Start | Recenzje | Artykuły | Koncerty | Kompozytorzy | Nuty | Konkursy | Media | Linki

O stronie

Artykuły

 

Koniec jednego roku i początek kolejnego to zawsze czas wielkich podsumowań. Najróżniejsze organizacje podejmują wtedy trudne zadanie oceniania tego, co było i starają się na tej podstawie przewidywać to, co będzie. W świecie filmu rola takich podsumowań i ocen spoczywa na różnego rodzaju plebiscytach i nagrodach. 

Niemal każdy kraj czy kontynent na organizację, która co roku ocenia filmowe dokonania i przyznaje nagrody tym najlepszym. Jednak mimo niewątpliwej sławy takich nagród, jak BAFTA, Cesar, Golden Globe czy Golden Satellite, najsławniejszy pozostaje nadal Oscar – nagroda Amerykańskiej Akademii Filmowej. Mimo nieustannych sporów o to czy nagroda ta jest miarodajna i jaki wpływ na jej zdobycie ma sukces komercyjny filmu, ciągle pozostaje tym najważniejszym i najbardziej prestiżowym trofeum, o które walczy cały filmowy świat. Co roku niemal wszyscy śledzą z zapartym tchem galę, na której rozdawane są te złote statuetki.

Oscar honorowy...

W tym roku Oscary zostaną rozdane już siedemdziesiąty dziewiąty raz. Wśród nominowanych znalazło się także kilku kompozytorów muzyki filmowej, którzy będą walczyć o miano tego najlepszego w roku 2006. Jakkolwiek ich nominacje zostały ogłoszone dopiero 23 stycznia, już wcześniej wszystkich ucieszyła informacja, że honorowego Oscara otrzyma człowiek, który zasłużył na niego jak nikt inny. Kompozytor będący legendą muzyki filmowej, twórca niezrównanie pięknych melodii i symbol kunsztu dla wszystkich początkujących twórców ścieżek dźwiękowych – Ennio Morricone. Artysta, który w czasie swojej niemal 45-letniej kariery skomponował muzykę do ponad 300 filmów. Sukces wielu z nich był często zasługą właśnie jego ścieżek dźwiękowych. Morricone pięciokrotnie w swojej karierze był nominowany do Oscara, jednak nigdy nie udało mu się zdobyć tej nagrody. Szansę zdobycia złotej statuetki dawały mu swego czasu ścieżki dźwiękowe do filmów "Niebiańskie dni" (1978), "Misja" (1986), "Nietykalni" (1987), "Bugsy" (1991) i "Malena" (2000) – żadna z nich nie została jednak należycie doceniona przez Akademię.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że honorowy Oscar dla Ennio Morricone jest ważnym krokiem w kierunki promocji muzyki filmowej. Przez wiele osób jest ona postrzegana jedynie jako kolejne narzędzie w sztuce filmowej, niezdolne do samodzielnej egzystencji. Legenda, jaką obrosło nazwisko Morricone pokazuje, że jest to nieprawda. Muzyka filmowa jest niezwykle istotnym składnikiem filmu, często decydującym o jego sukcesie. Jest to możliwe jedynie dzięki ogromnemu wkładowi pracy kompozytora, który w sztywnych ramach sztuki filmowej potrafi stworzyć wspaniałe dzieło. Ennio Morricone bez wątpienia jest jednym z takich kompozytorów. Wręczenie mu tak prestiżowej nagrody jest po części gestem uznania także dla innych twórców muzyki filmowej. Jednocześnie Amerykańska Akademia Filmowej zdaje się wynagradzać w ten sposób wszystkim miłośnikom tego gatunku, dość kontrowersyjne wybory ostatnich lat. Wśród nich także tegoroczne nominacje w kategorii "best score"...

Nominacje...

Ogłoszone 23 stycznia 2007 roku nominacje do Oscara za najlepszą muzykę filmową zaskoczyły wielu krytyków. Otrzymały je bowiem ścieżki dźwiękowe, które nieszczególnie wyróżniały się z tłumu sobie podobnych. Trzeba bowiem przyznać, że rok 2006 nie owocował z partytury filmowe, które mogłyby powalić na kolana kolejne pokolenia miłośników muzyki filmowej. Pojawiło się zaledwie kilka takich, które wywołały przyjemny dreszcz ekscytacji, jednak raczej nie należała do nich żadna z nominowanych do Oscara. Akademia pominęła ścieżki dźwiękowe, o których sporo mówiło się w ubiegłym roku, skupiając się raczej na kompozycjach mniej rozpoznawalnych.

