|
Wszelkiego
rodzaju nagrody, wręczane w różnych dziedzinach sztuki, zawsze budziły
wielkie emocje. A to dlatego, że sztuka nie jest niczym, co można by
zmierzyć lub zważyć według standardowych miar. Wszelkie jej oceny
opierają się jedynie na wrażeniach estetycznych i gustach oceniających
– a te jak wiadomo są różne. Nie inaczej jest w przepadku nagród
przyznawanych w przemyśle filmowych. Na całym świecie jest ich
niezliczona ilość, choć tak naprawdę chyba żadne z nich nie są do końca
miarodajne. Bo przecież to, co dla jednej osoby jest geniuszem, dla innej
może się okazać zwykłą tandetą.
Jednak pośród tych wszystkich nagród
filmowych, jedne cieszą się największą sławą i prestiżem –
Oscary. To nagrody wręczane, co roku przez Amerykańską Akademię Filmową
w niemal wszystkich dziedzinach filmu. Są to także wyróżnienia, które
wywołują najwięcej emocji – zarówno tych negatywnych jak i
pozytywnych. Wiele osób nieustannie twierdzi, że Oscary są jedynie narzędziem
wielkich wytwórni filmowych na zwiększenie oglądalności (czyli zysków)
i tak naprawdę prawdziwej sztuki tutaj nie znajdziemy. Jednak kiedy zbliża
się gala rozdania tych nagród wszyscy – nawet zagorzali sceptycy –
śledzą w napięciu ten wielki show, podczas którego następuje
symboliczne podsumowanie minionego roku.
Kilka
słów o historii...
Pośród
Oscarowych nominacji od niemal samego początku istnieje kategoria "Best
Score" – a zatem najlepsza ilustracyjna muzyka filmowa. Obok
niej do niedawna istniały jednak jeszcze inne, w których starano się
zawrzeć ścieżki dźwiękowe, które jakoby nie mieściły się w głównej
kategorii. Kategoria ta przez lata przechodziła wiele zmian - głównie
kosmetycznych - które miały ją dopasować do panujących trendów. I
tak na początku lat 40' istniała kategoria "Score Of a Dramatic Or
Comedy Picture", którą w 1948 roku zastąpiono kategorią
"Best Scoring of a Musical Picture". Stało się tak za sprawą
niezwykłej popularności w owych czasach musicali. Możliwość nadania
obrazowi dźwięku, po okresie kina niemego, sprawiła, że Hollywood
niemal zachłysnęło się nową technologią. Ostatecznie jednak
moda na musicale utrzymała się do roku 1961, kiedy to zrezygnowano z tej
kategorii. Zastąpiono ją za to inną, o równie dziwnej nazwie -
"Best Scoring of Music Adaptation or Treatment". Ta znowu dotrwała do roku 1967. W 1968 wprowadzono
z kolei kategorię "Best
Score of a Musical, Picture Original or Adaptation", która utrzymała
się jednak tylko dwa lata. W roku 1970 stworzono "Best Original Song
Score", a w latach 1971-1977 i 1979 istniała kategoria "Best
Original Song Score and It's Adaptation or Adaptation Score" (w 1978
pojawiła się także kategoria "Best Adaptation Score"). Dopiero w
latach 1982 do 1984 powrócono do "Best Original Song Score".
Przez długi czas, bo od roku 1985 do 1994, istniała tylko główna
kategoria, do której niestety (lub na szczęście) w 1995 dołączono "Best Original
Musical or Comedy Score". Stało się tak głównie za sprawą
niezwykle popularnych w tamtym okresie filmów animowanych. Tak się składa, że od roku
1989 Disney zaoferował nowy rodzaj kina animowanego, w którym pojawiały
się świetne piosenki i niezwykła muzyka - coś na kształt animowanych
musicali. I tak kolejno Oscary za muzykę
zdobywały filmy "Mała Syrenka", "Piękna i Bestia",
"Aladyn" (trzy Oscary dla Alana Menkena) i w 1994 roku "Król
Lew" Hansa Zimmera. Aby przerwać ten monopol bajkowej muzyki na
Oscary w roku 1995 Akademia Filmowa zdecydowała się stworzyć dodatkową
kategorię "Best Original Musical or Comedy Score", w której
zresztą od razu zwyciężył Alan Menken z "Pocahontas"
(czwarty Oscar). Ostatecznie od 1999 roku mamy tylko jedną, główną
kategorię, która moim zdaniem jest wystarczająca.
