|
Lajos
Koltai jest jednym z najsłynniejszych węgierskich twórców filmowych.
Genialny operator, autor zdjęć to
takich filmów jak "Malena", "The Legend Of 1900" czy "Klub
Imperatora". Na Węgrzech, Koltai jest znany jako ulubiony operator
Istvana Szabo, autor zdjęć do prawie wszystkich słynnych obrazów
wielkiego reżysera, w tym nagrodzonego Oskarem "Mephisto",
nominowanego do Oscara "Confidence" i "Colonel
Redl". W 2005 roku Koltai zdecydował się wyreżyserować swój
pierwszy film – był to "Los Utracony", do którego muzykę napisał
sam Ennio Morricone. Z kolei w tym tygodniu na ekrany kin wchodzi obraz
"Wieczór", ze ścieżką dźwiękową Jana A.P. Kaczmarka, będący drugim już filmem w całości wyreżyserowanym
przez słynnego Węgra. Zapraszam do lektury rozmowy jaką miałem okazję
przeprowadzić z Lajosem Koltaiem kilka miesięcy temu podczas nagrań
muzyki do "Wieczoru"...
Łukasz
Waligórski: Jaka, według Pana jako reżysera, powinna
być rola muzyki w filmie?
Lajos
Koltai: Dobra muzyka nigdy nie przerasta filmu, co zawsze
jest problemem. Nawet jeśli muzyka jest piękna ale wykracza poza film,
czyni go niezrozumiałym. Dlatego istotne jest żeby znaleźć jakiś
balans, odpowiednią osobę. Wydaje mi się, że Jan A.P. Kaczmarek jest
dla mnie taką właśnie osobą. Znałem jego muzykę i zawsze kiedy jej
słuchałem wydawała mi się bardzo bliska. Kiedy zastanawiałem się
nad muzyką do filmu "Wieczór" zawsze myślałem o bardzo prostych
dźwiękach, które podążają za historią, ale nie będą jej
przerastać.
Uwielbiam muzykę filmową, która niczym cień podąża za historią.
To tak jak z dzieckiem, które uczy się chodzić. Ono robi pierwsze
kroki, Ty zawsze jesteś za nim i dbasz o nie. Nawet nie musisz go
dotykać, ale Twoje ręce zawsze są blisko niego i pomagają, wskazują
odpowiedni kierunek. To jest chyba najlepszy przykład na to co powinna
robić muzyka w filmie. Powinna podążać za obrazem, dbać o niego ale
jednocześnie nie ingerować zbyt mocno w treść.
Jak powstają pomysły na
muzykę w filmie, który jest dopiero we wstępnej fazie realizacji?
Kiedy po raz pierwszy zacząłem
myśleć o muzyce w filmie "Wieczór", wiedziałem, że chcę żeby była
jak najprostsza. Czułem, że potrzebuję subtelnego fortepianu i
wiolonczeli – taki był mój pierwotny pomysł. Kiedy pierwszy raz
rozmawiałem z Janem przez telefon, wytłumaczyłem mu swoją wizję
fortepianu podążającego za głównymi bohaterami, subtelnie ich
otaczającego. Wiolonczela miała się pojawiać w bardziej
emocjonalnych momentach, których w tym filmie jest bardzo dużo.
Wiolonczela miała je uczynić jeszcze bardziej przejmującymi, sprawić
żeby te momenty było trochę większe, bardziej znaczące i
niezapomniane.
O czym jest "Wieczór"?
Ten film jest
przede wszystkim o
wspomnieniach. Główna bohaterka, jest umierająca i w swoich snach
wraca do wydarzeń i ludzi, o których wcześniej nie mówiła. Na końcu
swojej drogi, kiedy już wiesz, że odchodzisz z tego świata, starasz
się szukać w swoich wspomnieniach tych dobrych momentów. Może je
masz, ale nic o nich nie wiesz?
Ona znajduje wspomnienie imienia
Harris. Nawet jej córki, z którymi mieszka nie słyszały tego
imienia. I nagle otwiera się nowa historia, w której wraca w swoich
wspomnieniach do lat 50 – dokładnie do roku 1953 – na pewien ślub.