Szansy na złotą statuetkę nie otrzymał chociażby Hans Zimmer, który pod względem komercyjnym jest absolutnym dominatorem. Filmy z jego muzyką w roku 2006 ("The Holiday", "Piraci z Karaibów: skrzynia umarlaka" i "Kod Da Vinci") zarobiły łącznie ponad 693 miliony dolarów. Nie gorszy jest jego podopieczny z Media Ventures – John Powell ("Happy Feet", "X-men: ostatni bastion", "Epoka Lodowcowa 2" i "Lot 93"), który plasuje się na drugim miejscu z sumą blisko 640 milionów. Jak się jednak okazje członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej nic nie robią sobie z tych imponujących liczb i nominacji do ich nagrody nie zdobył żaden z podopiecznych Hansa Zimmera, ani on sam. A mogłoby się wydawać że tak wpływowy człowiek w Hollywood jak on już wkrótce będzie gonił Johna Williamsa w ilości Oscarowych nominacji...

Wśród nominacji pominięto też ścieżki dźwiękowe, które wywołały spore poruszenie mimo braku jakiegoś spektakularnego powodzenia samych filmów. Mam tutaj na myśli "Źródło" Clinta Mansella", "Kobietę w błękitnej wodzie" Jamesa Newtona Howarda no i oczywiście "Pachnidło" autorstwa Toma Tykwera, Johnny’ego Klimeka i Reinholda Heila. W mojej opinii te trzy ścieżki dźwiękowe bezwzględnie zasługiwały na jakiekolwiek docenienie, ale niestety tak się nie stało. Co ciekawe nominacji nie otrzymała także muzyka, które niespełna kilka tygodni temu zdobyła Złoty Glob – "Malowany Welon" Alexandre’a Desplat. Sam kompozytor jakkolwiek nie może czuć się poszkodowanym, bo nominację i tak otrzymał, to wielka szkoda, że nie za ścieżkę dźwiękową, która na to bardziej zasługiwała. Równie ciekawych i zasługujących na docenienie partytur było jednak więcej. Wystarczy tutaj tylko wspomnieć "The Black Dahlia" Marka Ishama czy nietuzinkową "Infiltrację" Howarda Shore. W takim razie, jakie ścieżki dźwiękowe otrzymały owe upragnione nominacje do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej? Ano takie...

"Królowa" - Alexandre Desplat

Po tym, jak Alexandre Desplat otrzymał Złoty Glob za swoją muzykę do filmu "Malowany welon", wiele osób wróżyło mu także nominację do Oscara. Jednak chyba nikt nie spodziewał się, że Francuz zdobędzie tę nominację za inną ścieżkę dźwiękową niż właśnie "Malowany welon". A tak się właśnie stało. Amerykańska Akademia Filmowa uznała, że jedną z najlepszych partytur filmowych ubiegłego roku była "Królowa". Dlaczego? Ano pewnie, dlatego że film "Królowa" zyskał większą popularność. W czasie, gdy "Malowany welon" okazał się klapą finansową, obraz "The Queen" jest doceniany w niemal wszystkich plebiscytach. Nie bez znaczenia jest oczywiście zjawiskowa rola Helen Mirren, która wcieliła się w rolę brytyjskiej królowej – Elżbiety II. Można więc uznać, że nominacja dla Alexandre’a Desplat jest taką nominacją z rozpędu, jakich w tym roku jest zresztą więcej. Niemniej nie można Francuzowi odmówić szans na zdobycie Oscara. 