Nadzieje
i oczekiwania...
Po tej krótkiej lekcji historii czas przejść do tego, co ma być
tematem tego artykułu – tegorocznych nominacji do nagrody Amerykańskiej
Akademii Filmowej w kategorii "Best Score". W tym roku jak zwykle
nominowanych w tej kategorii jest pięć ścieżek dźwiękowych. Wyróżnione
partytury już od samego początku budziły emocje. Według wielu osób
pominięte zostały kompozycje, które bezwzględnie na nominacje zasługiwały,
a z kolei wyróżnione te, na które nikt nie liczył. Pośród wielkich
przegranych tegorocznych Oscarów znalazł się między innymi Harry
Gregson-Williams – młody kompozytor, który zachwycił w ubiegłym roku
swoimi ścieżkami dźwiękowymi do "Królestwa Niebieskiego" i "Opowieści z
Narnii". Obie te partytury zauroczyły może nie tyle
nowatorstwem, co świeżością i przebojowością. Świetne tematy i
nieco popowe aranżacje sprawiały, że tej muzyki słuchało się z
autentyczną przyjemnością i zaciekawieniem. Nominacji nie otrzymał także
Danny Elfman, który po raz kolejny przypomniał o sobie w filmie "Charlie i fabryka
czekolady". Kompozytor co prawda nie pokazał
tutaj, ani w "Gnijącej Pannie Młodej" nic absolutnie nowatorskiego,
ale za to stworzył typowe dla siebie zakręcone kompozycje, które
doskonale wpasowały się w równie zakręcone wizje Tima Burtona. Wiele
osób liczyło także na symboliczną nominację dla Jamesa Newtona
Howarda, który wykonał świetny kawał roboty, komponując w niespełna
kilka tygodni niemal trzy godziny muzyki do "King Konga". Osobiście
po cichu liczyłem też na to że doceniony zostanie także Mark Isham za
swoją niezwykłą muzykę do filmu "Miasto Gniewu". Do
ciekawszych ścieżek dźwiękowych, przy okazji których wspominało się
o Oscarach należał także "Marsz Pingwinów" Alexa Wurmana. Zamiast tego
Amerykańska Akademia Filmowa postanowiła nominować w tym roku tylko
czterech kompozytorów, w tym jednego weterana i pozostałych trzech
debiutantów Oscarowych zmagań. Zachodnia prasa nazwała takie nominacje "starciem amerykańskiego tytana muzyki filmowej z młodymi wilkami
reszty świata". Tym tytanem okazał się oczywiście John Williams, którego związek
z Oscarami już dawno przeszedł do historii. Otóż kompozytor ten
otrzymując w tym roku podwójną nominację wyrównał rekord należący
do słynnego Alfreda Newmana. Ten legendarny kompozytor Złotej Ery muzyki
filmowej także zgromadził za życia czterdzieści pięć Oscarowych
nominacji – dziewięć z nich zakończyło się wygraną. John Williams
ma obecnie na swoim koncie pięć złotych statuetek, co czyni go pod tym
względem rekordzistą pośród wszystkich żyjących kompozytorów
filmowych. Czy w tym roku to się zmieni? Odpowiedź na to pytanie poznamy
dopiero 5 marca. Tymczasem ja postaram się nieco przybliżyć wszystkie
nominowane partytury i jednocześnie ocenić ich szanse na wygraną, z
punktu widzenia miłośnika muzyki filmowej. Z góry jednak uprzedzam, że
poniższe rozważania są wyłącznie moją osobistą opinią na ten temat
i nie stanowią one żadnej jedynej, prawdziwej i ostatecznej wizji...
"Tajemnica
Brokeback Mountain"
- Gustavo Santaolalla
Nominacja
tej ścieżki dźwiękowej wywołała chyba największe kontrowersje.