Jest tam mnóstwo ludzi znaczących coś w jej życiu, i jest tam też
Harris, jej jedyna, prawdziwa miłość. I na tym swoim ostatnim etapie
życie, kiedy leży umierająca na raka, główna bohaterka wraca do
tych wspomnień, najszczęśliwszych chwil swojego życia i przygląda
się nim. Ten film jest pełen momentów bardzo emocjonalnych, jak
chociażby pierwszy pocałunek. W końcu każdy pierwszy pocałunek jest
momentem, który może zmienić Twoje życie na zawsze, kto wie? To samo
tyczy się wyborów. Dokonujesz wyborów, które mogą być dobre lub złe,
ale to są zawsze Twoje wybory, których konsekwencje spływają na
Twoje barki.
Dlatego zawsze myślałem o
bardzo prostej muzyce w tym filmie, a Jan się absolutnie ze mną zgadzał.
Z kolei nasze studio, Focus, które jest obecnie jednym z najlepszych,
myślało o tym trochę więcej. Zasugerowano żeby muzyka uwypukliła
emocje w filmie, jeszcze bardziej niż ja tego chciałem. To ważne,
ponieważ ja nie uważałem, że nie potrzebujemy aż takiego wsparcia
dla tych emocjonalnych momentów. Uważałem, że konkretne sceny w
filmie są wystarczająca silne i nie ma potrzeby "powiększania"
ich za pomocą muzyki. Okazuje się jednak, że studio miało rację i
mam teraz piękną muzykę, którą zresztą sam przed chwilą słyszałeś. Myślę,
że to dobra droga. Cały film jest zbudowany w bardzo poetycki sposób
na emocjach. Myślę, że muzyka Jana świetnie opowiada tę historię
ale jednocześnie jest bardzo prosta, pozostawia wiele niedomówień,
ciszy.
Przy swoim poprzednim filmie
– "Los Utracony" – pracował Pan z Ennio Morricone. Jak doszło
do tej współpracy?
Od dawna interesowałem się
Ennio Morricone. W przeszłości zrobiliśmy wspólnie kilka dobrych filmów
reżyserowanych przez Tornatore. Byłem wtedy odpowiedzialny za zdjęcia
– to były "The Legend of 1900" i "Malena". Tak więc znaliśmy się,
choć tak naprawdę nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy. On nie mówi w żadnym
innym języku niż włoski, co powodowało trudności w komunikacji. Ale
ja doskonale rozumiałem język wizualizacji filmu, co jest zresztą moją
pracą, a on doskonale posługiwał się językiem muzyki. Dzięki
czemu mogliśmy świetnie porozumiewać się za pomocą filmów Tornatore. Więc
kiedy po raz pierwszy spotkałem się z nim i powiedziałem, że będę
reżyserował swój pierwszy film pod tytułem "Los Utracony",
od razu zgodził
się napisać do niego muzykę, nawet bez czytania scenariusza. Byłem tym
absolutnie zachwycony.
Jak wyglądała współpraca
z Ennio Morricone?
Poleciałem do jego domu w
Rzymie, gdzie odbyliśmy długą dyskusję na temat filmu i książki na
podstawie, której powstał scenariusz. Ennio czytał książkę a nie
scenariusz, bo tylko książka była po włosku. Zadawał mi tysiące
pytań o scenariusz i postaci. A ja z kolei czekałem cały czas aż
podejdzie do fortepianu i może coś mi zagra. Ale on powiedział mi
"nie dam Ci niczego, dopóki nie powiesz mi czego chcesz". Więc dałem
mu pełny obraz moich oczekiwań dotyczących muzyki w tym filmie. Opisałem
wszystkie moje odczucia z tym związane. Wtedy on stwierdził, że w końcu
wie czego chcę, to bardzo interesujące i może w niektórych scenach
trzeba będzie zrobić coś kompletnie odwrotnego, ale to inspirujące
znać moją wizję tej muzyki. Dopiero wtedy podszedł do fortepianu,
rozpostarł ręce nad klawiaturą i powiedział "nie mam pojęcia co
teraz zagram, ale kiedy dotknę klawiszy i coś zagram, to będzie to co
właśnie czuję". Zaczął grać, a to co grał było piękne. Nigdy
nie wykorzystał tego w filmie, ale to było piękne. Zmusiłem go żeby
to zapisał. Powiedziałem "Maestro to było piękne, wspaniałe". On
odpowiedział "Hmm. Tak, pewnie. Nie było złe". "Maestro
powinieneś to zapisać zanim zaczniemy rozmawiać o czymś innym". W
końcu zapisał to.
