• Przepraszam, czy tu biją?
  • Mam tu swój dom
  • Sweet Tooth
  • Company Business – expanded score
  • Iron Giant, The – The Deluxe Edition
Wywiady

 

Chciałbym spytać także o Pana dzieła poza-filmowe. Mam tutaj na myśli "Kantatę o Wolności" i "Oratorium 1956". Jakie są różnice i podobieństwa między pisaniem muzyki do filmu a tworzeniem dzieł koncertowych. W której z tych dwóch form czuje się Pan lepiej?

Największa różnica polega na tym, że nie odczuwam pewnej presji. Nie ma tutaj konkretnego dzieła, z którym ta muzyka musi się łączyć i pełnić jakąś inną funkcję. Ale oczywiście jest też podobieństwo. Każdy temat, na który się pisze, zwłaszcza jeśli jest to temat polityczno-społeczny to zawsze jest to pewien rodzaj filmu. Zawsze występują serie obrazów czy znaczeń, które uruchamiają mnie jako kompozytora. Dlatego ja się nie odrywam kompletnie od tego jak myślę i piszę. Poza tym bardzo lubię, kiedy muzyka służy ważnej idei. Żyjemy w czasach ogromnego kryzysu całej planety, gdzie nie wiadomo czy nam się jutro klimat nie zawali i zniszczy naszą cywilizację, czy będziemy zatruci przez zatrutą żywność, którą jemy. Jesteśmy pod wpływem wielkich korporacji i gigantycznych pieniędzy, komercjalizacji. Jest mnóstwo rzeczy, które są zgubne dla ludzi jako gatunku. Kompozytor i każdy artysta ma obowiązek - dla mnie jest to przynajmniej oczywiste – brać udział w jakiejś debacie. Swoim dziełem i pracą zajmować jakieś stanowisko. Dla mnie te dwa dzieła pozafilmowe były bardzo ważne, bo mogłem dzięki nim zająć swoje stanowisko w sprawie tak ważnej jak wolność. Oprócz złożenia hołdu pewnym wydarzeniom, dla mnie ważna była dyskusja na temat wolności, bo ona przecież zawsze może się skończyć z zupełnie nieoczekiwanych powodów. Zawsze trzeba mówić o ważnych sprawach. Każda epoka ma swoje prawa, zasady i priorytety, ale dzisiaj mówienie o muzyce absolutnej, która nie ma żadnej treści jest niebezpieczne. Muzyka, podobnie jak inne sztuki powinna się angażować w życie.

Chciałbym zapytać o źródła Pana inspiracji, dlatego że słuchając zarówno "Kantaty o Wolności" jak i "Oratorium 1956" ja osobiście znajdowałem sporo nawiązań do minimalizmu – zwłaszcza tego minimalizmu znanego z twórczości Philipa Glassa. Pojawiają się tam takie monotonnie powtarzające się kilkunutowe motywy. Czy faktycznie ten kompozytor, którego miał Pan okazję poznać w ubiegłym roku na Malcie, jakoś wpłynął na Pana twórczość?

Absolutnie. Philip Glass jest jednym z twórców minimalizmu jako kierunku i pewna repetytywność jest częścią tego stylu. Ten język powstał bardzo dawno temu i dzisiaj każdy kompozytor ma prawo z niego skorzystać. W historii muzyki zawsze tak było, że używało się pewnego języka. Dla mnie minimalizm, rozumiany jako pewna repetytywność, jest punktem wyjścia – ważnym językiem. I jeżeli chce się mówić wyraźnie to jest niewiele innych możliwości naprawdę ciekawych i świeżych. Kompletnie nie do przyjęcia jest język awangardy lat 60 i 70. Ten język stracił swoją nośność i sięgnąłem celowo po język minimalizmu. Mogę mieć tylko nadzieję, że znalazłem swój głos jego w ramach. Wyszedłem z pewnych struktur i poszedłem we własnym kierunku.

Na ile według Pana kompozytor filmowy może być artystą? Czy bardzo sformalizowana praca w Hollywood - podział pracy, mała ilość czasu, ghost writing - nie zabija tej iskierki twórczej, która leży u podstaw pracy kompozytora? Innymi słowy czy jest możliwa sztuka w korporacyjnym systemie nastawionym na zysk i sukces?