Wiele osób uparło się twierdzić jest ona jedynie wynikiem rozpędu,
jakiego nabrał film Anga Lee - i chyba coś w tym jest... "Tajemnice Brokeback
Mountain" to film,
który przez jego przeciwników został nazwany "gejowskim westernem". W wielkim skrócie można powiedzieć, że opowiada on o
niespodziewanym związku dwóch kowbojów, który rozpoczyna się właśnie
na tytułowej górze Broken Back. Ang Lee wykazał się sporą odwagą
poruszając taki temat i jednocześnie osadzając jego akcję w
konserwatywnym i nietolerancyjnym świecie kowbojów. Reżyser ten wcześniej
zasłynął przede wszystkim niezwykłą chińską baśnią "Przyczajony
Tygrys, Ukryty Smok". Muzykę do tamtego obrazu stworzył świetny
kompozytor – Tan Dun. Co ciekawe jego ścieżka dźwiękowa została
nagrodzona Oscarem... Gdyby tegorocznego Oscara za najlepszą muzykę
filmową otrzymał właśnie film Anga Lee, można by śmiało mówić o
wielkim talencie tego reżysera do wynajdywania kompozytorów lubianych
przez Amerykańską Akademię Filmową.
Jednak z drugiej strony nagrodzenie tej partytury byłoby, dla mnie osobiście,
także sporą
niespodzianką. Jednym z najważniejszych porodów tej niespodzianki byłaby
przede wszystkim amerykańska mentalność. Ścieżka dźwiękowa do filmu
"Tajemnica Brokeback Mountain" w większości jest wypełniona
piosenkami country. To gatunek muzyczny, który w USA nie jest postrzegany
jako sztuka najwyższych lotów. Jakkolwiek nie jest to muzyka niszowa to
daleko jej do świata pop-kultury, którym rządzi
MTV. Co prawda muzyka
filmowa także nie ma szans w konfrontacji z plastikowymi artystami
show-biznesu jednak nie posiada ona raczej tylu przeciwników, co country.
To podobnie jak w naszym kraju z muzyką disco polo. Jej
przejaskrawiony i tandetny wizerunek odstrasza potencjalnych słuchaczy od
wgłębienia się w nią. W USA country jest obiektem wielu złośliwości
i żartów, które sprawiają, że nikt tak naprawdę nie traktuje tej
muzyki poważnie – no może z wyjątkiem ludzi w niej zakochanych. Stąd
nagrodzenie takiej ścieżki dźwiękowej Oscarem wielu członków Amerykańskiej
Akademii Filmowej może potraktować jako kiepski dowcip... Wracając
jednak do "Tajemnicy Brokeback Mountain", ktoś mógłby powiedzieć,
że to przecież nie piosenki są nominowane do Oscara a muzyka Gustava
Santaolalla. To jest oczywiście prawdą jednak muzyki tego kompozytora w
filmie jest bardzo niewiele i jest ona tak subtelna, że to właśnie
piosenki pozostają w pamięci po obejrzeniu filmu. Trudno powiedzieć, na
jakiej podstawie tę muzykę będą oceniać członkowie Akademii
Filmowej, ale chyba nie będą się oni opierać na płycie dostępnej w
sklepach. A to, dlatego że znajduje się na niej zaledwie kilka
kompozycji nominowanego kompozytora, których łączna długość nie
przekracza 17 minut. Z kolei, jeśli powstanie wydanie Academy Promo
zawierające całą muzykę argentyńskiego kompozytora, trudno wróżyć
jej przebojowości. Tak, więc z mojego punktu widzenia muzyka ścieżka dźwiękowa
z filmu "Tajemnica Brokeback Mountain" nie ma większych szans na
zdobycie Oscara. I to biorąc pod uwagę zarówno jej rolę w filmie jak i
poza nim. W filmie skromne dźwięki gitary Gustava Santaolalla nadają całej
historii pewnej głębi. Jednak nie jest to muzyka, która mogłaby zachęcić
do większego zainteresowania się nią i kupienia chociażby płyty z nią.
Taką funkcję pełnią raczej piosenki country, które moim zdaniem okażą
się barierą dla muzycznych gustów wielu członków Amerykańskie
Akademii Filmowej. I tutaj pojawia się pewna ciekawostka. Otóż przeglądając
ostatnio Oscarowe typy na portalu Yahoo Movies, znalazłem informację, że
to właśnie ta muzyka jest głównym faworytem ekspertów i internautów....
