|
Koniec
jednego roku i początek kolejnego to zawsze czas wielkich podsumowań.
Najróżniejsze organizacje podejmują wtedy trudne zadanie oceniania
tego, co było i starają się na tej podstawie przewidywać to, co będzie.
W świecie filmu rola takich podsumowań i ocen spoczywa na różnego
rodzaju plebiscytach i nagrodach.
Niemal każdy kraj czy kontynent na
organizację, która co roku ocenia filmowe dokonania i przyznaje nagrody
tym najlepszym. Jednak mimo niewątpliwej sławy takich nagród, jak BAFTA,
Cesar, Golden Globe czy Golden Satellite, najsławniejszy pozostaje nadal
Oscar – nagroda Amerykańskiej Akademii Filmowej. Mimo nieustannych sporów
o to czy nagroda ta jest miarodajna i jaki wpływ na jej zdobycie ma
sukces komercyjny filmu, ciągle pozostaje tym najważniejszym i
najbardziej prestiżowym trofeum, o które walczy cały filmowy świat. Co
roku niemal wszyscy śledzą z zapartym tchem galę, na której rozdawane
są te złote statuetki.
Oscar
honorowy...
W
tym roku Oscary zostaną rozdane już siedemdziesiąty dziewiąty raz. Wśród
nominowanych znalazło się także kilku kompozytorów muzyki filmowej, którzy
będą walczyć o miano tego najlepszego w roku 2006. Jakkolwiek ich
nominacje zostały ogłoszone dopiero 23 stycznia, już wcześniej
wszystkich ucieszyła informacja, że honorowego Oscara otrzyma człowiek,
który zasłużył na niego jak nikt inny. Kompozytor będący legendą
muzyki filmowej, twórca niezrównanie pięknych melodii i symbol kunsztu
dla wszystkich początkujących twórców ścieżek dźwiękowych –
Ennio Morricone. Artysta, który w czasie swojej niemal 45-letniej kariery
skomponował muzykę do ponad 300 filmów. Sukces wielu z nich był często
zasługą właśnie jego ścieżek dźwiękowych. Morricone pięciokrotnie
w swojej karierze był nominowany do Oscara, jednak nigdy nie udało mu się
zdobyć tej nagrody. Szansę zdobycia złotej statuetki dawały mu swego
czasu ścieżki dźwiękowe do filmów "Niebiańskie dni" (1978), "Misja" (1986),
"Nietykalni" (1987), "Bugsy" (1991) i "Malena" (2000) – żadna z nich nie została jednak należycie
doceniona przez Akademię.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że honorowy Oscar dla Ennio Morricone
jest ważnym krokiem w kierunki promocji muzyki filmowej. Przez wiele osób
jest ona postrzegana jedynie jako kolejne narzędzie w sztuce filmowej,
niezdolne do samodzielnej egzystencji. Legenda, jaką obrosło nazwisko
Morricone pokazuje, że jest to nieprawda. Muzyka filmowa jest niezwykle
istotnym składnikiem filmu, często decydującym o jego sukcesie. Jest to
możliwe jedynie dzięki ogromnemu wkładowi pracy kompozytora, który w
sztywnych ramach sztuki filmowej potrafi stworzyć wspaniałe dzieło.
Ennio Morricone bez wątpienia jest jednym z takich kompozytorów. Wręczenie
mu tak prestiżowej nagrody jest po części gestem uznania także dla
innych twórców muzyki filmowej. Jednocześnie Amerykańska Akademia
Filmowej zdaje się wynagradzać w ten sposób wszystkim miłośnikom tego
gatunku, dość kontrowersyjne wybory ostatnich lat. Wśród nich także
tegoroczne nominacje w kategorii "best score"...
Nominacje...
Ogłoszone 23 stycznia 2007 roku nominacje do Oscara za najlepszą muzykę
filmową zaskoczyły wielu krytyków. Otrzymały je bowiem ścieżki dźwiękowe,
które nieszczególnie wyróżniały się z tłumu sobie podobnych. Trzeba
bowiem przyznać, że rok 2006 nie owocował z partytury filmowe, które
mogłyby powalić na kolana kolejne pokolenia miłośników muzyki
filmowej. Pojawiło się zaledwie kilka takich, które wywołały
przyjemny dreszcz ekscytacji, jednak raczej nie należała do nich żadna
z nominowanych do Oscara. Akademia pominęła ścieżki dźwiękowe, o których
sporo mówiło się w ubiegłym roku, skupiając się raczej na
kompozycjach mniej rozpoznawalnych.
