No
i znowu to samo! Niespodzianki, rozczarowania, nadzieje i pretensje.
Ilekroć rusza Oscarowa machina oczy i umysły całego filmowego świata
kierują się w stronę upragnionego złotego cielca... ekhm... rycerza,
zwanego Oscarem. Medialny szum i zamieszanie towarzyszące wręczeniu
nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej jest zaiste zjawiskiem fascynującym.
Co roku zadaję sobie pytanie, o co tyle hałasu? Czy Oscary to
faktycznie podsumowanie roku w świecie filmu? Czy nagrody te są aż
tak miarodajne, że można nimi zastąpić swój własny gust? Błysk
fleszy i olśniewający blask gwiazd przechadzających się po czerwonym
dywanie skutecznie odwraca naszą uwagę od tych pytań. Zamiast
zastanawiać się nad faktycznym sensem i znaczeniem całego przedsięwzięcia,
zwyczajnie chcemy usiąść przed telewizorem i oddać się po raz
kolejny emocjom towarzyszącym temu widowisku. I to właśnie dlatego
Oscary są przykładem marketingowego geniuszu, który z ceremonii,
odbywającej się tysiące kilometrów stąd, uczynił coroczny rytuał
obserwowany na całym świecie. Rytuał, któremu ulegają wszyscy
zajmujący się różnymi aspektami sztuki filmowej – także muzyką
filmową.
Muzyka filmowa chyba nigdy nie
była istotniejszą kategorią w oscarowym wyścigu. Mimo że udźwiękowienie
kina na początku XX wieku diametralnie zmieniło postrzeganie roli
muzyki w filmie, to Akademia zawsze miała trudności z docenieniem tych
partytur filmowych, które na to faktycznie zasługiwały. Tak samo jak
zmieniały się techniki tworzenia obrazu, tak samo ewoluowała muzyka
filmowa. Zmieniały się priorytety, zadania i funkcja ścieżek dźwiękowych
– od monumentalnych partytur zalewających widza falą orkiestrowego
zgiełku, po elektroniczne dudnienia istniejące gdzieś na granicy słyszalności.
Różnorodność muzyki filmowej jest tak ogromna, że jakiekolwiek jej
porównywanie i ocenianie bez jasnego kryterium jest pozbawione sensu.
Nie można bowiem wiarygodnie i obiektywnie stwierdzać czy lepsza jest
muzyka Pendereckiego, Rubika czy Wiśniewskiego bez odnoszenia się do
osobistych preferencji i gustów muzycznych.
Dlatego Amerykańska Akademia
Filmowa jako główne kryterium oceny filmowych partytur obrała ich
funkcję w filmie. Jasnym tego znakiem jest zarzucenie w tym roku pomysłu
dostarczania członkom Akademii tak zwanych ‘Academy Promo’. Były
to specjalne wydania płyt z muzyką filmową, które miały prezentować,
w jak najatrakcyjniejszy sposób, partytury ubiegające się o nominację
do Oscara. Wśród entuzjastów muzyki filmowej krążyły legendy o różnych
‘Academy Promo’ a ich ceny na aukcjach internetowych osiągały
horrendalne wysokości. Tak więc od tego roku członkowie Amerykańskiej
Akademii Filmowej oceniają jedynie tę muzykę, którą usłyszą w
filmie, a to zdecydowanie zwiększa szanse wielu ścieżek dźwiękowych,
które przez zwykłego słuchacza soundtracków zostałyby zapomniane już
przy pierwszym przesłuchaniu płyty...
Nominacje
i oczekiwania...
Już tegoroczne nominacje pokazały,
że odebranie możliwości słuchania ‘Academy Promo’ wpłynęło na
wybory Akademii... Wielu entuzjastów muzyki filmowej przecierało oczy
ze zdumienia kiedy wśród nominowanych ścieżek dźwiękowych znalazł
się "Michael Clayton" – muzyka, której każdy z nas w ubiegłym
roku poświęcił najwyżej godzinę swojego życia. Także pozostałe
nominacje znalazły mocne uzasadnienie w funkcji, jaką pełniły w
obrazie. Oryginalne pomysły brzmieniowe słyszalne w filmie, silne
oddziaływanie emocjonalne, Disney’owska narracja, geograficzna tożsamość
czy w końcu nawiązania stylistyczne do klasyków... To cechy muzyki
filmowej, które w kontekście obrazu nabierają ogromnego znaczenia i
które znajdziemy u wszystkich nominowanych partytur.