Następnym razem gdy go odwiedziłem,
zaprowadził mnie od razu do fortepianu, nawet bez mówienia "Dzień
dobry". Powiedział
"Siadaj, mam dla Ciebie siedem nowych tematów". Wśród nich był
ten jeden, który zapisał wcześniej. Kiedy mu na to zwróciłem uwagę
powiedział: "Znasz to? No cóż, pamięć mi szwankuje". Odrzucił
więc go i zagrał mi sześć kolejnych. Dwa z nich odrzuciliśmy, bo
wydawały się zbyt emocjonalne i sentymentalne. W końcu zostały
cztery i obaj zgodziliśmy się, że są odpowiednie i trzeba wybrać
jeden ostateczny spośród nich. Zapytałem czy nie możemy użyć
wszystkich czterech? Przecież wszystkie cztery są świetne. Ennio pomyślał
chwilę po czym powiedział: "W porządku, posłuchaj teraz tego co Ci
zagram". Zagrał wszystkie cztery tematy jak jeden. Połączył je w piękną całość, zgrabnie przechodząc z jednego do
drugiego, trzeciego i czwartego. Wtedy zapytał mnie "Wiesz dlaczego
tak łatwo udało mi się je połączyć? Bo wszystkie one pochodzą od
tego samego. Ode mnie". To było piękne.
Jak Maestro zareagował na
sam film, gdy mógł już go w końcu obejrzeć?
Po tym spotkaniu widziałem się
z Ennio jeszcze raz. Także podczas mojego pobytu w Rzymie. Pokazałem
mu wtedy końcową wersję filmu jeszcze bez muzyki. To było piękne
popołudnie i oglądaliśmy film w prywatnej sali kinowej Ennio. Maestro
płakał pod koniec seansu. Nie mógł nawet mówić, bo był tak
poruszony. W końcu jednak powiedział do mnie: "Wiesz co? Przecież
Ty nie potrzebujesz muzyki do tego filmu. To niewiarygodne ale nawet bez
muzyki to najpiękniejszy film jaki widziałem. Ale jeśli już robimy tę
muzykę, zróbmy ją naprawdę dobrze".
I tak też ostatecznie robiliśmy.
Ennio napisał i nagrał wspaniałą ścieżkę dźwiękową. Czasami ciągle
zastanawiam się czy w pewnych momentach filmu nie lepiej by było bez
muzyki. Może lepiej było by użyć jeszcze piękniejszej muzyki, którą
jest cisza. Mamy sporo ciszy w tym filmie, ale czasami sobie myślę, że
może maestro miał jednak rację. W każdym razie muzyka działa bardzo
dobrze a film należy do udanych. W pewnym sensie "Los
Utracony"
doprowadził mnie do "Wieczoru", bo dzięki niemu pewni ludzie mnie
zauważyli i mogłem zrobić swój pierwszy film w Hollywood.
Maestro też był zadowolony. Podczas
konferencji prasowej po premierze "Losu Utraconego" powiedział do
dziennikarzy: "Możecie mnie pytać o relacje z Lajosem, jego
oczekiwania i o muzykę, ale nie pytajcie mnie o film, bo nie będę w
stanie mówić". Po pierwszym takim pytaniu zaczął płakać.
Czy wykorzystuje Pan w swoich
filmach temp-track, czyli muzykę tymczasową podkładaną jeszcze przed
zatrudnieniem kompozytora?
Robiłem tak, ale trzeba być z
tym naprawdę ostrożnym. Można się niebezpiecznie zakochać w takiej
muzyce. W przypadku "Wieczoru", jako muzyki tymczasowej, użyłem
muzyki Jana i to było dobre rozwiązanie. Zakochałem się w niej i w
ten sposób Jan dostał pracę. Kiedy później Jan zobaczył ten film, z jego muzyką z innego filmu,
powiedział: "Jezu Chryste, co my teraz zrobimy?". Ta muzyka pasowała
perfekcyjnie w niektórych scenach. Oglądaliśmy te sceny na okrągło
szukając rozwiązania a Jan tylko siedział i w kółko powtarzał:
"Jezu Chryste, jak ja mam zrobić teraz coś lepszego?". To było
największe wyzwanie. Muzyka tymczasowa tak idealnie pasowała do
filmu i uzupełniała go, że trudno było sobie wyobrazić coś jeszcze
lepszego. W końcu jednak mu się udało. Napisał muzykę, która
pasuje idealnie i sprawiła, że zapomniałem o temp-tracku. Jest
naprawdę piękna.