Szansy na złotą statuetkę nie otrzymał chociażby Hans Zimmer, który
pod względem komercyjnym jest absolutnym dominatorem. Filmy z jego muzyką
w roku 2006 ("The Holiday", "Piraci z Karaibów: skrzynia umarlaka" i "Kod Da
Vinci") zarobiły łącznie ponad 693 miliony
dolarów. Nie gorszy jest jego podopieczny z Media Ventures – John
Powell ("Happy Feet", "X-men: ostatni bastion", "Epoka Lodowcowa 2" i "Lot
93"), który plasuje się na drugim miejscu z sumą blisko
640 milionów. Jak się jednak okazje członkowie Amerykańskiej Akademii
Filmowej nic nie robią sobie z tych imponujących liczb i nominacji do
ich nagrody nie zdobył żaden z podopiecznych Hansa Zimmera, ani on sam.
A mogłoby się wydawać że tak wpływowy człowiek w Hollywood jak on już
wkrótce będzie gonił Johna Williamsa w ilości Oscarowych nominacji...
Wśród nominacji pominięto też ścieżki dźwiękowe, które wywołały
spore poruszenie mimo braku jakiegoś spektakularnego powodzenia samych
filmów. Mam tutaj na myśli "Źródło" Clinta Mansella", "Kobietę
w błękitnej wodzie" Jamesa Newtona Howarda no i oczywiście "Pachnidło"
autorstwa Toma Tykwera, Johnny’ego Klimeka i Reinholda Heila. W mojej
opinii te trzy ścieżki dźwiękowe bezwzględnie zasługiwały na
jakiekolwiek docenienie, ale niestety tak się nie stało. Co ciekawe
nominacji nie otrzymała także muzyka, które niespełna kilka tygodni
temu zdobyła Złoty Glob – "Malowany Welon" Alexandre’a Desplat.
Sam kompozytor jakkolwiek nie może czuć się poszkodowanym, bo nominację
i tak otrzymał, to wielka szkoda, że nie za ścieżkę dźwiękową, która
na to bardziej zasługiwała. Równie ciekawych i zasługujących na
docenienie partytur było jednak więcej. Wystarczy tutaj tylko wspomnieć
"The Black Dahlia" Marka Ishama czy nietuzinkową "Infiltrację"
Howarda Shore. W takim razie, jakie ścieżki dźwiękowe otrzymały owe
upragnione nominacje do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej? Ano
takie...
"Królowa"
- Alexandre Desplat
Po tym, jak Alexandre Desplat otrzymał Złoty Glob za swoją muzykę do
filmu
"Malowany welon", wiele osób wróżyło mu także nominację do
Oscara. Jednak chyba nikt nie spodziewał się, że Francuz zdobędzie tę
nominację za inną ścieżkę dźwiękową niż właśnie "Malowany welon". A tak się właśnie stało. Amerykańska Akademia Filmowa uznała,
że jedną z najlepszych partytur filmowych ubiegłego roku była "Królowa".
Dlaczego? Ano pewnie, dlatego że film "Królowa" zyskał większą
popularność. W czasie, gdy "Malowany welon" okazał się klapą
finansową, obraz "The Queen" jest doceniany w niemal wszystkich
plebiscytach. Nie bez znaczenia jest oczywiście zjawiskowa rola Helen
Mirren, która wcieliła się w rolę brytyjskiej królowej – Elżbiety
II. Można więc uznać, że nominacja dla Alexandre’a Desplat jest taką
nominacją z rozpędu, jakich w tym roku jest zresztą więcej. Niemniej
nie można Francuzowi odmówić szans na zdobycie Oscara.
Desplat mimo błyskawicznej kariery w Hollywood zdążył zyskać
sobie przychylne opinie krytyków oraz ludzi filmu, na które inni pracują
wiele lat. Zaledwie w ubiegłym roku dostał nominację do Złotego Globu
za "Syrianę" a już w tym, tę nagrodę zdobył. Progres jest zauważalny.
Idąc tym tropem można sądzić, że Oscara Desplat zdobędzie również
dopiero w przyszłym roku, choć tak naprawdę nic nie jest przesądzone.
