|
John
Ottman jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych kompozytorów muzyki
filmowej w Hollywood. Dzięki swojej długoletniej współpracy z Bryanem
Singerem, miał okazję pracować przy hitach, jak "Powrót
Supermana", "X-men 2", "Fantastyczna Czwórka" czy "Walkiria". W
większości z tych projektów zajmował się nie tylko komponowaniem muzyki,
ale i montażem. Do licznych profesji Johna Ottmana można dodać również
reżyserię ("Ulice strachu: Ostatnia odsłona"). Mimo natłoku pracy,
kompozytor zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań specjalnie dla
czytelników portalu MuzykaFilmowa.pl. Zapraszamy zatem do lektury
pierwszego polskiego wywiadu Johna Ottmana.
Łukasz
Waligórski: Jak to się zaczęło?
Dlaczego postanowiłeś zostać kompozytorem? Czy chciałeś pisać do filmów
od samego początku?
John Ottman: Nigdy nie planowałem,
że zostanę kompozytorem. Tak to w życiu często bywa; robisz to czego
najmniej się spodziewasz. Chciałem reżyserować filmy i zatrudniać do
nich swojego idola, Jerry'ego Goldsmitha. Poszedłem do szkoły filmowej,
a kiedy ją ukończyłem montowałem małe filmiki i jednocześnie próbowałem
pisać do nich muzykę - tak dla zabawy. Kupiłem sporo używanego sprzętu
midi i uczyłem się jak go synchronizować z kasetą video. Potem wziąłem
jakiś film mojego przyjaciela ze studiów i nagrałem do niego nową muzykę.
Wtedy zrozumiałem, że mam do tego smykałkę i bawiłem się w to dalej.
Zacząłem pisać nawet muzykę do małych filmów, jak chociażby filmów
szkoleniowych dla pracowników. Kiedy razem z Bryanem Singerem robiliśmy
nasz pierwszy film "Public Access", powiedziałem mu, że chciałbym
napisać do niego muzykę. Ale on już miał kompozytora. Więc ostatecznie
zająłem się montażem. Później jednak okazało się, że kompozytor nie
zdawał egzaminu, a nas gonił czas, bo chcieliśmy zdąrzyć na festiwal
filmowy Sundance. Ostatecznie to jednak ja skomponowałem na syntezatorach
muzykę do tego filmu. Wtedy uświadomiłem sobie, że kocham pisanie muzyki,
a reszta to już historia... Jedyny problem, polega na tym, że gdy Bryan
robi jakiś film, odmawia mi skomponowania do niego muzyki, dopóki niezgodzę się
go także montować. To sprawia, że jestem więziony w pokoju
monterskim przez rok i tracę sporo szans na komponowanie muzyki filmowej!
Kompozytor,
montażysta i reżyser w jednej osobie - łatwiej w ten sposób zdobyć pracę
w Hollywood? Czy często jesteś proszony żeby zrobić coś więcej niż w
kontrakcie, z powodu Twojego doświadczenia?
Cóż, im więcej rzeczy, na których
mogę polegać, tym lepiej dla mnie jak sądzę! Zająłem się filmem mając
szerokie doświadczenie, dlatego podchodzę do każdego obrazu i jego
problemów bardziej jako filmowiec niż kompozytor. Dlatego wydaje mi
się, że moje zdanie sie liczy. Często zdaję sobie sprawę z tego, że mam
rzadką okazję udźwignąć cały projekt, jeśli tylko zechcę, ale potem
zastanawiam się czy naprawdę chcę wywracać swoje życie do góry nogami i
narażać się na jeszcze większy stres. To pytanie, które sobie często
zadaję i ciągle sprowadza się to do rezygnacji z zajęcia się znów
reżyserią. Tęsknię jednak za tym.
Twój
związek z Bryanem Singerem wydaje się znaczący dla Twojej kariery.
Mógłbyś opisać Wasze pierwsze spotknie? Czy było to na planie "Lion's
Den"?
Poznaliśmy
się na planie zdjęciowym USC filmu "Summer Rain". Bryan był asystentem
producenta a ja tego dnia pomagałem reżyserowi. Rzucił wtedy jakimś
dowcipem, co robi raczej rzadko, a ja byłem jedyną osobą, która się z
niego śmiała. Film nie zdawał egzaminu, po tym jak go już nakręcono, więc
ja zastąpiłem montażystę i całkowicie go przemontowałem, opowiadając
historię w innym sposób, używając swojego dubblingu, muzyki i efektów
dźwiękowych. Bryan przyglądał się, jak rozkładam stary film na części i
robię z tego coś nowego. Film niespodziewanie wygrał nagrodę w konkursie
studenckim. Po tym, Bryan postanowił nakręcić krótki film "Lion's Den".