Opinię tych drugich można sobie wytłumaczyć tym, że niesłusznie utożsamiają
oni nominację do Oscara, z tym co można usłyszeć na płycie. Otóż
kompozycja tego krążka jest naprawdę świetna i w mojej opinii, pod tym
względem, plasuje go to na pierwszym miejscu jeżeli chodzi i tego typu
wydania ubiegłego roku. Jednak niewiele na nim jest muzyki, która
faktycznie dostała nominację... Z kolei eksperci Yahoo, moim zdaniem dają
Gustavo Santaollala szansę na zwycięstwo sugerując się wyłącznie
powodzeniem samego filmu. Warto bowiem wspomnieć, że obraz Anga Lee jest
tegorocznym pretendentem do zgarnięcia największej puli Oscarów. W
takim wypadku obstawianie jego wygranej we wszystkich kategoriach jest
najbezpieczniejsze... ale czy słuszne?

"Wierny Ogrodnik" - Alberto Iglesias
Tej ścieżce
dźwiękowej daje się chyba najmniej szans na zdobycie Oscara. Alberto
Iglesias zasłynął przede wszystkim tym, że jest stałym współpracownikiem
Pedro Almodovara – hiszpańskiego reżysera kilkukrotnie już
nagradzanego przez Amerykańską Akademię Filmową. Muzyka tego
kompozytora zazwyczaj cechuje się wielką oszczędnością środków.
Przejawia się to zarówno w instrumentarium, jak i melodyce. Iglesias
serwuje naprawdę ciekawe harmonie zachowując jednocześnie wstrzemięźliwość
w budowaniu jakichkolwiek tematów. Częściowo taka właśnie jest muzyka
do "Wiernego Ogrodnika". Kompozytor w bardziej emocjonalnych
fragmentach stara się nie przeszkadzać swoją muzyką i bardzo świadomie
grać ciszą. Dzięki takiej właśnie muzyce filmy Almodovara, posiadają
niezwykły i niepowtarzalny klimat. Jednak w przypadku ścieżki dźwiękowej
nominowanej w tym roku do Oscara – z więc "Wiernego Ogrodnika" –
większa część materiału muzycznego odbiega od tego schematu. Ten film
jest dość dynamiczny jak na standardy Iglesiasa, stąd i muzyka zyskuje
sporo z tej dynamiki. Do mnie osobiście taki charakter muzyki Hiszpana,
który można podciągnąć pod typową muzykę akcji, nie za bardzo
przemawia. Jest to bardzo ciekawe, ale nie wybija się ponad poziom
podobnej muzyki z innych filmów. Siłą muzyki z "Wiernego Ogrodnika"
jest na pewno jej funkcjonalność w filmie. Iglesias stworzył muzykę,
która doskonale przylega do obrazu i sprawia, że jest to naprawdę dobre
kino. Jednak takie dosłowne ilustrowanie, jakie zastosował tutaj
kompozytor wymagało wielu doraźnych rozwiązań. Sam film dzieje się w
różnych miejscach – od Europy po Afrykę – co wymusiło na muzyce
sporą różnorodność. Taka etniczno-klasyczna mieszanka pozornie
powinna być ciekawa i intrygująca jednak w połączeniu z tak ścisłym
przyleganiem muzyki do obrazu, jakie pokazuje tutaj Iglesias, poza filmem
nie jest już tak dobrze. Trzeba jednak po raz kolejny przypomnieć, że
Amerykańska Akademia Filmowa złożona jest z ludzi zawodowo zajmujących
się tworzeniem filmów. Ich spojrzenie na muzykę filmową jest nieco
inne niż nasze – miłośników tej dziedziny sztuki. Dla filmowców
muzyka jest tylko elementem filmu, który ma sprawić, że całość będzie
działa tak jak sobie tego zażyczył reżyser. To, jak taka muzyka radzi
sobie poza obrazem jest absolutnie nieistotne. Gdyby przyjąć takie założenia,
wtedy "Wierny Ogrodnik" doskonale odpowiada gustom Akademii. Jest to
ścieżka dźwiękowa, która może być słuchana wyłącznie w filmie,
bo wtedy zauważa się jej prawdziwy urok. Z kolei zapoznanie się z płytą
z tą muzyką, która jest dostępna w sklepach, utwierdza w przekonaniu,
że czasem więcej nie oznacza lepiej. Jej długość i różnorodność
sprawia, że całość w ogóle się nie klei a wręcz męczy. Dlatego
jakkolwiek lubię Alberto Iglesiasa i jego muzykę to nie wróżę mu
sukcesu w oscarowym konkursie.