To samo przytrafiło mi się z
Morricone, tyle że to nie była jego muzyka. Jest taka scena w
"Losie Utraconym" gdzie więźniowie obozu koncentracyjnego stoją na
apelu. Obowiązywała tam zasada, że jeżeli kogoś brakowało, choćby
jednego więźnia, wszyscy musieli stać w miejscu dopóki ten jeden się
znalazł. Nie było istotne czy on żyje czy nie – musiał się znaleźć.
Czasami trwało to nawet osiem godzin a pozostali więźniowie musieli
stać tak nieruchomo w jednym miejscu. Chciałem pokazać tę scenę w
sposób, który zostałby zapamiętany. Chciałem pokazać, że niemożliwym
było żeby wycieńczeni więźniowie ustali tak długo. Ludzie, którzy
ocaleli z takich obozów często o tym mówili. Chciałem zastosować
jakąś specjalną choreografię, która pokazałaby ten wysiłek stania
przez wiele godzin w jednym miejscu. Zatrudniłem w tym celu znaną
choreografkę, która doskonale zrozumiała o co mi chodziło. Zachowania ludzi,
których mięśnie kurczą się ze zmęczenia. Powiedziała mi, że może
mi coś takiego pokazać ale będzie potrzebować muzyki. Włączyła więc
swoją muzykę i pokazała mi dokładnie to o co mi chodziło. Zapytałem jej
co to za muzyka i okazało się, że była to Lisa Gerrard.
No właśnie. Jak to się stało,
że ostatecznie Lisa Gerrard znalazła się na ścieżce dźwiękowej do
"Losu Utraconego"?
Lisa Gerrard to niesamowita
kobieta. To jak śpiewa jest naprawdę niewiarygodne. Słuchałem wtedy tej
muzyki i się w niej zakochałem. Choreografka zauważyła, że spodobała
mi się ta muzyka i dała mi w prezencie płytę Lisy. Kiedy zacząłem
montować film po prostu musiałem włożyć tam tę muzykę i co
ciekawe pasowała zaskakująco dobrze. Kiedy spotkałem się z
Morricone, żeby pokazać mu po raz pierwszy film, z obawą powiedziałem
mu, że znalazłem pewną muzykę, którą po prostu musiałem
wykorzystać we wstępnym montażu. Maestro zdenerwował się wtedy i
powiedział "No tak! I teraz się pewnie zakochałeś w tej muzyce i
nie możesz o niej zapomnieć!". To był bardzo trudny i niebezpieczny
moment naszej współpracy, w którym naprawdę wystraszyłem się, że
go stracę. Powiedziałem więc: "W porządku maestro. Mam ze sobą
dwie taśmy. Na jednej jest trochę muzyki Lisy Gerrard, a na drugiej jej
nie ma. Którą z nich chcesz obejrzeć?". Odpowiedział, że chce
jednak Jej posłuchać. Więc zaczęliśmy oglądać tę wersję i w pewnym momencie,
podczas seansu, maestro wstał i gdzieś poszedł. Nie wiedzieliśmy gdzie. Pomyślałem
sobie: "Jezu Chryste to już koniec. Możemy już wracać do domu. Nic
z tego nie będzie". Okazało się, że maestro podszedł do
fortepianu i zagrał jeden akord podczas gdy Lisa śpiewała. Potem
powiedział: "Dzisiaj w nocy nie będę spał i napiszę Ci nową
piosenkę. Ale musisz mi znaleźć tę kobietę, żeby to zaśpiewała".
Następnego dnia zagrał mi melodię, którą skomponował w środku
nocy. To było piękne. Lisę Gerrard znaleźliśmy w Australii i ściągnęliśmy
ją przez Budapesztu do Rzymu, żeby maestro mógł ją zobaczyć. Ona
była tym zachwycona a jednocześnie bardzo stremowana. I w ten sposób trafiła do mojego filmu.
Autor wywiadu: Łukasz
Waligórski
Specjalne podziękowania
dla Lajosa Koltaia, Jana A.P. Kaczmarka i Piotra Tatarskiego
Przeczytaj
także:
|