmowej, ale został uhonorowany w muzycznej warstwie przez
przyznającą nagrody Grammy amerykańską Akademię Muzyczną. W istocie
stało się jednak coś znacznie ważniejszego, bo oto Ameryka zwróciła
się jeszcze bardziej zdecydowanie ku własnym korzeniom, co w jakimś
stopniu można było zauważyć w dwukrotnym zwycięstwie George'a W.
Busha w wyborach, osiągniętym dzięki głosom środka kraju silniejszym
niż głosy Wybrzeży.
Nie
dziwi już zatem, że do oprawy muzycznej kolejnych filmów zaprasza się
muzyków country, czego przykład mieliśmy i obecnie, gdzie w nominacjach
oskarowych znalazła się ponownie Emmylou Harris and friends, takoż
Dolly Parton i wreszcie "Walk The Line" czyli film o Johnny Cashu.
Ciekawostką jest, że to właśnie przedstawicieli uznawanego za
konserwatywny nurtu zaproszono do ilustracji muzycznej filmów o
homoseksualistach i transwestycie, co jednak zapewne nie jest przypadkiem,
a świadomym posunięciem na rzecz krzewienia tolerancji i pewnym
uwiarygodnieniem dzieł.
Przyznam,
że poza stereotypowymi bzdurami na temat country napisanymi przez autora
cytowanego na wstępie artykułu, najbardziej wkurzyła mnie wyraźna
ignorancja co do osoby Emmylou Harris, postaci dla Ameryki już w tej
chwili legendarnej, choć może nie tak powszechnie popularnej jak Dolly
Parton. Emmylou to obecnie już cała epoka muzyczna, rozpoczęta w
czasach współpracy z Gramem Parsonsem i kontynuowana na niezmiennych wyżynach
po dziś dzień. Nie bez powodu otrzymała kilka lat temu Nagrodę
Billboardu za całokształt twórczości łącznie z tytułem Artystki
Wieku. Nigdy nie dała się porwać żadnemu z komercyjnych nurtów, wyrosła
ponad wszelkie style muzyczne i jeżeli obecnie nagrywa i występuje z
Markiem Knopflerem, co uwiarygadnia ją w uszach polskiego snoba, to
raczej w rzeczywistości ona uwiarygadnia Marka Knopflera w warstwie wartości
artystycznych.
Traktowana,
jak twierdzi polski salon, pogardliwie muzyka country ma i swoich salonowców,
do których należy właśnie Emmylou, takoż Alison Krauss, Mark O'Connor,
Bela Fleck, że nie wyliczę sporego tłumu gitarzystów. Dziwnym zakrętem
historii jest też fakt, że zwłaszcza na ścieżce dźwiękowej "Brokeback
Mountain" znaleźli się wykonawcy country z grupy
niepokornych czy wręcz wprost antybushowskich jak Linda Ronstadt czy
Steve Earle, autor czegoś co kiedyś nazywano protestsongami
zgromadzonymi na nagrodzonej Grammy płycie "Revolution Starts Now".
Można ubolewać, że autorzy piszący o filmach, w których pojawia się
country, o tej muzyce mają bardzo blade pojęcie, trudno wybaczyć brak
odpowiedzialności za słowo pisane. Mogę się dziwić, że Oskara za
piosenkę dostają wyrapowane narzekania alfonsa z Los Angeles, nie będę
jednak twierdził, że rap, hip hop i wszelkie odmiany tego samego to
wylansowany dla skanalizowania gniewu czarnuchów bełkot. Mam jednak
przeczucie, że prosta i urokliwa piosenka "Travellin' Thru" Dolly
Parton pozostanie w pamięci znacznie dłużej niż nagrodzony Oskarem utwór,
choćby w swojej inscenizacji przypominał nieco teatr Bertolta Brechta.
Mogę
przeprosić salonowo poprawnego autora za to, że mu naubliżano w
saloonie, ale w duchu myślę, że mu się należało, a nie wiem, co by
mu zrobili po podobnych bredniach o hip hopie dajmy na to w Harlemie.
Skorzystam jednak z okazji, żeby jeszcze raz zauważyć, że tablicowe
dyskusje przynoszą nam więcej szkody niż pożytku sprowadzając się do
inwektyw nie wspartych niczym merytorycznym. Okazuje się drodzy Tablicowcy, że jednak was czytają i po tej lekturze wyrabiają takie a
nie inne opinie o środowisku country w Polsce. Rozumiem, że czasami
trudno zapanować nad nerwami, być może też skuteczniej jest walić od
razu w pysk niż przekonywać, ale mamy jednak powody do zastanowienia. Ma
bowiem rację autor pisząc już na Tablicy (gratuluję odwagi), że środowisko
country jawi się z zewnątrz jako zamknięte i niechętne wszystkiemu co
pochodzi z zewnątrz. Sam
kiedyś w jakimś sensie tego doświadczałem wchodząc w to grono, czy później
krytykując naszych countrowych świętych za ewidentne głupoty.