Ta oczywista tendencja w
postrzeganiu muzyki filmowej przez Amerykańską Akademię Filmową może
w przyszłości wpłynąć na kształt ścieżek dźwiękowych. O ile do
tej pory Oscary jedynie oceniały to, co działo się w świecie filmu,
o tyle niedługo mogą one zacząć ten świat kreować. Pierwszym tego
znakiem jest pewien trend w muzyce filmowej, w którym kompozytorzy
odchodzą od silnych tematów, potężnych orkiestracji i tworzenia
muzyki autonomicznej. Na pierwszym miejscu pojawia się rola muzyki w
filmie, dopiero później myśli się o tysiącach słuchaczy czekających
na płyty. Efektem tego jest mała ilość, w pełni satysfakcjonujących
ścieżek dźwiękowych, jakich mogliśmy słuchać w ubiegłym roku. Większe
emocje wywoływały reedycje klasyków takich jak "Alien",
"Godzilla" czy "The Wind And The Lion" niż któreś z
tegorocznych dzieł.
Wśród kilku tytułów, które
zwróciły uwagę krytyków i słuchaczy były takie partytury jak
"Ostrożnie, pożądanie" Alexandre’a Desplat czy "Zabójstwo
Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda" Nicka Cave’a i
Warrena Ellisa. Tyle że te dwa tytuły znów wpisują się we współczesne
trendy muzyki filmowej, przede wszystkim porażając swoją funkcją w
filmie, niekoniecznie zachwycają poza nim. Ich pominięcie w
Oscarowych nominacjach było pewnym zaskoczeniem. Trudno mi znaleźć wśród
ubiegłorocznych tytułów inne ścieżki dźwiękowe, które godne byłby
wyniesienia na piedestał i postawienia w świetle reflektorów
Oscarowej gali. "Zodiak", "Evan Wszechmogący", "Eastern
Promises"? Wiele z nich prezentowało solidny, wysoki poziom, jednak
rok 2007 obył się bez fajerwerków. Dominowały partytury poprawne i
skupione na odpowiednim funkcjonowaniu w filmie, co sprawia, że w świetle
nowych kryteriów oceny Akademii, każda z nich zasługiwała na
nominację. Z tej perspektywy tytuły, które zostały jednak wyróżnione
w dużej mierze spełniły oczekiwania wielu entuzjastów muzyki
filmowej, choć oczywiście bez rozczarowań się nie obeszło...
"3:10
do Yumy" – Marco Beltrami
Szanse na Oscara:
Ocena muzyki:
Miłe zaskoczenie – tak mogę
określić moją reakcję, kiedy dowiedziałem się o nominacji młodego
Amerykanina włoskiego pochodzenia. Muzyka z "3:10 do Yumy" przemknęła
w ubiegłym roku dość niepostrzeżenie przez świadomość większości
entuzjastów muzyki filmowej. A przecież to dzieło dość niebanalne.
Beltrami nie miał łatwego zadania komponując muzykę do remake’u
legendarnego westernu z 1957 roku. Z jednej strony była to możliwość
do podjęcia ciekawej stylistyki, zaprezentowania kilku mocnych tematów
i małego poeksperymentowania. Jednak z eksperymentami bywa to tak, że
jeden krok w złą stronę może się okazać tym ostatnim... Beltrami
podążył jednak w bardzo dobrym i znanym sobie kierunku. Jako uczeń samego
Ennio Morricone doskonale orientował się w twórczości swojego
mistrza i stosowanych przez niego trickach w spaghetti westernach.
Jednocześnie kilka lat wcześniej Beltrami pracował przy filmie
Tommy’ego Lee Jonesa, "Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady", gdzie
miał okazję poznać zgoła odmienny, muzyczny język westernów. Z połączenia
wszystkich tych doświadczeń powstało właśnie "3:10 do Yumy". To
muzyka pełna napięcia, dynamiki i ciekawych brzmień.
Charakterystyczny rytm sprawia, że słuchając tej ścieżki dźwiękowej,
gdzieś w tle słyszymy zegar odmierzający czas do tytułowej 3:10, co
sprawia, że połączenie muzyki z obrazem jest zakorzenione głęboko w
podświadomości...