To jest jeden z tematów, który mnie fascynuje. Był Pan na seminarium kompozytorskim i pewnie zauważył Pan, że trochę o tym mówiłem. To jest najbardziej podniecająca część uprawiania mojego zawodu dzisiaj. Jak w tych ograniczeniach, które Pan znakomicie opisał, znaleźć swój własny głos? To mnie właśnie fascynuje w pisaniu muzyki filmowej, że jest to zawsze konfrontacja wolności ekspresji własnego języka z pewną presją czasu, tematu czy tego, że czasami wystarczyłoby coś skopiować czy stworzyć coś podobnego do temp-tracka. W każdym zawodzie, także w muzyce filmowej są ludzie, którzy mają klasę, ambicje i chcą zostawić po sobie coś niezwykłego. Czasami im się udaje, czasami nie, ale ich umysł kieruje ich w bardzo ambitne miejsca. I ja należę to takich, którzy mają taki głód. Zawsze chcę znaleźć coś takiego, co nie jest kopią czy łatwizną. Jest pewna etyka pracy – każdy zawód ma swoją etykę. Dawniej to było oczywiste. Czy to był piekarz, jubiler czy szewc, oni wszyscy mieli swoje standardy. Ci, którzy chcieli być szanowani i traktowali poważnie swój zawód, pracowali według pewnych standardów. To samo jest w moim zawodzie. Są ludzie którzy idą na łatwiznę i którzy ulegają tej presji, ale po nich nic nie zostanie. Ale są też ci którzy często brną pod prąd, ryzykują, płacąc za to dużym stresem i próbują mówić jakimś ciekawym głosem. I to właśnie ci ludzie na końcu wygrywają. Bo nawet jeśli się nie uda dzisiaj, albo jutro, to uda się następnego dnia. To jest ciągła walka i to się nigdy nie kończy. To jest jednocześnie walka pełna uroku.

Zawód kompozytora filmowego jest podobny do innych zawodów filmowych. Ja nie znam dzisiaj zawodu, gdzie panuje absolutna wolność i gdzie człowiek nie ma żadnych ograniczeń, terminów, presji. Kiedy wykonuje się jakiś zawód i spodziewamy się za to wynagrodzenia to z reguły to wynagrodzenie nie przychodzi za darmo – trzeba się jednak trochę zmęczyć. Żyjemy w czasach, w których wszyscy się męczymy i trzeba umieć znaleźć w tym przyjemność. To jest bardzo ważne, żeby dać z siebie więcej niż się ludzie spodziewają. To buduje, mówiąc umownie, taką dobrą karmę. Mówię to też swoim studentom, co pewnie słyszał Pan podczas seminarium - dawajcie z siebie jak najwięcej, bo to do Was wróci. Jeśli człowiek zaczyna się bać, że się wyeksploatuje i da za dużo pomysłów, to jest to taki rodzaj autokastracji. Natomiast jeśli się wychodzi z przekonania, że nasze możliwości są nieograniczone to inspiracja w końcu przyjdzie. Może jutro, może pojutrze, a może jeszcze później, ale taki nowy temat, nowa harmonia w końcu nadejdzie. To jest ta magia umysłu ludzkiego, który można stłamsić, ale można go też otworzyć i wtedy produkuje nam fascynujące rzeczy.

Jak Pan zauważył to ostatnie pytanie było takim nawiązaniem do jednego z tematów Pana prelekcji podczas II seminarium kompozytorskiego Instytutu Rozbitek. Chciałbym porozmawiać teraz trochę właśnie o tej inicjatywie. Pytanie podstawowe to skąd w ogóle wziął się pomysł na to żeby kompozytor, mieszkający w Los Angeles, któremu dobrze się powodzi, wracał na przysłowiowe stare śmieci i próbował coś tutaj budować?