"Duma
i uprzedzenie" - Dario Marianelli
I kolejna już nominacja, która
wywołała sporo kontrowersji pośród tych, którzy liczyli na wyróżnienie
innych ścieżek dźwiękowych. Z pewnością w roku 2005 można było wysłuchać
wielu innych, o wiele bardziej oryginalnych i wnoszących powiew świżości
ścieżek dźwiękowych
niż "Duma i Uprzedzenie". Mimo to w mojej opinii Dario Marianelli
jako jeden z trzech debiutantów oscarowego konkursu ma największe szanse
na wygraną z całej tej trójki. Przypomnę, że także wyżej opisywani
kompozytorzy – Gustavo Santaolalla i Alberto Iglesias – debiutują
nominacjami w tej kategorii. Moim zdaniem muzyka Włocha szansę na
wygraną ma dzięki swojemu podobieństwu do zeszłorocznego zwycięzcy - "Marzyciela" Jana A.P. Kaczmarka. Muzyka w
"Dumie i Uprzedzeniu"
jest bardzo lekka, romantyczna i przyjemna. Poza tym doskonale wpasowuje
się ona w film, nadając mu pewnej historycznej tożsamości. Dzieje się
tak dlatego, że Marianelli wystylizował swoją partyturę na wzór
klasycznych dzieł takich kompozytorów jak Brahms, Chopin czy Schubert
jednocześnie zachowując pewną świeżość współczesnych kompozytorów
europejskich. Tutaj pojawia się jednak problem z oryginalnością tej
muzyki. Na pewno wielką zaletą każdego kompozytora jest umiejętność
poruszania się we wszystkich gatunkach muzycznych bez wyjątku, jednak dla
są osoby, dla których ważniejsza jest oryginalność. Mowa oczywiście o
potencjalnych słuchaczach, którzy
w każdej ścieżce dźwiękowej szukają czegoś nowego i przełomowego. "Duma i
Uprzedzenie" tego nie oferuje, jednak jej obecność pośród
nominacji do Oscarów można wyjaśnić nieco inaczej. Otóż po raz
kolejny przypomnę, że członkami Amerykańskiej Akademii Filmowej są twórcy
filmowi, dla których muzyka jest tylko środkiem do osiągnięcia
zadowalającego efektu końcowego, jakim jest dobry film. Nie jest tutaj
już istotne czy muzyka jest oryginalna, przełomowa lub czy świetnie
działa poza filmem. Najważniejsza jest funkcjonalność muzyki w
obrazie. Podobnie jak w przypadku poprzednich ścieżek dźwiękowych także
"Duma i Uprzedzenie" doskonale spełnia swoją rolę w filmie, żonglując
emocjami widza tak jak sobie tego zażyczy reżyser. Jednocześnie
Marianelli pięknie stylizuje muzykę do epoki romantyzmu, co bez wątpienia
pokazuje jego lekkość w poruszaniu się po różnych gatunkach
muzycznych. Takie umiejętności u kompozytorów są ostatnio pilnie
poszukiwane przez twórców filmowych, co jest oczywistym atutem
Marianelliego i może mu to zyskać przychylność wielu członków
Akademii. Bez wątpienia siłą i zaletą tego kompozytora jest umiejętność
pokazania własnego języka muzycznego mimo tak dużych ograniczeń.
Wszystko to sprawia, że oglądając film "Duma i Uprzedzenie"
doskonale odczuwa się klimat epoki, ale jednocześnie ma się świadomość,
że ta muzyka tak do końca nie jest oklepaną i staroświecką muzyką
klasyczną. Podobne wrażenie odnosi się słuchając płyty. Mimo że
wszystko kręci się tutaj wokół epoki romantyzmu to tak naprawdę
trudno zarzucić tej muzyce jakąś staroświeckość. Kolejnym
czynnikiem, który może skłonić członków Amerykańskiej Akademii
Filmowej do zagłosowania na tę muzykę, może być sam film. Mając łącznie
cztery nominacje, nie jest on faworytem w żadnej z nich, dlatego Oscar za
muzykę mógłby być taką nagrodą pocieszenia, która ostatecznie nie
byłaby wielką sensacją (na pewno nie taką jak Oscar dla Santaolalla).