To pierwsza nominacja tego młodego
kompozytora do Oscara a szanse na wygraną nie są małe. To jedna z
trzech partytur, które prowadzą w licznych plebiscytach mających wyłonić
zdobywców Oscarów jeszcze przed Galą. Atutem tej muzyki to jest
zdecydowanie jej niebanalna faktura, wynikająca z połączenia
tradycyjnych meksykańskich brzmień, z elektrycznymi gitarami w stylu
Morricone i drapieżnym rytmem. Sprawia to, że muzyka jest bardzo zauważalna
w filmie a kilka chwytliwych motywów zachęca do nucenia po wyjściu z
kina. Kolejnym atutem Beltramiego jest jego... narodowość. Już od ładnych
kilku lat żadnej Amerykanin nie zdobył Oscara za muzykę filmową,
dlatego to może zmotywować członków Akademii do głosowania na tego
kompozytora. A że obecnie znaczna część Amerykańskiej Akademii
Filmowej to twórcy spoza USA, włosko brzmiące nazwisko Beltramiego może
mu tylko pomóc...
"Ratatuj"
– Michael Giacchino
Szanse na Oscara:
Ocena muzyki:
No i kolejny Amerykanin ukrywający
się pod włoskim nazwiskiem – Michael Giacchino. Ogromny talent tego
kompozytora jest niepodważalny, a każda kolejna partytura, która
wychodzi spod jego ręki, zbliża go do czołówki hollywoodzkich twórców
muzyki filmowej. Podobnie jest z "Ratatuj". To jedna z najjaśniejszych
pozycji ubiegłego roku będąca popisem umiejętności orkiestracyjnych
i obrazem ogromnego warsztatu Giacchino. Jednocześnie to powrót do
porywających ścieżek dźwiękowych z filmów animowanych Disney’a,
które niemal dwie dekady temu hurtowo zgarniały Oscary za muzykę
filmową. Może nie ma tutaj tylu chwytliwych melodii co w partyturach
Alana Menkena, jednak lekkość i polot, z jakim Giacchino opowiada swoją
muzyką tę historię jest imponująca. Narracyjna rola, jaką spełnia
ścieżka dźwiękowa w filmie "Ratatuj" sprawia, że jest to jeden
z faworytów oscarowego wyścigu. Mimo że znaczna część partytury
to typowy Mickey Mousing, to daleko mu do banalności chociażby "Nocy
w muzeum" Silvestriego. To muzyka, która jest jednym z bohaterów
filmu, a nie tylko tłem do dziejących się na ekranie wydarzeń.
Francuskie brzmienia, jazzowe aranżacje i zawadiacka zaczepność
doskonale kreują klimat filmu, decydując o jego sukcesie.
Podobnie jak dla Beltramiego także
dla Giacchino jest to pierwsza nominacja do Oscara. Nie trudno zauważyć,
że w Hollywood następuje powolna zmiana pokoleń. Młodzi twórcy, jak
Beltrami, Giacchino, Tyler czy Powell przejmują pałeczkę od swoich
starszych kolegów, wprowadzając do muzyki filmowej świeżość i nowe
pomysły. Kolejny rok bez muzyki Johna Williamsa tylko pogłębia to wrażenie.
Michael Giacchino to przyszłość muzyki filmowej, dlatego okazji do
zdobycia Oscara będzie miał jeszcze sporo. Jego partytura z "Ratatuj"
jest drugą z trzech, prowadzących w przedoscarowych notowaniach i jej
wygrana pewnie nie byłaby wielkim zaskoczeniem. Być może członkowie
Amerykańskiej Akademii Filmowej oglądając film, poczują tęsknotę
do przebojów Alana Menkena i oddadzą swój głos na Giacchino. Jednak
czy mając do wyboru tak nietuzinkową pozycję jak "3:10 do Yumy",autorstwa innego młodego Amerykanina, dadzą porwać się
przepychowi Mickey Mousingu? Nie sądzę.
"Michael
Clayton" – James Newton Howard
Szanse na Oscara:
Ocena muzyki:
Która to już nominacja dla
tego kompozytora? 5? James Newton Howard to istny senior w porównaniu
do pozostałych nominowanych w tej kategorii. Do tej pory Amerykanin
nominowany był czterokrotnie, jednak ani razu nie udało mu się zdobyć
upragnionej złotej statuetki. Gdyby to była nagroda za dorobek
artystyczny Howard byłby zdecydowanym faworytem tegorocznego rozdania
Oscarów. A ile zdoła osiągnąć dzięki "Michealowi Claytonowi"?