Jest kilka powodów. Ja zawsze lubiłem działać trochę społecznie. Niewiele ludzi to wie, bo to było dawno temu, a potem wyjechałem do Ameryki, gdzie musiałem walczyć, żeby zbudować karierę i to się udało. Wydaje mi się, że każdy ma taką potrzebę dzielenia się z innymi. Ja czuję się bardzo związany z Polską i oczywiście z Poznaniem – tutaj mam najwięcej przyjaciół i tutaj czuję się komfortowo. Pomyślałem sobie, że jest u nas potworna luka - mamy wiele wspaniałych rzeczy, ale jest też mnóstwo rzeczy tragicznie zapóźnionych. Ilość talentu jaką mamy w Polsce jest nieproporcjonalna do ilości sukcesów za granicą. Małysz skakał i już przestał skakać, w piłkę też niczego nie wygraliśmy. Jesteśmy bardzo utalentowanym narodem, ale jest jakaś bariera, może psychologiczna, której nie umiemy pokonać. Mnie się udało ją pokonać. Zdobyłem tę najwyższą nagrodę w mojej profesji i w pewnym sensie mógłbym przestać. Gdyby traktować każdy zawód w kategorii pewnego rodzaj wzrostu i pokonywania kolejnych barier, zyskiwania uznania, to ja doszedłem do miejsca gdzie mógłbym sobie już odpuścić. Ale to byłby oczywiście błąd, bo trzeba pracować dalej. Wydawało mi się, że mogę tutaj zdziałać bardzo wiele, przynosząc pewne narzędzia, jakich potrzebują zdolni ludzie w Polsce, żeby móc funkcjonować w świecie na równych prawach. Przede wszystkim zależało mi, żeby odczarować pewne mity. To, co mnie najbardziej razi w Polsce to są właśnie mity wokół kariery, sukcesu, wokół tego co się dzieje w "wielkim świecie". Ten "wielki świat", zwłaszcza amerykański jest prostym światem. Tak naprawdę polega to na tym, że jeśli robi się coś ciekawego i robi się to z uporem, przez jakiś czas, to ten świat reaguje i daje nagrody. Zapraszając Paula Brouceka i Petera Goluba wybrałem celowo ludzi, którzy są bardzo normalni. Chciałem pokazać, że na szczycie tej filmowej Ameryki nie stoi jakiś potwór, osoba do której nie ma dostępu, która jest wyalienowana, czy niezrozumiała. Tam stoi człowiek, który jest w miarę młody, ma dobrą energię, jest otwarty i naprawdę zainteresowany tym, co się tutaj dzieje. On przyjechał tutaj, nie wziął za to żadnego honorarium, bo to jest główna zasada działania w takich sprawach (my płacimy oczywiście koszty podróży w business class i pobytu tutaj). Ale nie ma mowy o żadnym honorarium, ponieważ ci ludzie traktują moje zaproszenie jako poważne zaproszenie do poważnej sprawy, którą jest praca i pomoc młodym utalentowanym ludziom w ich rozumieniu świata i w ich karierach.

Drugim powodem jest to, że Polska wydaje im się bardzo ciekawym krajem, o pewnej dynamice. Uprawiamy demokrację od tych siedemnastu lat, mamy mnóstwo problemów, wiele rzeczy nie wychodzi, ale jednocześnie jest energia. Część ludzi wyjeżdża, część nie ma szans, a część ludzi jest tutaj i potrzebuje pewnego przewodnictwa. Ja czułbym się bardzo nie fair, gdybym się tylko cieszył własnym sukcesem i jeździł sobie na wakacje do Monte Carlo, czy na Ibizę. To nie jest też jakiś czysty altruizm, bo to jest moja potrzeba, która daje mi przyjemność. Kiedy widzę, że takie seminarium jak nasze motywuje ludzi i oni wyjeżdżając z niego mają w sercu jakiś entuzjazm i wierzą, że im się może udać, to jest dla mnie zapłata za to wszystko. Najważniejsze w życiu jest to, co się dzieje między nami ludźmi. Jeżeli jest dobra energia, jeżeli ludzie sobie coś dają i wzajemnie wspierają się, to buduje się wspaniały świat. Z kolei jeśli ludzie się niszczą i mają w sobie zawiść, czy strach, to świat karłowacieje, więdnie.

