|
John
Kent Harrison to reżyser, który polskim widzom może być znany dzięki
takim filmom jak "Helena Trojańska" czy "Jan Paweł
II". Niedawno na ekrany naszych kin weszło też jego najnowsze
dzieło - "Dzieci Ireny Sendlerowej". Muzykę do tego obrazu
skomponował Jan A.P. Kaczmarek, a relację z jej nagrań można już od
dłuższego czasu znaleźć na naszym portalu. Nasza obecność podczas
kwietniowej sesji nagraniowej zaowocowała również krótką rozmową z
reżyserem filmu, którą teraz, w obliczu premiery "Dzieci Ireny
Sendlerowej", prezentujemy. Oto co o swoim filmie, współpracy z
Janem A.P. Kaczmarkiem, Marco Frisiną i swojej ulubionej muzyce
filmowej, opowiedział nam John Kent Harrison....
Łukasz Waligórski: Jesteśmy właśnie w
trakcie nagrań muzyki do filmu o Irenie Sendlerowej – czy może nam
pan powiedzieć, o czym dokładnie jest ten film, bo znamy tę postać,
ale niekoniecznie znamy historię...
John
Kent Harrison: Nie znacie historii? Cóż, właśnie dlatego
robimy ten film. Większość osób zna tę postać, ale nie zna jej
historii i dramatu. Właściwie to obrazujemy jedynie okres 18 miesięcy
z jej życia – to nie jest lekcja historii, ani film o holocauście.
To historia o kobiecie, która zawiązała konspirację, aby uratować
żydowskie dzieci z getta, podczas niemieckiej okupacji. Ona musiała być
bardzo silna. Kobieta, która napisała jej biografię, Anna Mieszkowska,
powiedziała, że Irena musiała mieć niemalże kamienne serce, aby móc
sprostać tak trudnemu zadaniu, jakim było przekonywanie żydowskich
matek, by oddały swe pociechy w ręce zupełnie obcych jej osób po
stronie polskiej i tym samym rozstały się z nimi prawdopodobnie na
zawsze. Więc jest to bardzo trudna opowieść o matkach i dzieciach, o
ludziach, którzy dokonują wyborów i o tym, jakich wyborów
dokonujesz, gdy mierzysz się z nieludzkim okrucieństwem.
Więc jaka powinna być rola
muzyki w takim filmie?
Rozmawiałem z Janem o trudnościach
związanych z robieniem tego samego filmu w kółko. To znaczy... już
od 50 lat robi się rodzinne dramaty telewizyjne ze sporym budżetem.
Zrobienie w tym samym tonie filmu mówiącego o holocauście niemal zupełnie
się wyklucza. Jest to więc bardzo subtelna linia pomiędzy niedzielną
rozrywką dla całej rodziny, a czymś co jest bardzo dosłowne, przerażające
i trudne do opowiedzenia. Tak więc muzyka powinna powiązać obie te
rzeczy w jedno [śmiech].
Czy Jan A.P. Kaczmarek był
pana pierwszym wyborem?
Tak. Absolutnie.
Dlaczego?
Jan był w ogóle pierwszą osobą,
której pokazałem roboczą wersję filmu. Moim celem było, aby serce
tego filmu – moje i współpracowników – było polskie. I tak Jerzy
Zieliński został operatorem, Waldemar Kalinowski odpowiadał za
scenografię i chciałem, aby to Jan stworzył ilustrację, ponieważ
pomyślałem, że serce musi być polskie. A ja nie jestem Polakiem, ja
tylko opowiadam tą historię.
Czy użył pan temptracku
przy pracy nad filmem?
Tak. Szczerze mówiąc użyłem
muzyki innego polskiego kompozytora – co prawda wtedy nie zdawałem
sobie sprawy z tego, że to Polak, ale jego muzyki właśnie użyłem.
Kto
to taki?
Nie pamiętam jak się nazywa,
ale zrobił niedawno "We own the night", to starszy jegomość...
Wojciech Kilar.
Tak.
Świetny kompozytor.
Tak. Absolutnie fantastyczny. Byłem
tym bardzo zaskoczony, że to właśnie jego wybrałem na podkład. I
poprosiłem Jana, aby wybaczył mi moją niewiedzę. [śmiech]
Czy uważa pan, że jakieś
szczególne lub specyficzne instrumenty powinny zostać wykorzystane w
tej ilustracji?