Opowiadał o grupie chłopaków w stołówce, którzy spotykają się po pierwszym
semestrze w college'u. Chciał być jak Woody Allen i zagrać we własnym
filmie, co było jednak błędem. Musieliśmy go upijać żeby był w stanie
się na tyle zrelaksować by "grać". I właśnie wtedy znalazłem się na
stanowisku drugiego reżysera, kręcąc razem z nim i przy okazji montując
film. Miał już wtedy kompozytora - tego, który nie zdał egzaminy przy
naszym pierwszym filmie długometrażowym.
"Telemaniak"
Bena Stillera był Twoim pierwszym kontaktem z komedią. Czy to gatunek,
do którego łatwo się komponuje? Czy to prawda, że pisanie i nagrywanie
tej muzyki było koszmarem?
Każdy gatunek
ma swoje wyzwania. Ja zawsze dążę do osiągnięcia mroczniejszych komedii,
które będę podążały cienką granicą między mrokiem a jasnością. Bardzo
trudno osiągnąć taką równowagę, ale z jakichś powodów przychodzi mi to
bardzo naturalnie; komponowanie takiej dziwacznej muzyki. To swego
rodzaju "muzyka do inteligentnych komedii". Najważniejsze jest to, że
najlepiej jak potrafię staram się napisać muzykę, która będzie
ilustrowała umysł postaci - nieważne jak bardzo skrzywiony. Złe i
głupkowate postacie wymagają znacznie więcej wysiłku w sferze psychiki i
przeszłości, by ukazać jakie naprawdę są. W "Telemaniaku" próbowałem
znaleźć dziecko wewnątrz głównego bohatera, by nadać głębi jemu i jego
działaniom.
Ta, nagrywanie tej muzyki było
koszmarem z powodu gigantycznych i ciągłych zmian w filmie jeszce w
czasie gdy pracowaliśmy nad muzyką. To było jeszcze przed epoką cyfrową,
więc do nadawało powolności całemu procesowi. Jakby tego było mało, gdy
już nagrywaliśmy z orkiestrą, Ben nagle wyskakiwał z nowym pomysłem,
mimo że wcześniej podobało mu się to co słyszał na demo. Musieliśmy więc
przerywać i wtedy z moim orkiestratorem, robiliśmy burzę mózgów przy
pianinie, a
zegar tykał. Kiedyś słyszałem historię o tym jakim koszmarem było
nagrywanie muzyki przez Goldsmitha do "Star Treka". To brzmiało tak
przerażająco, że bałem się wejść w tę branżę. I wtedy przy "Telemaniaku"
to wszystko przydażyło się mnie. To był dobry debiut.
Dlaczego
nie skomponowałeś muzyki do "X-mena"? Od dwudziestu lat komponujesz
muzykę do wszystkich filmów Bryana Singera, z wyjątkiem tego jednego.
Dlaczego Bryan wybrał Michaela Kamena?
Wyglądał
kiepsko więc odmówiłem. Żartuję oczywiście! Tak naprawdę, to desperacko
chciałem to zrobić. W końcu udało mi się nakłonić Bryana żebym tylko
komponował muzykę, zamiast montować jego film, bo byłem w tym czasie
zajęty reżyserowaniem "Ulic strachu". Tak więc plan zakładał, że
skomponuję muzykę do "X-mena", kiedy skończę już postprodukcję swojego
horrorowego arcydzieła dla nastolatków. Nagle grafik "X-mena"
przyspieszył i już nie byłem w stanie tego zrobić. Próbowałem nawet
wstrzymać nieco swoją postprodukcję i zrobić "X-mena". Ale niestety
producenci mojego filmu odmówili. Znalazłem się więc w wątpliwym
położeniu, pomagając ludziom z Foxa w znalezieniu kandydata do
skomponowania muzyki do "X-mena". Uwielbiałem
Michaela Kamena, ale miałem przeczucie, że pracuje w zupełnie inny
sposób niż ja i zasugerowałem Bryanowi by poszukał kogoś innego. Ale z
powodu związków Kamena z producentami i zachwytu Bryana nad tym, że
Kamen pracował ze sławnymi artystami, jak Clapton (jakby to miało
znaczenie), ostatecznie wybrał właśnie jego. No i nie wyszło; cały proces był
fatalnym koszmarem dla Michaela i Bryana, nie wspominając już
montażystów. Po tym wydarzeniu Bryan powiedział, że już nigdy nie zrobi
filmu, jeśli nie będę zajmował się jednocześnie montażem i muzyką. UGH!