Obawiam się, że niewiele... Nominacja "Michaela Claytona" była
największym zaskoczeniem, jakie spotkało entuzjastów muzyki filmowej
od lat śledzących Oscarowe zmagania. Jednak biorąc pod uwagę nowe
zasady promocji muzyki filmowej wśród członków Akademii, zaskoczenie
to jest trochę mniejsze. Takie partytury jak ta, tylko czekały aż słynne
‘Academy Promo’ pójdą w niepamięć, a ścieżki dźwiękowe będą
oceniane wyłącznie za to jak sprawują się w filmie. Dlatego jeśli
nominacja "Michaela Claytona" była dla Was zaskoczeniem, to możecie
się przygotować na więcej takich niespodzianek w kolejnych latach.
Nominacje i Oscary za najlepszą muzykę filmową staną się jeszcze
bardziej nieprzewidywalne.
"Michael Clayton" niemal we
wszystkich plebiscytach zajmuje miejsca gdzieś pod koniec stawki. O ile
oglądając film i słuchając w nim muzyki można docenić dzieło
Howarda, o tyle jego porównanie z pozostałymi nominacjami wypada dość
niekorzystne. James Newton Howard to niezwykle doświadczony kompozytor,
który doskonale potrafi zaadoptować się do wszystkich gatunków
filmowych i niezbędnych stylistyk. Efekty tego bywają różne, jednak
muzyka tego twórcy zawsze bezbłędnie działa w filmie. Niestety
"Michael Clayton" poza tą oczywistą cechą, nie posiada żadnych
innych atutów. Nie jest to muzyka ani ambitna, ani oryginalna o
rewolucyjności już nie wspominając. Ona jest zwyczajnie poprawna. Czy
zasługuje na Oscara? Zdecydowanie nie. Czy James Newton Howard zasługuje
na Oscara? Zdecydowanie tak. Niedługo przekonamy się czy amerykański
kompozytor swoim jedynym atutem – własnym nazwiskiem – zdoła
pokonać młodszych kolegów po fachu.
"Chłopiec
z latawcem" – Alberto Iglesias
Szanse na Oscara:
Ocena muzyki:
No i wkraczamy w strefę
europejską. Co tu dużo owijać w bawełnę – Alberto Iglesias do
faworytów tegorocznych Oscarów nie należy. Ten przemiły Hiszpan, którego
kilka lat temu miałem okazję osobiście poznać, do nagrody Amerykańskiej
Akademii Filmowej nominowany jest już drugi raz. "Wierny Ogrodnik"
przegrał nierówną walkę z "Tajemnicą Brokeback Mountain",
jednak Iglesias zyskał rozgłos i dostęp do ciekawych hollywoodzkich
projektów. "Chłopiec z latawcem" to właśnie efekt ówczesnego, oscarowego
rozgłosu, który sprawił, że Mark Forster zainteresował się twórczością
Hiszpana. "Marzyciel" Forstera okazał się szczęśliwy dla Jana
A.P. Kaczmarka, ale czy w przypadku Iglesiasa będzie podobnie?
Alberto Iglesias posiada umiejętność
niebanalnego i świeżego adaptowania egzotycznych brzmień na potrzeby filmu,
jednocześnie nie popadając w przerost formy nad treścią. Jego
kompozycje zawsze są bardzo wyważone emocjonalnie i w typowo
europejski sposób potrafią wywołać u widza odpowiednie nastroje. To
jeden z tych kompozytorów, który doskonale posługuje się dźwiękiem
o nazwie 'cisza'. "Chłopiec z latawcem" wydaje się być kolejnym krokiem, po
"Wiernym ogrodniku" w rozwoju tego kompozytora. Iglesias jeszcze
bardziej zagłębił się w etnikę, wydobywając muzyczną esencję z
afgańskiego folkloru. Jego muzyka oczywiście doskonale sprawdza się w
filmie. Można się tutaj pokusić nawet o porównanie do obrazu
"Babel" – muzyka za pomocą skromnych, ale trafnych dźwięków
kreuje odmienne stany emocjonalne, w niemal hipnotyczny sposób pogłębiając
wrażenia płynące z oglądania filmu. "Chłopiec z latawcem" to
muzyka, która posiada wszystko to, co powinna mieć każda poprawna
partytura do tego typu filmu. Nie ma tutaj żadnych fajerwerków i
momentów wprawiających w osłupienie, ale na swój sposób Iglesias
wykreował pamiętne połączenia muzyki z obrazem. I w tym tkwi jego główny
atut, który być może da mu Oscara... Czy ten czarny koń zdobędzie w
tym roku swojego złotego rycerza o imieniu Oscar? Czemu nie...