Desplat mimo błyskawicznej kariery w Hollywood zdążył zyskać sobie przychylne opinie krytyków oraz ludzi filmu, na które inni pracują wiele lat. Zaledwie w ubiegłym roku dostał nominację do Złotego Globu za "Syrianę" a już w tym, tę nagrodę zdobył. Progres jest zauważalny. Idąc tym tropem można sądzić, że Oscara Desplat zdobędzie również dopiero w przyszłym roku, choć tak naprawdę nic nie jest przesądzone. To właśnie w nim bowiem upatruje się kompozytora mogącego przerwać supremację Gustavo Santaolalla, zgarniającego ostatnio najważniejsze nagrody – w przypadku Złotych Globów zresztą to się udało. Alexandre Desplat dla Akademii może wydawać się twórcą egzotycznym – jak zresztą wszyscy pochodzący z Europy. Nawet w takim filmie jak "Królowa" potrafił stworzyć muzykę zauważalną poza obrazem i co najmniej ciekawą. Nie jest to, co prawda żadne arcydzieło jednak trzeba przyznać, że tworząc nawet 6 ścieżek dźwiękowych jednego roku, Francuz potrafi utrzymać wysoki poziom. Muzyka z "Królowej" nie należy do najlepszych partytur filmowych tego roku, jednak sama postać Alexandre’a Desplat może przesądzić o jego wygranej. To charyzmatyczny Europejczyk, który nie boi się wyzwań, o dobrze sprawdza się w różnych rodzajach kina. Ścieżka dźwiękowa z "Królowej" jest jednym z przykładów tej różnorodności. Dlatego też mogłoby się wydawać, że gdyby Desplat zdobył nominację za każdą inną muzykę, jaką skomponował w 2006 roku, jego szanse na Oscara byłyby takie same. 

Przeczytaj recenzję >>

"Labirynt fauna" - Javier Navarrete

Kolejnym Europejczykiem nominowanym w tym roku za najlepszą muzykę jest Hiszpan Javier Navarrete. Jego nazwisko jest absolutną zagadką, dla osób słuchających muzyki filmowej powstającej głównie w Hollywood. Navarrete jeszcze nigdy nie skomponował ścieżki dźwiękowej do żadnego filmu, który powstał w USA. Nie jest nim także obraz "Labirynt fauna", za którego otrzymał nominację do Oscara. Nominację, która była zresztą nie lada zaskoczeniem. Co prawda na ścieżkę dźwiękową z tego filmu zwracało uwagę wielu krytyków, jednak żaden z nich nie byłby w stanie przewidzieć jej nominacji do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. Co ciekawe w porównaniu z pozostałymi, ta nominacja wydaje się być najbardziej trafną.

Pod względem muzycznym "Labirynt fauna" prezentuje się naprawdę okazale. Można powiedzieć, że jest to taka ilustracja muzyczna horroru jednak zrobiona w bardzo wyrafinowany i finezyjny sposób. Navarrete zatrudnił wielką orkiestrę, chór i solistów, którzy sprawiają, że muzyki tej słucha się bardzo dobrze także poza filmem. Zdecydowanie nie jest to żadna rewolucyjna ścieżka dźwiękowa, jednak trudno przejść obok niej obojętnie. W mojej opinii "Labirynt fauna" bardzo przypomina muzykę Jana A.P. Kaczmarka. Mamy tutaj bardzo podobny, typowo europejski sposób kreowania mrocznego klimatu, opartego na licznych solowych instrumentach. Navarrete nie boi się wykorzystywać samotnego dźwięku fortepianu czy operowych wokaliz. Efekt niepokoju potęguje tutaj także obranie za temat przewodni naiwnej, dziecinnej kołysanki, które przedstawiona jest za pomocą bardzo mrocznych brzmień. Na tle pozostałych nominacji Oscarowych zdecydowanie ta pozycja rysuje się najciekawiej. To kompozycja niebanalna, skomponowana z operowym rozmachem ale i wielką precyzją. Innym słowy Javier Navarrete może okazać się czarnym koniem wyścigu o złotą statuetkę Oscara. Jego europejskość wydaje się być jeszcze bardziej intrygująca niż w przypadku Alexandre’a Desplat, a muzyka z "Labiryntu fauna" potwierdza jego wielkie umiejętności. Kolejnym atutem Navarrete jest jakość samego filmu. "Labirynt fauna" jest to, bowiem świetnie zrealizowane widowisko, które otrzymało kilka (dokładnie 6) nominacji do Oscara – w tym za najlepszy film nieanglojęzyczny. Sprawia to, że jego muzyka zdecydowanie zostanie zauważona przez członków Amerykańskiej Akademii Filmowej, chociażby podczas oglądania filmu. A to jest ogromy plus, bowiem z obrazem muzyka Navarrete współgra naprawdę świetnie. 