W "X-men
2" byłeś zatem montażystą i kompozytorem. Jak to zrobiłeś? Czy sytuacja,
w której zajmowałeś się montażem, w jakiś sposób pomogła w pisaniu
muzyki?
Kiedy się nad
tym zastanawiam, to szczerzenie nie wiem jak to pociągnąłem. Przy pierwszym
"X-menie" pracowało pięciu montażystów. Przy "X2" byłem tylko ja,
próbujący złożyć w całość bardzo skomplikowaną historię, pełną efektów
wizualnych i ponadto skomponować potężną muzykę. Szaleństwo.
Michael
Kamen to legenda. Czy jego muzyka do "X-mena" była w jakiś sposób ważna
dla Ciebie podczas komponowania "X2", czy od początku chciałeś zrobić to
po swojemu?
Cóż, z wielu
powodów, głównie braku komunikacji, muzyka Michaela nie była brana pod
uwagę, więc mogłem robić co tylko chciałem. Chciałem zdefiniować pewne
znaki rozpoznawcze w "X2" mając nadzieję, że będę pracował też nad "X3"
i kolejnymi częściami. Podobało mi się gdzie zmierzał temat przewodni
Michaela, ale sprawiał wrażenie tylko fragmentu czegoś większego. Więc
zaadaptowałem podobny pomysł do mojego tematu. Byłem załamany gdy
dowiedziałem się, że nie robimy "X3". Nie żeby nie było teraz jakiejś
spójności między wszystkimi filmami.
Temp-track
to coś normalnego w Hollywood, ale "Gothica" go nie miała. Jak zdobyłeś
to zlecenie i jak wyglądała praca nad nim?
Zabawne, że o tym wspominasz. Pamiętam, że czytałem recenzję, która jechała po mnie,
bo recenzent zdawał się wiedzieć, jaką film miał muzykę tymczasową.
Śmiałem się, bo faktycznie nie było tam temp-tracka. Dostałem ten film
pisząc demo. Dali mi jedną scenę i poprosili o kilka minut
muzyki do niej. Z jakiegoś powodu bardzo mnie zainspirowała i szybko napisałem 15-minutowe demo. Spodobało im się i zostałem
zatrudniony. Znalazłem się w projekcie zanim jeszcze podłożyli muzykę
tymczasową. Kiedy już wszystko zmontowali, dostałem wszystkie rolki
filmu i mogłem komponować do surowego obrazu. Bardzo mi to odpowiadało.
Podobną sytuację miałem przy "Kiss Kiss Bang Bang" i innych filmach
Joela Silvera. Zapełnianie takiego pustego płótna to naprawdę świetna
zabawa.
Większość
filmów, do których piszesz muzykę to horrory i thrillery. Dlaczego? To
Ty wybierasz takie filmy, czy to one wybierają Ciebie? Nie obawiasz się
zostać "facetem od horrorów"?
Biorę co
tylko mogę! Uwielbiam odrywać się od tego gatunku i robić coś takiego
jak "Astro Boy" ale praca to praca. Niestety rzadko mogę wybierać to, co
bym chciał. Mam nadzieję, że zrobiłem wystarczająco dużo muzyki w innych
gatunkach, żeby nie zostać zaszufladkowanym jako "facet od horrorów".
Jeśli nie
"facet od horrorów" to może "facet od komiksów"? Komponowałeś do "X2", "Fantastycznej
czwórki", "Powrotu Supermana" czy "Narodziny Srebrnego Surfera". Jak
muzycznie opisałbyś ten gatunek? Zawsze chodzi w nim o tematy?
Cóż, w tych
filmach chodziło przede wszystkim o tematy. Uwielbiam tematy, wierzę w
nie i ich wykorzystywanie do opowiadania muzycznej historii. To
zanikająca sztuka i staram się jak mogę by utrzymać ją przy życiu.

Muszę
zapytać Cię o "Powrót Supermana". Cóż... to co John Williams zrobił dla
"Supermana" było niezwykłe. Czy czułeś presję tego, że mierzysz się z
legendarnym tematem i cokolwiek zrobisz nie będzie wystarczająco dobre
dla fanów?