Także pod tym względem można by dojrzeć tutaj podobieństwa do zeszłorocznego
"Marzyciela", który otrzymał nagrodę tylko za muzykę... Tak więc ostatecznie spośród trzech tegorocznych
debiutantów, jakimi są Santaolalla, Iglesias i Marianelli, w mojej opinii,
to właśnie ten ostatni ma największe szanse na sukces. Przemawiają za
tym zarówno względy muzyczne jak i te mniej muzyczne...
"Monachium" -
John Williams
Najistotniejszą
informacją dotyczącą tegorocznych nominacji do Oscarów w kategorii
najlepsza muzyka, była chyba podwójna nominacja dla Johna Williamsa.
Wszyscy zdawali sobie sprawę, że po tak pracowitym roku, jaki miał ten
kompozytor trudno będzie go nie zobaczyć pośród nominowanych. Niektórzy
zwracali także uwagę, że możliwa jest nawet podwójna nominacja. Z
jednej strony, dlatego, że już dawno John Williams nie skomponował
czterech partytur jednego roku, a z drugiej z kolei dlatego, że właśnie
dwóch nominacji brakowało mu do rekordu Alfreda Newmana... John Williams
znany jest z tego, że ma wielu przyjaciół pośród członków Amerykańskiej
Akademii Filmowej. Jest to twórca cieszący się niezrównanym
autorytetem i poważaniem w Hollywood. Głównie właśnie dzięki temu
kompozytor ten jest niemal, co roku nominowany to tej prestiżowej nagrody
i ma ich na swoim koncie aż pięć. Ostatecznie w tym roku amerykański
kompozytor został nominowany za ścieżki dźwiękowe do filmów "Wyznania
Gejszy" i "Monachium". O ile nominację za tą pierwszą
ścieżkę dźwiękową można uznać za oczywistą, o tyle ta druga już
taką nie jest. Film Spielberga w końcowej fazie produkcji powstawał w
dość sporym pośpiechu, czego powodem były oczywiście zbliżające się
Oscary. Sprawiło to, że na zagranicznych portalach poświęconych muzyce
filmowej pojawiały się informacje jakoby słynny kompozytor miał
problemy z ukończeniem pracy nad tym obrazem. Ostatecznie jednak się udało
i "Monachium" nawet zdobyło kilka nominacji do Oscara. To czy muzyka
do tego filmu zasługiwała na taką nominację jest sprawą dyskusyjną.
Owszem, działa ona w filmie wyśmienicie, ale jest to głównie związane
z jej ciężarem, który dyskwalifikuje ją w każdej innej płaszczyźnie
funkcjonalności. Nadmiar dudniącego, ambientowego grania sprawia, że
trudno przedrzeć się przez płytę z muzyką do tego filmu... Tak, wiem
wspominałem, że dla członków Akademii liczy się przede wszystkim
funkcjonalność muzyki w filmie, ale środki, jakimi to osiąga tutaj
Williams, stosuje każdy kompozytor piszący do horrorów. Nie jest to
absolutnie nic zniewalającego. Nieustanne napięcie, jakie odczuwa się
podczas projekcji tego filmu, jest tutaj osiągnięte właśnie środkami
typowymi dla tego gatunku filmowego, a więc różnymi pauzami, niedomówieniami
i dysonansami. W "Monachium" spełnia to swoją rolę także w płaszczyźnie
emocjonalnej. A to, dlatego że zamiarem Spielberga nie było tutaj
oczywiste przedstawianie dobra i zła a jedynie zmuszenie widza do
samodzielnej oceny. W muzyce Williamsa jedynymi wyznacznikami emocji są
dwa tematy: jeden oparty na zawodzącej wokalizie Lizabeth Scott i pokazujący
rozpacz po śmierci izraelskich sportowców, oraz drugi już klasyczny, który
w zasadzie jest tak do końca emocjonalnie niejednoznaczny (temat Avnera).