Przeczytaj recenzję >>

"Notatki o skandalu" - Philip Glass

Mimo że tegoroczni nominowani do Oscara za najlepszą muzykę to w przeważającej części kompozytorzy nieanglojęzyczny, nie obyło się oczywiście bez Amerykanów. Jednym z nich jest Philip Glass. To niezwykle ceniony twórca muzyki klasycznej znany głównie ze swojego zamiłowania do minimalizmu. Przez wiele osób uznawany jest nawet za wzór i wyznacznik języka muzycznego, jakim jest minimalizm. I żeby nie było nieporozumień, minimalizm nie oznacza komponowania z minimalnym wykorzystaniem środków ekspresji. Nadrzędną cechą minimalizmu jest powtarzalność (repetycja) pewnych motywów, które eksponują struktury rytmiczne z jednoczesnym zachowaniem przejrzystości harmonii. Owa repetytywność sprawia, że język minimalizmu często może wprowadzać w stan transu w czym zresztą pomagają zapożyczenia z kultur azjatyckich (Philip Glass jest buddystą). Wszelkie próby podjęcia tego języka przez innych kompozytorów niemal zawsze sprowadzają się do inspiracji właśnie Philipem Glassem gdyż jest on ikoną tego gatunku, w którym zrobił już chyba wszystko. Nie jest to pierwsza nominacja tego kompozytora do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. Szansę na zdobycie złotej statuetki miał już dwukrotnie, w roku 1997 za "Kunduna" i 2002 za "Godziny". Można by tutaj przytoczyć słynne powiedzenie "do trzech razy sztuka..." jednak zdaje się, że i w tym roku nie dane będzie Glassowi zdobyć tego niezwykle prestiżowego wyróżnienia.

Muzyka Philipa Glassa zdecydowanie do łatwych nie należy. Język minimalizmu dla wielu może wydawać się bardzo hermetyczny i nudny, jednak po jego zgłębieniu można dostrzec prawdziwy kunszt takich kompozycji. Niestety słuchaczom często nie starcza cierpliwości na owe zgłębianie i po kilku przesłuchaniach muzyka Philipa Glassa traci dla nich na wartości. Trudno oczekiwać od członków Akademii żeby zgłębiali filozofię minimalizmu, więc ten amerykański kompozytor raczej nie będzie się liczył w wyścigu po Oscara. To nie znaczy jednak, że nie jest to muzyka warta tej nagrody – wręcz przeciwnie. Philip Glass w posługiwaniu się językiem minimalizmu osiągnął już perfekcję, która stawia go o lata świetlne przed innymi kompozytorami starającymi się go naśladować. Za pomocą monotonnych i powtarzających się motywów tworzących skomplikowane struktury rytmiczne Glass potrafi wyrazić wszelkie emocje. Jego niesamowita znajomość najdziwniejszych harmonii i brzmień sprawia, że słuchanie tej muzyki zawsze jest niesamowitym przeżyciem na granicy transu i hipnozy. "Notes On A Scandal" nie ustępuje pod tym względem innym jego dziełom, a nawet je przewyższa. W swoich ostatnich ścieżkach dźwiękowych Glass coraz częściej posługuje się bardziej tradycyjnym brzmieniem Hollywood – chaotycznymi i dramatycznymi dźwiękami niejako wyrywającymi się z misternej, rytmicznej klatki minimalizmu. Być może właśnie to pozwoli temu niezwykłemu kompozytorowi odebrać w tym roku Oscara? Philip Glass do faworytów tegorocznych Oscarów nie należy. Jego zwycięstwo było raczej sporym zaskoczeniem i zwrotem w muzycznych preferencjach członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Oto po kilku latach wyborów ścieżek dźwiękowych bardzo emocjonalnych i melodyjnych, postawiliby na muzyczny intelektualizm oparty na ciągłym doskonaleniu formy...