Po
raz kolejny też zauważę, że brak wiedzy na temat country jest wynikiem
nie tylko niechęci medialnej i stereotypowych uprzedzeń, ale w znacznym
stopniu także brakiem słowa pisanego na temat country tworzonego przez
countrowców. Cieszę się, że po dziewięcioletniej samotnej jeździe
Dyliżansem coraz częściej pojawiają się na łamach tygodnika także
inni autorzy, ale to nadal nieco za mało. Pyskować jest znacznie łatwiej
niż dowodzić swego rozsądnymi argumentami, ale jakoś lepszej drogi od
dyskusji nie widzę. Poza tym nie zawsze ten kto nie z nami, jest
przeciwko nam. W tym konkretnym przypadku głupoty na temat country wynikały
raczej z niewiedzy niż ze złej woli. O gustach trudno dyskutować, ale
mają one to do siebie, że się zmieniają. Nie mam pojęcia, czy autor
doceni kiedyś wartości muzyki country, ale sądzę, że gdyby wiedział
choćby to, kim jest Emmylou Harris, nie decydowałby się na aż tak
druzgocącą krytykę. Zawsze warto zasiać jakieś wątpliwości wobec
racji centrali, która autorytatywnie głosi co jest dobre, a co złe, a
nie potwierdzać wątpliwe racje wyzwiskami kierowanymi pod ich adresem.
Jeśli się weźmie pod uwagę, że niecountrowcy najczęściej wyrabiają
sobie opinię o country na podstawie telewizyjnych transmisji z Mrągowa,
to trudno się dziwić, że mają country za coś nie najwyższego lotu.
Fakt, że w transmisjach znajduje się zwykle nie to, co powinno, ale w końcu
utyskuję od lat na powszechną wśród naszych wykonawców nieznajomość
standardów i współczesnych przebojów country, na średnią jakość
polskich piosenek, na niechęć do przyjmowania krytyki i pracowania nad
repertuarem i sobą. Z zewnątrz to widać chyba lepiej i nawet ci, którzy
początkowo uprzedzeń do nas nie mają, siłą rzeczy nabywają ich. Nie
próbujemy trafić z country do szerszych grup ludzkich, jakby jakoś nam
na szerszej publiczności nie zależało. Tymczasem nie do każdego
country jak widać dociera wprost. Kiedy chodziłem z pomysłem opartego
na piosenkach z filmu "Bracie gdzie jesteś" widowiska "Nocny pociąg
do Memphis" argumentem przekonywującym telewizyjnych decydentów było
nazwisko Cohen, a nie Emmylou Harris, T. Bone Burnette czy Alison Krauss.
Taka jest rzeczywistość.
Szkoda,
że przy okazji wyświetlania w naszych kinach filmu "Walk The Line" i
Oskara dla Reese Witherspoon nie zamanifestowaliśmy jakoś naszej obecności
wspólnym seansem filmowym, ale szkoda jeszcze bardziej wszystkich przyszłych
okazji, które podobnie zmarnujemy. Słabość country w naszym kraju sami
poniekąd wypracowujemy i może czas przestać się obruszać na fakt, że
piszą o nas nie najlepiej, bo i przecież widzą niezbyt dobrze również.
Jasne,
że wolę saloon od salonu i bliżsi mi friends in low places nawet jeśli
nie ulegam milionom sprzedanych płyt Gartha Brooksa. Chciałbym jednak,
żeby bywalcy naszych kulturalnych salonów powoli zaczęli zmieniać
swoje widzenie i słyszenie muzyki country, bo chociaż tego może nie
potrzebuję aż tak bardzo do szczęścia, to jednak łatwiej byłoby z
mniejszymi oporami ze strony niecountrowców żyć. Pocieszające w tym
wszystkim jest to, że dzięki Oskarom napisano ostatnio o country w
naszym kraju więcej niż przez ostatnich parę lat. Jeśli nadal filmowcy
będą sięgali po country jako tło muzyczne swoich produkcji, jest
szansa, że i w naszym kraju zacznie się stosunek do tej muzyki zmieniać,
a piszący obecnie o country źle, staną się apologetami gatunku.
Zmienne są koleje losu i czasy lepsze dla country w Polsce kiedyś
jeszcze nadejdą. Właściwie być może już nadchodzą.
Autor
artykułu: Maciej
Świątek
P.S.:
Artykuł pochodzi z bezpłatnego, internetowego tygodnika DYLIŻANS,
którego twórcą i redaktorem jest pan Maciej Świątek.
|