Cała reszta materiału muzycznego to przytłaczający i bezkształtny
underscore, który wyostrzając zmysły słuchacza, interpretację obrazu
pozostawia właśnie jemu. W mojej opinii muzyka z "Monachium" nie
powinna się znaleźć w gronie ścieżek dźwiękowych nominowanych do
Oscara przede wszystkim, dlatego że równie dobrze mógłby ją napisać
każdy inny kompozytor jak Revell, Young czy Ottman. Nie ma w niej niczego nadzwyczajnego poza tym, że
jak to zwykle jest u Williamsa, doskonale działa w filmie i realizuje założenia
reżysera. Istotną sprawą jest także to, że wiele osób myli
przyznanie nominacji tej ścieżce dźwiękowej z zawartością płyty z
muzyką z tego filmu. Otóż trzeba zaznaczyć, że w filmie pojawia się
o wiele mniej muzyki niż na wydaniu płytowym. John Williams często
zamieszcza na swoich wydaniach ścieżek dźwiękowych koncertowe wersje
niektórych tematów. To samo spotkało muzykę z "Monachium", którą
niektórzy słuchając z płyty niesłusznie utożsamiają z tym, co można
usłyszeć w filmie. Po części to prawda jednak na krążku muzyka jest
podana w dużo bardziej strawnej i urozmaiconej formie niż to jest w
samym obrazie. Tym samym, moim zdaniem, muzyka z "Monachium" nie zasługując
nawet na nominację absolutnie nie ma, co liczyć na statuetkę Oscara. Z
kolei sama nominacja jest raczej efektem pewnych przyzwyczajeń Amerykańskiej
Akademii Filmowej. Otóż kiedy na tapecie pojawia się film Spielberga to
automatycznie jest on nominowany w kategorii "Najlepszy Film"
razem z muzyką Williamsa. Żeby zauważyć tę prawidłowość wystarczy
prześledzić nominacje tego kompozytora z kilku ostatnich lat, kiedy to
jego ścieżki dźwiękowe do filmów Spielberga notorycznie zdobywały
nominacje....

"Wyznania
Gejszy"
- John Williams
Na sam koniec
zostawiłem sobie mojego osobistego faworyta. Moim skromnym zdaniem to właśnie
ścieżka dźwiękowa z "Wyznań Gejszy" jest tą, która zasługuje w
tym roku na Oscara. I zasługuje ona na niego nie tylko w porównaniu z
pozostałymi nominowanymi partyturami, ale także w porównaniu z
wszystkimi, jakie miałem okazję w ubiegłym roku usłyszeć (a było ich
sporo). John
Williams komponując tę muzykę potwierdził jak wielkim i wszechstronnym
jest kompozytorem. W pewnym sensie to pewnie zasługa tego, że jest to
jeden z tych niewymuszonych projektów kompozytora, do których muzykę po
prostu chciał (a nie musiał) napisać. O muzyczne zilustrowanie "Wyznań
Gejszy" John Williams ubiegał się od chwili, gdy tylko pojawił się
pomysł ekranizacji książki Arthura
Goldena. Jako pierwszy jej realizacją planował zająć się
Steven Spielberg, jednak ostatecznie przekazał on swój projekt Robowi
Marshallowi. John Williams pojawił się wtedy u nowego reżysera, zagrał
mu na fortepianie tematy, które już dawno skomponował i z miejsca został
zatrudniony. Jednak to był dopiero początek... Amerykański kompozytor
chcąc podkreślić, jaką wagę przywiązuje do tego projektu, do
nagrania zaprosił wybitnych instrumentalistów – wiolonczelistę Yo-yo
Ma i skrzypka Itzhaka Perlmana. Z każdym z nich słynny kompozytor już
współpracował przy okazji innych ścieżek dźwiękowych, ale jeszcze
nigdy z oboma jednocześnie. Podobno Williams, aby móc w spokoju pracować
nad tą muzyką zrezygnował nawet z realizacji czwartej części przygód
Harry’ego Pottera... Rezultatem tego wszystkiego jest piękna ścieżka
dźwiękowa, która doskonale – choć miejscami nieszablonowo – działa
w filmie, ale także świetnie jej się słucha poza nim. Tak więc
pomijając już wszelkie względy estetyczne i techniczne, o których pisałem