"Pokuta"
– Dario Marianelli
Szanse na Oscara:
Ocena muzyki:
No i na koniec wielki faworyt
– bo tak bez wahania można nazwać Marianelliego. Zdecydowany lider
wszystkich rankingów, zdobywca największej ilości wyróżnień i
dobrych recenzji od krytyków. To druga nominacja dla włoskiego
kompozytora i po raz kolejny wiązane są z nią duże nadzieje. A czym
tak zachwyca "Pokuta"? Przede wszystkim niebanalnym brzmieniem i
bardzo mocnych związaniem muzyki z obrazem. Głównym atutem tej
pozycji jest seria pomysłów, które w zdumiewający sposób splatają
muzykę z filmem. To ścieżka dźwiękowa, której nie można nie zauważyć
podczas oglądania filmu. Wykorzystanie maszyny do pisania jako jednego
z instrumentów od razu zwraca uwagę. Zwłaszcza, że w odniesieniu do
treści filmu (zwłaszcza jego zakończenia) taki zabieg nie jest zwykłym
kaprysem, eksperymentem kompozytora, ale dobrze przemyślanym i
inteligentnym posunięciem. Podobnie jak w przypadku "3:10 do Yumy"
Beltramiego, Marianelli wykorzystuje rytmikę do jeszcze większego związania
muzyki z obrazem i wydarzeniami dziejącymi się na ekranie. Kolejnym
wielkim atutem "Pokuty" jest scena pokazująca Dunkierkę –
najbardziej spektakularny moment filmu, w którym pojawia się równie
przejmująca muzyka Włocha. To kolejne miejsce, w którym Marianelli błyskotliwie
połączył obraz z muzyką, tworząc tym samym jedną z najbardziej
pamiętnych scen filmowych ostatnich lat... Po wyjściu z kina nie można
nie pamiętać o niej i pojawiającej się w niej muzyce.
Dario Marianelli wśród wielu
nagród, które otrzymał za "Pokutę" posiada już Złoty Glob –
statuetkę uznawaną za Oscarowe preludium. Problem polega jednak na
tym, że od wielu lat żaden kompozytor, który otrzymał Złoty Glob,
nie dostał później za tę samą muzykę Oscara. Czyżby Włoch miał
zakończyć tę dziwną tradycję? Oto jest pytanie. "Pokuta" zasługuje
na Oscara i w mojej opinii powinna go otrzymać. Trudno znaleźć
bardziej przejmującą i imponującą ścieżkę dźwiękową z roku
2007, która równie wiele dałaby samemu filmowi. Mimo że wszystkie
nominowane partytury łączy istotna i specyficzna funkcja w obrazie, to
właśnie "Pokuta" zdaje się wyznaczać kierunek, w którym powinna
w kolejnych latach podążać muzyka filmowa. Dzieło włoskiego
kompozytora wydaje się być jedynym sprawiedliwym zdobywcą
tegorocznego Oscara.
Podsumowanie...
Niestety Amerykańska Akademia
Filmowa nie zwykła spełniać oczekiwań entuzjastów muzyki filmowej.
Jej wybory z ostatnich lat pozostawiają wiele do życzenia, chociaż w
pewnym sensie są zrozumiałe. Muzyka w filmie, nie na płycie – to
hasło przyświeca tegorocznemu rozstaniu Oscarów. Jaki będzie ich
wynik, trudno stwierdzić. Coś mi podpowiada, że nagroda powędruje
jednak do Marco Beltramiego i jego "3:10 do Yumy". Już przez długi
czas wahadło wyborów Amerykańskiej Akademii Filmowej wychylone było
poza USA. Chyba najwyższy czas żeby złotą statuetkę odebrał któryś
z Amerykanów. Jak będzie naprawdę, okaże się już za kilka dni...