Przeczytaj recenzję >>

"Dobry Niemiec" - Thomas Newman

Kolejnym Amerykaninem, który otrzymał szansę zdobycia Oscara za najlepszą ścieżkę dźwiękową jest Thomas Newman. Kompozytor ten otrzymał tę szansę już po raz siódmy, bowiem wcześniej miał na swoim koncie nominacje za partytury do "Little Women", "Skazanych na Shawshank", "Unstrung Heroes", "American Beauty", "Drogi do zatracenia" i ostatnio "Lemony Snicket: seria niefortunnych zdarzeń". Mimo tak sporego barażu nominacji świadczącego o statusie kompozytora w Hollywood, wyróżnienie go za "Dobrego Niemca" było pewnym zaskoczeniem. A do dlatego, że jest to partytura znacząco odbiegająca od tego jak Thomas Newman komponował do tej pory. Jego niezwykle charakterystyczny styl, dzięki któremu zyskał takie uznanie, został tutaj bowiem zastąpiony klasyczną kompozycją stylizowaną na wzór tych ze Złotej Ery Hollywood. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że takie partytury współcześnie raczej już nie powstają, dzieło Newmana rysuje się jako spora ciekawostka. Widać członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej w owej ciekawostce zauważyli coś więcej...

Biorąc pod uwagę teorię jakoby wyroki ASCAP były niczym wielkie wahadło można prorokować, że w tym roku Oscara otrzyma któryś z Amerykanów. W końcu w ostatnich latach za najlepszą muzykę nagradzano kompozytorów spoza USA – dwa lata temu był to Jan A.P. Kaczmarek w ostatnio Argentyńczyk Gustavo Santaolalla. Być może najwyższy czas, aby "wahadło" wróciło nad Amerykę Północną? Jeśli tak będzie to zdecydowanie największe szanse na Thomas Newman. Mimo że jego ścieżka dźwiękowa z "Dobrego Niemca" żadną rewelacją nie jest, to posiada jeden poważny atut – jest niezwykle istotną częścią filmu. Steven Soderbergh tworząc ten film postanowił, bowiem wystylizować go tak, aby sprawiał wrażenie stworzonego w Złotej Erze Hollywood. Efekt ten osiągnął głównie dzięki czarno-białym zdjęciom, scenografii i muzyce. Thomas Newman porzucając swój dotychczasowy styl stworzył muzykę wzorowaną na mistrzach tamtej epoki jak Max Steiner czy Bernard Herrmann. Powielił wszystkie zalety tej muzyki (silny temat) jak i wady (nadmierna ilustracyjność) tworząc ścieżkę dźwiękową doskonale oddającą klimat filmów z połowy ubiegłego wieku. Tak istotna rola tej muzyki w wykreowaniu jego wizerunku nie może ujść uwadze członków Akademii. Kolejny atutem Thomasa Newmana jest jego... ojciec. Tak się bowiem składa, że Thomas jest synem słynnego Alfreda Newmana – legendy muzyki filmowej i Złotej Ery, a także jednego z najczęściej honorowanych przez ASCAP twórców. Swego czasu otrzymał on 9 Oscarów i aż 45 nominacji do tej nagrody. Nawiązanie Thomasa Newmana w "Dobrym Niemcu" do twórczości jego wielokrotnie nagradzanego ojca, działa zdecydowanie na jego korzyść w wyścigu o tegorocznego Oscara. Co ciekawe kuzyn Thomasa – Randy – także jest nominowany w tym roku do tej nagrody, tyle, że za swoją piosenkę pod tytułem "Our Town" do filmu "Auta". Jeśli obaj zdobędą złote statuetki to będziemy mieli do czynienia z sytuacją bezprecedensową i jednocześnie dość zabawną...

Przeczytaj recenzję >>

"Babel" - Gustavo Santaolalla

Ostatnia z nominacji wywołała chyba najwięcej emocji. Gustavo Santaolalla po tym jak w ubiegłym roku zdobył Oscara za swoją muzykę do filmu "Brokeback Mountain" stał się chyba najbardziej nie lubianym kompozytorem przez wszystkich krytyków. Zarzucano mu, że otrzymał tę nagrodę za zaledwie kilkanaście minut smętnego brzdękania na gitarze w czasie, gdy o wiele bogatsze i ciekawsze partytury zostały pominięte. Łatwo sobie wyobrazić, jakie było oburzenie środowiska krytyków, gdy w tym roku Santaolalla otrzymał nominację za swoją muzykę do filmu "Babel" – uważaną za jeszcze gorszą i bardziej bezbarwną niż poprzednia. Kompozytor jednak zdaje się tym kompletnie nie przejmować i z uśmiechem na ustach odbiera kolejne nagrody za swoje "dzieło", jak chociażby ostatnio to miało miejsce przy okazji rozdania BAFTA. Niestety okazuje się, że Santaolalla jest głównym faworytem tegorocznej gali Oscarowej. Jego ścieżka dźwiękowa znów wygrywa w niemal wszystkich Oscarowych i nieoscarowych plebiscytach. Dlaczego?