Świat jest wielką globalną wioską, ale ciągle dzielimy się na drużyny. Ja chcę grać w polskiej drużynie. Ja chcę pokazać, że ta drużyna może wygrywać. Wygrałem osobiście ale mogę pokazać, że za mną pójdzie grupa kompozytorów, która dojdzie na sam szczyt – to jest możliwe. Dla mnie jest niewyobrażalne, że jestem jedynym polskim kompozytorem, który ma Oscara w sytuacji, gdy poprzedni dostał go w 53 roku. Minęły 52 lata od jednego muzycznego Oscara do drugiego – to jest ogromna ilość czasu. To jest właściwie epoka, w tym tempie, w jakim my żyjemy. Trudno sobie wyobrazić, że dopiero za następne 52 lata doczekamy się jakiegoś kompozytora, który zajdzie tak wysoko w tej hierarchii światowego biznesu. Mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek brać udział w życiu tej globalnej wioski. My konsumujemy produkty tej wioski, zwłaszcza amerykańskiej, ale mamy też prawo brać w niej udział – tworzyć, zarabiać pieniądze, cieszyć się i mieć poczucie że coś znaczymy - my Polacy.

Prawie 20 lat temu Hans Zimmer, który też zaczął odnosić wtedy sukcesy w Stanach, założył firmę Media Ventures. Ona także skupiała w jednym miejscu młodych i utalentowanych kompozytorów, gdzie mogli się od siebie uczyć i rozwijać swoje umiejętności. Rezultatem tego jest to, że większość tych młodych kompozytorów jest obecnie czołowymi twórcami muzyki filmowej w Hollywood – wystarczy tutaj wspomnieć chociażby Harry’ego Gregson-Williamsa, Johna Powella, Klausa Badelta. Czy w poszukiwaniach modelu dla Instytutu inspirował się Pan modelem właśnie tej firmy Hansa Zimmera?

Nie bardzo. Ja cenię Hansa, bo to jest przeuroczy człowiek i zrobił wiele dobrego. Ale w jego koncepcji jest pewna rzecz, której ja nie akceptuję. Oprócz tych dobrych rzeczy, które Pan wymienił, i tego, że rzeczywiście paru kompozytorów naprawdę się wybiło w obrębie jego grupy, to jednocześnie za dużo jest tam elementów fabryki. To jest taki niebezpieczny kierunek, który trochę przeczy ideałowi, w który ja wierzę, a dokładniej w to, że osobista wolność i osobisty język mają sens. Oni tam trochę za bardzo używają wspólnego języka. Ja już nie chcę wchodzić w te kwestie, o które Hans jest oskarżany, bo to nie jest mój problem i oceni to historia, czy to on pisze czy nie on... To nie ma znaczenia w tej chwili. Dla mnie znaczenie ma to, że w tej ich twórczości jest pewien element fabryki. Oni robią za dużo – nie można robić siedmiu, dziesięciu, czy piętnastu filmów w tym samym czasie. W takiej sytuacji robi się z tego czysty biznes, który ma jakieś elementy sztuki, ale bardziej jest to dobry interes.

No i zdaje się, że Hans Zimmer nie będzie promował zdrowej żywności a Pan zamierza to robić?

Pewnie nie będzie, chyba że usłyszy, że ja to robię i może też zacznie. Ja akurat wpadłem na taki pomysł, żeby połączyć to z koncepcją Rozbitka. Chcę, żeby częścią Instytutu był program zdrowej żywności. Życie to nie jest tylko twórczość i sztuka, ale także inne bardzo ważne rzeczy. Jedną z nich jest to, co jemy, zwłaszcza dzisiaj, gdy jesteśmy truci na wielką skalę – nie tylko Polacy, ale i cały świat. Jeżeli nie mamy świadomości tego, co jemy, to i nasza twórczość na tym cierpi, bo prędzej czy później zapłacimy za to cenę – my i nasze dzieci. Cała planeta zapłaci cenę za to, że jemy truciznę. Chciałbym mieć też w Rozbitku odnawialną energię elektryczną. To jest taki eksperyment, który przekracza bramy czysto artystyczne, ale wierzę, że dzięki temu, ktoś kto przyjedzie do Rozbitka będzie czuł się dużo bardziej spełniony i kompletny. To nie będzie tylko jeden wąski kierunek, jakim jest pisanie muzyki, czy robienie filmów, tylko to będzie doświadczenie znacznie szersze, otwierające oczy także na politykę – chcę mieć debaty polityczne. Chciałbym, żeby to było miejsce, które żyje intelektualnie i stymuluje do działania i do życia, także przez kontakty z innymi ludźmi. Nie ma nic gorszego prócz samotności, beznadziei i poczucia, że świat się wali. Samotność jest zgubna i ja to odkryłem jako kompozytor. To jest to nieszczęście naszego zawodu, że piszemy sami ale jednocześnie odkryłem też radość obcowania w innymi i siłę tego, jak można pomóc samemu sobie, pomagając też innym.