To właśnie w nim bowiem upatruje się kompozytora mogącego przerwać
supremację Gu stavo Santaolalla, zgarniającego ostatnio najważniejsze
nagrody – w przypadku Złotych Globów zresztą to się udało.
Alexandre Desplat dla Akademii może wydawać się twórcą egzotycznym
– jak zresztą wszyscy pochodzący z Europy. Nawet w takim filmie jak "Królowa" potrafił stworzyć muzykę zauważalną poza obrazem i co
najmniej ciekawą. Nie jest to, co prawda żadne arcydzieło jednak trzeba
przyznać, że tworząc nawet 6 ścieżek dźwiękowych jednego roku,
Francuz potrafi utrzymać wysoki poziom. Muzyka z "Królowej" nie należy
do najlepszych partytur filmowych tego roku, jednak sama postać
Alexandre’a Desplat może przesądzić o jego wygranej. To
charyzmatyczny Europejczyk, który nie boi się wyzwań, o dobrze sprawdza
się w różnych rodzajach kina. Ścieżka dźwiękowa z "Królowej"
jest jednym z przykładów tej różnorodności. Dlatego też mogłoby się
wydawać, że gdyby Desplat zdobył nominację za każdą inną muzykę,
jaką skomponował w 2006 roku, jego szanse na Oscara byłyby takie
same.
Przeczytaj recenzję >>
"Labirynt
fauna" - Javier Navarrete
Kolejnym Europejczykiem nominowanym w tym roku za najlepszą muzykę
jest Hiszpan Javier Navarrete. Jego nazwisko jest absolutną zagadką, dla
osób słuchających muzyki filmowej powstającej głównie w Hollywood.
Navarrete jeszcze nigdy nie skomponował ścieżki dźwiękowej do żadnego
filmu, który powstał w USA. Nie jest nim także obraz "Labirynt fauna", za którego otrzymał nominację do Oscara. Nominację, która
była zresztą nie lada zaskoczeniem. Co prawda na ścieżkę dźwiękową
z tego filmu zwracało uwagę wielu krytyków, jednak żaden z nich nie byłby
w stanie przewidzieć jej nominacji do nagrody Amerykańskiej Akademii
Filmowej. Co ciekawe w porównaniu z pozostałymi, ta nominacja wydaje się
być najbardziej trafną.
Pod względem muzycznym "Labirynt fauna" prezentuje się naprawdę
okazale. Można powiedzieć, że jest to taka ilustracja muzyczna horroru
jednak zrobiona w bardzo wyrafinowany i finezyjny sposób. Navarrete
zatrudnił wielką orkiestrę, chór i solistów, którzy sprawiają, że
muzyki tej słucha się bardzo dobrze także poza filmem. Zdecydowanie nie
jest to żadna rewolucyjna ścieżka dźwiękowa, jednak trudno przejść
obok niej obojętnie. W mojej opinii "Labirynt fauna" bardzo
przypomina muzykę Jana A.P. Kaczmarka. Mamy tutaj bardzo podobny, typowo
europejski sposób kreowania mrocznego klimatu, opartego na licznych
solowych instrumentach. Navarrete nie boi się wykorzystywać s amotnego dźwięku
fortepianu czy operowych wokaliz. Efekt niepokoju potęguje tutaj także
obranie za temat przewodni naiwnej, dziecinnej kołysanki, które
przedstawiona jest za pomocą bardzo mrocznych brzmień. Na tle pozostałych
nominacji Oscarowych zdecydowanie ta pozycja rysuje się najciekawiej. To
kompozycja niebanalna, skomponowana z operowym rozmachem ale i wielką
precyzją. Innym słowy Javier Navarrete może okazać się czarnym koniem wyścigu o
złotą statuetkę Oscara. Jego europejskość wydaje się być jeszcze
bardziej intrygująca niż w przypadku Alexandre’a Desplat, a muzyka z "Labiryntu
fauna" potwierdza jego wielkie umiejętności. Kolejnym
atutem Navarrete jest jakość samego filmu. "Labirynt fauna" jest to,
bowiem świetnie zrealizowane widowisko, które otrzymało kilka (dokładnie
6) nominacji do Oscara – w tym za najlepszy film nieanglojęzyczny.
Sprawia to, że jego muzyka zdecydowanie zostanie zauważona przez członków
Amerykańskiej Akademii Filmowej, chociażby podczas oglądania filmu. A
to jest ogromy plus, bowiem z obrazem muzyka Navarrete współgra naprawdę
świetnie.