Trudno powiedzieć dlaczego członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej zdecydowali się nominować Gustavo Santaolalla do swojej nagrody. Pewnie po części jest to wynik zeszłorocznego Oscara a po części popularności samego filmu. Niezwykle trafne okazuje się tutaj stwierdzenie jednego z bohaterów filmu "Rejs", że ludziom podobają się te melodie, które już raz słyszeli. Santaolalla w "Babel" nie prezentuje nic nowego ponadto, co już słyszeliśmy w ubiegłym roku. Skromne ale emocjonalne kompozycje na gitarę świetnie spisują się w filmie, jednak poza nim są bezbarwne i mdłe. Kompletnym nieporozumieniem jest wrzucanie na tą ścieżkę dźwiękową starszych kompozycji Santaolalla zaczerpniętych z jego solowych płyt. Czary goryczy przepełnia fakt, że te utwory w ogólnym rozrachunku okazują się najlepszymi, jakie można w "Babel" usłyszeć. Po raz kolejny nie można też oprzeć się wrażeniu, że prawdziwy obraz tej muzyki przesłoniły liczne piosenki, jakie stanowią większą część ścieżki dźwiękowej. Niestety mimo wszystkich tych narzekań i dywagacji Gustavo Santaolalla jest głównym faworytem tegorocznych Oscarów. Nagroda ta przypadnie mu prawdopodobnie w takich samych okolicznościach, co w ubiegłym roku. Będzie to istna nagroda pocieszenia za porażkę filmu w kategorii "Best Movie" – taka sytuacja miała miejsce ostatnio. To wskazuje zresztą na kolejny powód nominacji tej muzyki do Oscara. Można odnieść wrażenie, że została ona przyznana z rozpędu i zachwytu nad samym filmem. "Babel" jest niewątpliwie jednym z najciekawszych, jeśli nie najlepszych filmów roku 2006 i zauroczeni nim członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej chcąc wyrazić zachwyt, oferowali mu nominację w kategorii traktowanej raczej drugorzędnie. Zresztą całe Oscarowe rozdanie w tegorocznych muzycznych kategoriach pokazuje, że niewielu z głosujących zwraca na nią jakąś szczególną uwagę. 

Przeczytaj recenzję >>

Podsumowanie...

Tak więc podsumowując te nudne dywagacje pozostaje już tylko wskazać prawdopodobnego zwycięzcę tegorocznego Oscara za najlepszą muzykę. Biorąc pod uwagę wszelkie za i przeciw nagrodę tę odbierze ponownie Gustavo Santaolalla za "Babel". Kiedy tak się stanie znów wybuchnie oburzenie wśród znawców tematu i padną deklaracje nienawiści do Amerykańskiej Akademii Filmowej. Tyle, że za rok znów będziemy z nadzieją spoglądać w kierunku Hollywood i liczyć, że owe legendarne wahadło wróci na właściwą stronę. Oczywiście może się też zdarzyć cud i Oscara otrzyma inny kompozytor. W takim wypadku z Europejczyków wskazywałbym na Javiera Navarrete, a wśród Amerykanów moim faworytem jest Thomas Newman. Obserwując jednak rozrastające się grono członków Amerykańskiej Akademii Filmowej pochodzących spoza USA, trudno amerykańskim kompozytorom wróżyć świetlaną przyszłość... Jak będzie naprawdę dowiemy się już 26 lutego. Najważniejsze jest jednak, aby nie dać się zwariować i samemu oceniać to, czego się słucha. Żadne nagrody i plebiscyty nie są w stanie zastąpić nam naszego własnego gustu, a ten jest przecież najważniejszy.

Autor: Łukasz Waligórski


 

© MuzykaFilmowa.pl, Łukasz Waligórski