Czego Pan słucha na co dzień, jaka jest Pana ulubiona muzyka filmowa, muzyka w ogóle?

Ja słucham prawie wszystkiego. Ponieważ mam czworo dzieci w wieku 27, 24, 21 i 18 to oni słuchają różnej muzyki i ja siłą rzeczy wyłapuję to wszystko. W ogóle cały świat jest pełen muzyki, nawet jak tutaj siedzimy to gra nam muzyka, od której nie ma ucieczki. To jest dobre, bo trudno sobie wyobrazić kompozytora, który jest zamknięty na muzykę. Ona jest formą komunikacji, w której trzeba mieć świadomość do kogo się mówi i jak się mówi, dlatego słucham prawie wszystkiego. Oczywiście mam swoje ulubione rzeczy. Jeśli chodzi o klasykę to zawsze odpowiadam, że "Requiem" Mozarta to mój ulubiony utwór. "Misja" Morriccone to z kolei mój ulubiony kawałek muzyki filmowej. Lubię też dobry jazz, między innymi Milesa Davisa, z rocka uwielbiałem Jimmy’ego Hendrixa, Led Zeppelin i całą tę falę silnej muzyki lat 70, której nic do tej pory nie przebiło. To co się teraz dzieje to jest taka skromna kopia. Tak naprawdę w każdym gatunku muzyki można znaleźć świetne rzeczy i nie jestem w stanie powiedzieć, że czegoś nienawidzę. Są rzeczy, których nie lubię, jak na przykład country. To jednak nie oznacza, że nigdy nie odczuwam przyjemności słuchając jakiegoś utworu country.

Czy w karierze kompozytora filmowego, który zazwyczaj jest schowany za obrazem filmowym istotne jest wykreowanie własnego wizerunku? Pan na przykład często ubiera się na biało.

Ja zawsze się ubierałem na biało. Czasami od tego odchodzę, ale jakby Pan mnie znał przed emigracją, gdy koncertowałem z Orkiestrą Ósmego Dnia, to zawsze ubierałem się na biało. Właściwie tak jak wyglądałem na scenie, tak też wyglądałem w życiu codziennym. Generalnie ja się dobrze czuję w białym kolorze, zresztą w czarnym też. Można powiedzieć że na zimę ubieram się na czarno, a na lato na biało i to jest jakiś tam mój image.

Ma Pan w zanadrzu jakieś nowe projekty filmowe czy pozafilmowe? Zdaje się, że Adrian Lyne kręci teraz swój nowy film...

Mam nadzieję, że zrobimy go razem. To jeszcze nie jest potwierdzone, ale bardzo prawdopodobne. W sierpniu wracam do Los Angeles i wtedy będziemy rozmawiać. Marc Forster kręci też nowy film, który już niebawem zacznie. To są takie stare związki i zobaczmy co się wydarzy. Mam też parę projektów pozafilmowych, a wśród nich dwie swoje opery, które muszę kiedyś skończyć. Jedna z nich jest czymś na pograniczu opery i musicalu.

W takim razie życzę Panu powodzenia w nadchodzących wyzwaniach i dziękuję za tę rozmowę.

 

Wywiad przeprowadził: Łukasz Waligórski
Pytania przygotowali: Łukasz Waligórski, Tomasz Goska, Łukasz Wudarski

Serdecznie dziękuję Julii Michałowskiej za zorganizowanie spotkania, Panu Janowi za poświęcony mi czas oraz Wojtkowi Bernardowi za sprzęt nagrywający.


Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Komentarz