Powiedzmy, że
praktycznie dostawałem groźby śmierci przez internet od zagorzałych
fanów, każących mi użyć oryginalnego tematu. Ja od początku miałem
taki zamiar, ale ludzie i tak pisali do mnie błagając, bym utrzymał przy
życiu ten temat. Pytali też dlaczego to ja robię tę muzykę, a nie John
Williams. Nie mam pojęcia skąd tyle osób miało mój prywatny email.
Z czasem
dotarłem do punktu, w którym przestałem się martwić tym, czego oczekują
ode mnie inni i po prostu zrobiłem to, co uważałem za słuszne. To
paraliżowało mój proces twórczy i zupełnie odpuściłem sobie
przewidywanie oczekiwań innych. Powiedziałem sobie, że podejdę do tego,
jak do każdego innego filmu i napiszę tę muzykę kierując się własną
wrażliwością. W przeciwnym razie będzie to brzmiało jakbym imitował
kogoś innego, a to najgorszy rodzaj muzyki, gdy nie pochodzi ona z
wnętrza twórcy. Mogę zanucić każdy moment "Supermana", bo jest częścią
mojego sposobu myślenia, dlatego nie było trudno poprzeplatać go z moimi
pomysłami. To co ostatecznie wyszło, to bardzo osobista muzyka, która
brzmi jak ja, a jednocześnie oddaje cześć Williamsowi. Nie było innego
sposobu w jaki mogłem przez to przejść i najefektywniej skomponować tę
muzykę.
Jednocześnie,
w tym niepokoju jaki podzielali fani, mogłem całowicie się z nimi
połączyć, bo nie tylko jestem wielkim fanem wersji Richarda Donnera (nie
chciałem naruszać tego świata), ale podobnie jak oni, ja również obawiałem
się pierwszej filmowej wersji "Star Treka". Jeździłem na konwenty i
zasypywałem aktorów pytaniami o wygląd komory teleportacyjnej,
Enterprice'a itd. Byłem poważnie zaniepokojony tym, że cały ten świat
"Star Treka" może dla mnie ulec zniszczeniu, w filmie. Dlatego całkowicie
rozumiałem skąd wywodzą się obawy fanów "Supermana"... ale jednocześnie
trzeba wprowadzić pewien pierwiastek świeżości. I patrząc wstecz wierzę,
że jednym z problemów "Powrotu Supermana" jest to, że tak bardzo, wręcz
z religijnym uwielbieniem, skoncentrowaliśmy się na naśladowaniu
wersji Donnera, że nasz film nie wniósł nic nowego. Był jak list miłosny
zaadresowany do świata Donnera, co było całkiem w porządku, ale myślę,
że to coś czego przyszłe pokolenia nie powinny widzieć.
Miałeś
szansę dowiedzieć się co John Williams myśli o twojej muzyce do "Powrotu
Supermana"?
Nawet nie
wiem czy widział film. Wiem, że kiedyś spotkał dyrygenta, z którym
współpracuję, na obiedzie i powiedział, że podoba mu się moja muzyka, co
mną wstrząsnęło. Ale kto wie czy chodziło mu o "Powrót Supermana", czy
cokolwiek w tym stylu.
Jak
doszło do Twojego angażu przy "Astro Boy'u"? Jak przebiegała praca nad
tą muzyką?
Dostałem
telefon od mojego agenta mówiący, że planowany jest film pod tytułem "Astro
Boy" i chcą się ze mną w tej sprawie spotkać. Natychmiast się tym
podekscytowałem, ponieważ to byłaby niezła zabawa zrobić taki projekt po
ponad półtora roku ultra-poważnych i ciężkich, okopowych wręcz brzmień "Valkirii".
Ten rok niestety nie ułożył się po mojej myśli, również w życiu osobistym.
Więc naprawdę potrzebowałem czegoś "radosnego" i niewinnego, zarówno dla
mojej muzycznej satysfakcji, jak i zwyczajnej emocjonalnej potrzeby. To
mógł być uzdrawiający powiew świeżego powietrza. Uśmiech na mojej twarzy,
jaki wywołał Astro był znakiem, że jestem jeszcze w stanie zacząć coś
nowego. Równie ważny w całym procesie był mały zakulisowy gang
(reżyser David Bowers, producent Maryanne Garger,
montażysta Robert Anich Cole i konsultant muzyczny Todd Homme) niezwykle miły, radosny i skromny. I to
właściwie wystarczało by jeszcze bardziej mnie inspirować. Mam wrażenie,
że podczas pracy nad tym filmem zdobyłem kilkoro nowych przyjaciół. Mimo
że musieliśmy przetrwać nagranie 90 minut bardzo złożonej muzyki w 5
dni, to pamiętam, że w zasadzie każda z tych sesji nagraniowych sprawiała
mi przyjemność od początku do końca - po raz pierwszy. Zaprosiłem nawet
moich przyjaciół i rodzinę na nagrania, czego nigdy nie robię.