Przeczytaj recenzję >>
"Notatki
o skandalu" - Philip Glass
Mimo że tegoroczni nominowani do Oscara za najlepszą muzykę to w
przeważającej części kompozytorzy nieanglojęzyczny, nie obyło się
oczywiście bez Amerykanów. Jednym z nich jest Philip Glass. To niezwykle
ceniony twórca muzyki klasycznej znany głównie ze swojego zamiłowania
do minimalizmu. Przez wiele osób uznawany jest nawet za wzór i
wyznacznik języka muzycznego, jakim jest minimalizm. I żeby nie było
nieporozumień, minimalizm nie oznacza komponowania z minimalnym
wykorzystaniem środków ekspresji. Nadrzędną cechą minimalizmu
jest powtarzalność (repetycja) pewnych motywów, które eksponują
struktury rytmiczne z jednoczesnym zachowaniem przejrzystości harmonii.
Owa repetytywność sprawia, że język minimalizmu często może wprowadzać
w stan transu w czym zresztą pomagają zapożyczenia z kultur azjatyckich
(Philip Glass jest buddystą). Wszelkie
próby podjęcia tego języka przez innych kompozytorów niemal zawsze
sprowadzają się do inspiracji właśnie Philipem Glassem gdyż jest on
ikoną tego gatunku, w którym zrobił już chyba wszystko. Nie jest to
pierwsza nominacja tego kompozytora do nagrody Amerykańskiej Akademii
Filmowej. Szansę na zdobycie złotej statuetki miał już dwukrotnie, w
roku 1997 za "Kunduna" i 2002 za "Godziny". Można by tutaj
przytoczyć słynne powiedzenie "do trzech razy sztuka..." jednak
zdaje się, że i w tym roku nie dane będzie Glassowi zdobyć tego
niezwykle prestiżowego wyróżnienia.
Muzyka Philipa Glassa zdecydowanie do łatwych nie należy. Język
minimalizmu dla wielu może wydawać się bardzo hermetyczny i nudny,
jednak po jego zgłębieniu można dostrzec prawdziwy kunszt takich
kompozycji. Niestety słuchaczom często nie starcza cierpliwości na owe
zgłębianie i po kilku przesłuchaniach muzyka Philipa Glassa traci dla
nich na wartości. Trudno oczekiwać od członków
Akademii żeby zgłębiali filozofię minimalizmu, więc ten
amerykański kompozytor raczej nie będzie się liczył w wyścigu po
Oscara. To nie znaczy jednak, że nie jest to muzyka warta tej nagrody –
wręcz przeciwnie. Philip Glass w posługiwaniu się językiem minimalizmu
osiągnął już perfekcję, która stawia go o lata świetlne przed
innymi kompozytorami starającymi się go naśladować. Za pomocą
monotonnych i powtarzających się motywów tworzący ch skomplikowane
struktury rytmiczne Glass potrafi wyrazić wszelkie emocje. Jego
niesamowita znajomość najdziwniejszych harmonii i brzmień sprawia, że
słuchanie tej muzyki zawsze jest niesamowitym przeżyciem na granicy
transu i hipnozy. "Notes On A Scandal" nie ustępuje pod tym względem
innym jego dziełom, a nawet je przewyższa. W swoich ostatnich ścieżkach dźwiękowych Glass coraz częściej posługuje
się bardziej tradycyjnym brzmieniem Hollywood – chaotycznymi i
dramatycznymi dźwiękami niejako wyrywającymi się z misternej,
rytmicznej klatki minimalizmu. Być może właśnie to pozwoli temu
niezwykłemu kompozytorowi odebrać w tym roku Oscara?
Philip Glass do faworytów tegorocznych Oscarów nie należy. Jego zwycięstwo
było raczej sporym zaskoczeniem i zwrotem w muzycznych
preferencjach członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Oto po kilku
latach wyborów ścieżek dźwiękowych bardzo emocjonalnych i
melodyjnych, postawiliby na muzyczny intelektualizm oparty na ciągłym
doskonaleniu formy...