w osobnej recenzji, cała otoczka tej płyty sprawia, że jest ona
przebojem. Gwiazdorska wręcz obsada muzyczna, piękne tematy i medialny
rozgłos sprawiają, że trudno się tą ścieżką dźwiękową nie
zainteresować. Jeszcze większą popularność w USA zapewnił jej z
pewnością występ John Williamsa i Yo-yo Ma w słynnym amerykańskim
programie "Tonight Show with Jay Leno" gdzie wykonali
oni wariację na fortepian i wiolonczelę jednego z tematów z "Wyznań
Gejszy". Zdaje się, że do tej pory żadna inna ścieżka dźwiękowa
nie miała takiej promocji. Warto tutaj wspomnieć także o dość
niekorzystnym efekcie, jaki może wyniknąć z podwójnej nominacji dla
John Williamsa. Otóż sceptycy przewidują, że głosy tych członków
Amerykańskiej Akademii Filmowej, którzy będą głosować na Williamsa,
mogą się tak niefortunnie rozłożyć, że kompozytor ten nie dostanie
nagrody za żadną ze swoich nominowanych ścieżek dźwiękowych. Tak więc
jak widać, choć pozornie większa ilość nominacji powinna zwiększać
szanse na wygraną, rzeczywistość może być diametralnie inna. Osobiście
jednak wątpię w tak niekorzystny obrót wydarzeń i wierzę, że Oscara
w tym roku otrzyma po raz szósty John Williams. A to, dlatego że mam
nadzieję że członkowie Akademii, będą głosować podobnie jak w zeszłym
roku na muzykę, a nie na nazwisko. A pod tym względem "Wyznania Gejszy" nie mają sobie równych w tym roku.
Podsumowanie...
Tak więc żeby zakończyć już ten
przydługawy wywód czas na kilka ostatecznych wniosków. Jak można się
łatwo zorientować jestem przekonany, że w tym roku Oscara za najlepszą
muzykę otrzyma John Williams za swoją ścieżkę dźwiękową do filmu "Wyznania
Gejszy". Oczywiście świadom tego, że może zaistnieć
wiele czynników, o których nie mam pojęcia, ręki za takie stwierdzenie
nie dałbym sobie uciąć. Dlatego jako kolejnego faworyta do tej nagrody
widzę włoskiego kompozytora Dario Marianelliego, który powoli pnąc się
po drabinie kariery stworzył bardzo przyjemną i lekką ścieżkę dźwiękową
do filmu "Duma i Uprzedzenie". Pozostali pretendenci do tej nagrody w
mojej opinii nie mają tak wielkich szans na sukces. Trzeba jednak pamiętać,
że kampanie reklamowe, jakie wielkie wytwórnie prowadzą w celu
wypromowania swoich dzieł, potrafią jednak wpływać na ludzkie gusta.
Lobbing będzie się pojawiał wszędzie tam gdzie są wielkie pieniądze
– a takie wiążą się bez wątpienia z Oscarami. Filmy, które jednego
tygodnia otrzymują tę nagrodę, w następnym notują gigantyczny wzrost
oglądalności, a co za tym idzie zapewniają producentom kolosalne wpływy
finansowe. To samo tyczy się oczywiście muzyki. W ubiegłym roku po tym
jak Jan A.P. Kaczmarek otrzymał swoją statuetkę, wzrost sprzedaży płyt
ze ścieżką dźwiękową z "Marzyciela" zaprowadził ten krążek na
szczyt listy Billboardu w kategorii "soundtrack". Trudno się
spodziewać żeby w tym roku było inaczej, dlatego tak naprawdę do końca
nie można być pewnym tego, do kto powędruje tegoroczny Oscar. Jedno
jest jednak pewne – mimo że wiele osób uznaje te nagrody za plastikowy
wytwór Hollywood i kwestionuje ich wiarygodność, to tak naprawdę
wszyscy mają swoich faworytów, za których będą trzymali kciuki. Ja
swoich wyjawiłem powyższą analizą, która jest moim prywatnym zdaniem
na ten temat i z którą absolutnie nikt nie musi się zgadzać. Bo w końcu
najważniejsze jest, aby każdy miał swoje zdanie na temat danej ścieżki
dźwiękowej i nie pozwolił, aby jakiekolwiek nagrody decydowały o jego
guście...
Autor: Łukasz
Waligórski
|