Podsumowując, to był naprawdę pamiętny czas i spełnione marzenie czyli
nagranie ze świetną orkiestrą na Abbey Road. Nie ma nic lepszego.
W "Astro
Boyu" stworzyleś tematy dla niemal wszystkich postaci. Co sądzisz o
technice komponowania opartej o lejtmotywy? Czy pasuje ona tylko do
konkretnych gatunków filmowych jak komedia czy adaptacja komiksu? Czy
zadziałałoby to w horrorze?
Na tym
właśnie polegała cała zabawa z "Astro Boyem", że mogłem ubrać emocje we
własne słowa i napisać przejrzyste tematy dla każdej postaci. Ta
technika przychodzi mi bardzo naturalnie, bo niesie ze sobą więcej muzyki
i zabawy - zarówno dla mnie jak i słuchacza. Liryczna partytura pomaga
wykreować świat, który potem można odkrywać. Jeśli chodzi o horror, to
zależy to od rodzaju filmu. W większości współczesnych horrorów jawne
tematy wprowadzają poczucie staromodności i tandety. Ale mniejsze tematy
czy wręcz motywy są z pewnością czymś co w mojej opinii pasuje do
horroru - jakiś znajomy riff czy dźwięk, który kiedy go słyszysz,
przeraża Cię - dźwięk, który oznacza, że zły charakter jest w pobliżu,
itp. Chodzi o to, że im bardziej widownia wierzy w bohatera, tym
bardziej przerażona będzie kiedy znajdzie sie on w niebezpieczeństwie. A tematy
mogą naprawdę połączyć bohatera z widownią, jak chociażby w filmie "Sierota",
gdzie napisałem temat dla matki i córki. To w pewien sposób wprowadza
realizm w ten świat, przez co czyni go jeszcze bardziej przerażającym.
Z której
ze swoich kompozycji filmowych, jesteś najbardziej dumny, a którą (jeśli
jakąkolwiek) uważasz za porażkę?
Trudno
powiedzieć. Są momenty we wszystkich moich filmach, z których jestem
dumny, ale jako całość na pewno "Incognito", "Kiss Kiss Bang Bang", "Astro
Boy", "Goodbye Lover" i "Uczeń Szatana" są moimi ulubionymi. Czy to nie
zabawne, że większość z nich okazała się klapą? Zazwyczaj moich
najlepszych prac nikt nie słyszy. Powiedziałbym, że najmniej lubię "Lake
Placid", ponieważ tak naprawdę nie było tam żadnego innego bohatera, dla
którego mógłbym napisać temat, poza krokodylem. Skomponowałem jedynie
temat przewodni dla filmu, by stworzyć odpowiedni nastrój. Ale i tak
była to muzyka ciekawa do zrobienia i działała w filmie. Kompozytorzy
muszą podejmować każde wyzwanie, niezależnie od tego, jak pokręcone są
okoliczności pracy.
Czy znasz
jakichś polskich kompozytorów muzyki filmowej?
Poznałem Jana
Kaczmarka przy paru okazjach. Uwielbiam jego muzykę. To zawsze bardzo
orzeźwiające, kiedy możesz spotkać kompozytorów, którzy przedkładają
żywe instrumenty ponad syntezatory. Kiedyś podczas festwalu muzyki
filmowej na Teneryfie, siedziałem sam w restauracji. Nagle wszedł Jan ze
swoją żoną i przyłączyli się do mnie. Skończyło się na tym, że zjedliśmy
świetny obiad i przeprowadziliśmy cudowną rozmowę. Jan i jego żona
próbowali pomóc mi wymyślić sposób, w jaki mógłbym znaleźć chłopaka. To
było słodkie z ich strony. Tęsknię za nimi. Mam nadzieję, że nasze drogi
jeszcze się zejdą. Ciągle czekam na ich sugestie.
Jeśli nie
kompozytorem, to kim byś został?
Cóż, znamy już odpowiedź na to pytanie - byłbym
reżyserem. Muszę tylko jakoś ruszyć z miejsca. To zawsze było moją męką.
Jeśli nie to, pewnie byłbym jednym z tych politycznych teoretyków
paplających w telewizyjnych talk showach, albo nawet gospodarzem takiego
talk show ;)
Dziękuję za Twój czas i powodzenie z najnowszymi projektami!
Autor wywiadu: Łukasz Waligórski
|