Przeczytaj recenzję >>
"Dobry
Niemiec" - Thomas Newman
Kolejnym Amerykaninem, który otrzymał szansę zdobycia Oscara za
najlepszą ścieżkę dźwiękową jest Thomas Newman. Kompozytor ten
otrzymał tę szansę już po raz siódmy, bowiem wcześniej miał na
swoim koncie nominacje za partytury do "Little Women",
"Skazanych na Shawshank", "Unstrung Heroes",
"American Beauty", "Drogi do zatracenia" i ostatnio
"Lemony Snicket: seria niefortunnych zdarzeń". Mimo tak sporego
barażu nominacji świadczącego o statusie kompozytora w Hollywood, wyróżnienie
go za "Dobrego Niemca" było pewnym zaskoczeniem. A do dlatego, że
jest to partytura znacząco odbiegająca od tego jak Thomas Newman
komponował do tej pory. Jego niezwykle charakterystyczny styl, dzięki któremu
zyskał takie uznanie, został tutaj bowiem zastąpiony klasyczną
kompozycją stylizowaną na wzór tych ze Złotej Ery Hollywood. Jeśli
wziąć pod uwagę fakt, że takie partytury współcześnie raczej już
nie powstają, dzieło Newmana rysuje się jako spora ciekawostka. Widać
członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej w owej ciekawostce zauważyli
coś więcej...
Biorąc pod uwagę teorię jakoby wyroki ASCAP były niczym wielkie
wahadło można prorokować, że w tym roku Oscara otrzyma któryś z
Amerykanów. W końcu w ostatnich latach za najlepszą muzykę nagradzano
kompozytorów spoza USA – dwa lata temu był to Jan A.P. Kaczmarek w
ostatnio Argentyńczyk Gustavo Santaolalla. Być może najwyższy czas,
aby "wahadło" wróciło nad Amerykę Północną? Jeśli tak będzie
to zdecydowanie największe szanse na Thomas Newman. Mimo że jego ścieżka
dźwiękowa z "Dobrego Niemca" żadną rewelacją nie jest, to posiada
jeden poważny atut – jest niezwykle istotną częścią filmu. Steven
Soderbergh tworząc ten film postanowił, bowiem wystylizować go tak, aby
sprawiał wrażenie stworzonego w Złotej Erze Hollywood. Efekt ten osiągnął
głównie dzięki czarno-białym zdjęciom, scenografii i muzyce. Thomas
Newman porzucając swój dotychczasowy styl stworzył muzykę wzorowaną
na mistrzach tamtej epoki jak Max Steiner czy Bernard Herrmann. Powielił
wszystkie zalety tej muzyki (silny temat) jak i wady (nadmierna
ilustracyjność) tworząc ścieżkę dźwiękową doskonale oddającą
klimat filmów z połowy ubiegłego wieku. Tak istotna rola tej muzyki w
wykreowaniu jego wizerunku nie może ujść uwadze członków Akademii.
Kolejny atutem Thomasa Newmana jest jego... ojciec. Tak się bowiem składa,
że Thomas jest synem słynnego Alfreda Newmana – legendy muzyki
filmowej i Złotej Ery, a także jednego z najczęściej honorowanych
przez ASCAP twórców. Swego czasu otrzymał on 9 Oscarów i aż 45
nominacji do tej nagrody. Nawiązanie Thomasa Newmana w "Dobrym Niemcu" do twórczości jego wielokrotnie nagradzanego ojca, działa
zdecydowanie na jego korzyść w wyścigu o tegorocznego Oscara. Co
ciekawe kuzyn Thomasa – Randy – także jest nominowany w tym roku do
tej nagrody, tyle, że za swoją piosenkę pod tytułem "Our Town" do
filmu "Auta". Jeśli obaj zdobędą złote statuetki to będziemy
mieli do czynienia z sytuacją bezprecedensową i jednocześnie dość
zabawną...
Przeczytaj recenzję >>
"Babel"
- Gustavo Santaolalla
Ostatnia z nominacji wywołała chyba najwięcej emocji. Gustavo
Santaolalla po tym jak w ubiegłym roku zdobył Oscara za swoją muzykę
do filmu "Brokeback Mountain" stał się chyba najbardziej nie
lubianym kompozytorem przez wszystkich krytyków. Zarzucano mu, że
otrzymał tę nagrodę za zaledwie kilkanaście minut smętnego brzdękania
na gitarze w czasie, gdy o wiele bogatsze i ciekawsze partytury zostały
pominięte. Łatwo sobie wyobrazić, jakie było oburzenie środowiska
krytyków, gdy w tym roku Santaolalla otrzymał nominację za swoją muzykę
do filmu "Babel" – uważaną za jeszcze gorszą i bardziej bezbarwną
niż poprzednia. Kompozytor jednak zdaje się tym kompletnie nie przejmować
i z uśmiechem na ustach odbiera kolejne nagrody za swoje "dzieło",
jak chociażby ostatnio to miało miejsce przy okazji rozdania BAFTA.