Cóż, raz jeszcze powiem, że
serce tego filmu powinno być polskie i to samo dotyczy muzyki, która
uwypukla narodowość. Polska to kraj Chopina, tak więc mamy tu oczywiście
fortepian i smyczki. Jest też i wiolonczela czy obój, które to
instrumenty trafiają wprost w serce – myślę, że są najlepszym
wyborem.
Ma pan ciekawe doświadczenia
z innymi kompozytorami – zrobił pan między innymi film o Janie Pawle
II, przy którym współpracował pan z Marco Frisiną, mam rację?
Tak.
I jak to jest pracować z
kompozytorem, który jest księdzem?
Ciężko [śmiech]
A
Janem A.P. Kaczmarkiem jest łatwiej?
To, co jest wspaniałe u Jana,
to fakt, że on też potrafi opowiadać historię. To świetny
kompozytor, ale tak jak ja jest narratorem. Zdaję sobie sprawę, że ja
nie muszę operować muzyką, nie muszę martwić się o to, aby dany dźwięk
pojawił się w odpowiednim momencie, ale muszę operować emocjami
opowieści i strukturą dramaturgiczną. Dlatego muzyka i film są tak
mocno ze sobą powiązane, gdyż tak samo operują tempem i ruchem. I
Jan opowiada za pomocą motywów muzycznych – chyba słyszeliście
ostatni fragment, który zagrał. Zaczyna się od bardzo uroczego
fortepianu, do którego dochodzą mocne skrzypki, co wnosi...
Napływają emocje...
Mnóstwo. I to w tak krótkim
czasie.
W dwie minuty.
Dokładnie. Tyle różnych
aspektów tej historii ukrytych jest w jednej tylko melodii. Natomiast
Marco Frisina jest – jak wspomniałeś – księdzem i nie przywykł
do tego rodzaju struktur, do opowiadania złożonych historii. Dlatego
czasami zmuszony byłem do edycji materiału. Z drugiej strony on ma
duszę anioła, dzięki której uchwycił sedno historii.
W
jaki sposób pracuje Jan A.P. Kaczmarek Czy
dawał panu jakieś próbki lub wskazówki co do tego, jak będzie wyglądać
muzyka, czy po prostu skomponował całość i teraz słyszy ją pan po
raz pierwszy?
Nie, nie – pracowaliśmy nad
tym razem. Pokazałem mu film, potem rozmawialiśmy o emocjach, jakie
wywołuje. Chciałem jego szczerej odpowiedzi – jeżeli film by mu się
nie spodobał, to wtedy nie mielibyśmy o czym mówić, nie zrobiłby
tej muzyki. Ale film mu się naprawdę spodobał – zrozumiał, co chcę
zrobić. Co prawda chyba nie do końca uwierzył mi, gdy powiedziałem,
że chcę opowiedzieć o tej kobiecie, o tej Polce, ale nie chcę robić
filmu o holocauście. Zgodził się w każdym razie – rozmawialiśmy o
całej linii emocjonalnej, o bohaterce: kim była i co zrobiła. Potem
Jan napisał mi kilka krótkich motywów, które także omówiliśmy.
Motywów opisujących
postaci?
Tak. Byłem bardzo
zaniepokojony... Wiem, że Irena Sendler w ostatnich miesiącach życia
mówiła w wywiadach, iż jeśli ktokolwiek zrobi kiedyś ten film, to
jest dla niej bardzo ważne, aby publiczność zrozumiała, jak wielki
był strach poza gettem, wśród polskiej społeczności – ich
rozterki na temat, co mogą, a czego nie mogą zrobić dla Żydów. I
ten strach był zaraźliwy. Chciałem, żeby film i muzyka były właśnie
w takim tonie – klimatu wiecznego osaczenia. I tak to nakręciłem.
Sceny kręcone były często zza drzwi, czy okien, tak aby stworzyć wrażenie,
że jest się cały czas obserwowanym. I postaci zawsze rozglądają się,
jakby były na ulicy Nowego Yorku. Ale nie chciałem za dużo dopowiadać
– chciałem, żeby muzyka się tym zajęła. I dostałem dwa motywy w
tym tonie, z których jeden jest naprawdę fantastyczny.
I
ostatnie pytanie – czy ma pan jakichś ulubionych kompozytorów
filmowych?
Cóż, chyba nie będę się
wstydził jeśli powiem, że lubię Hansa Zimmera. [śmiech]
Nie ma się czego wstydzić.
Lubię też Danny’ego Elfmana,
no i oczywiście Ennio Morricone.
Dziękuję za rozmowę.
Autor wywiadu: Łukasz Waligórski
Tłumaczenie: Mefisto
Przeczytaj
także:
|