Niestety okazuje się, że Santaolalla jest głównym faworytem
tegorocznej gali Oscarowej. Jego ścieżka dźwiękowa znów wygrywa w
niemal wszystkich Oscarowych i nieoscarowych plebiscytach. Dlaczego?
Trudno powiedzieć dlaczego członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej
zdecydowali się nominować Gustavo Santaolalla do swojej nagrody. Pewnie
po części jest to wynik zeszłorocznego Oscara a po części popularności
samego filmu. Niezwykle trafne okazuje się tutaj stwierdzenie jednego z
bohaterów filmu "Rejs", że ludziom podobają się te melodie, które
już raz słyszeli. Santaolalla w "Babel" nie prezentuje nic nowego
ponadto, co już słyszeliśmy w ubiegłym roku. Skromne ale emocjonalne
kompozycje na gitarę świetnie spisują się w filmie, jednak poza nim są
bezbarwne i mdłe. Kompletnym nieporozumieniem jest wrzucanie na tą ścieżkę
dźwiękową starszych kompozycji Santaolalla zaczerpniętych z jego
solowych płyt. Czary goryczy przepełnia fakt, że te utwory w ogólnym
rozrachunku okazują się najlepszymi, jakie można w
"Babel" usłyszeć.
Po raz kolejny nie można też oprzeć się wrażeniu, że prawdziwy obraz
tej muzyki przesłoniły liczne piosenki, jakie stanowią większą część
ścieżki dźwiękowej. Niestety mimo wszystkich tych narzekań i
dywagacji Gustavo Santaolalla jest głównym faworytem tegorocznych Oscarów.
Nagroda ta przypadnie mu prawdopodobnie w takich samych okolicznościach,
co w ubiegłym roku. Będzie to istna nagroda pocieszenia za porażkę
filmu w kategorii "Best Movie" – taka sytuacja miała miejsce
ostatnio. To wskazuje zresztą na kolejny powód nominacji tej muzyki do
Oscara. Można odnieść wrażenie, że została ona przyznana z rozpędu
i zachwytu nad samym filmem. "Babel" jest niewątpliwie jednym z
najciekawszych, jeśli nie najlepszych filmów roku 2006 i zauroczeni nim
członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej chcąc wyrazić zachwyt,
oferowali mu nominację w kategorii traktowanej raczej drugorzędnie.
Zresztą całe Oscarowe rozdanie w tegorocznych muzycznych kategoriach
pokazuje, że niewielu z głosujących zwraca na nią jakąś szczególną
uwagę.
Przeczytaj recenzję >>
Podsumowanie...
Tak więc podsumowując te nudne dywagacje pozostaje już tylko wskazać
prawdopodobnego zwycięzcę tegorocznego Oscara za najlepszą muzykę.
Biorąc pod uwagę wszelkie za i przeciw nagrodę tę odbierze ponownie
Gustavo Santaolalla za "Babel". Kiedy tak się stanie znów wybuchnie
oburzenie wśród znawców tematu i padną deklaracje nienawiści do
Amerykańskiej Akademii Filmowej. Tyle, że za rok znów będziemy z
nadzieją spoglądać w kierunku Hollywood i liczyć, że owe legendarne
wahadło wróci na właściwą stronę. Oczywiście może się też zdarzyć
cud i Oscara otrzyma inny kompozytor. W takim wypadku z Europejczyków
wskazywałbym na Javiera Navarrete, a wśród Amerykanów moim faworytem
jest Thomas Newman. Obserwując jednak rozrastające się grono członków
Amerykańskiej Akademii Filmowej pochodzących spoza USA, trudno amerykańskim
kompozytorom wróżyć świetlaną przyszłość... Jak będzie naprawdę
dowiemy się już 26 lutego. Najważniejsze jest jednak, aby nie dać się
zwariować i samemu oceniać to, czego się słucha. Żadne nagrody i
plebiscyty nie są w stanie zastąpić nam naszego własnego gustu, a ten
jest przecież najważniejszy.
Autor: Łukasz
Waligórski
|