• Zbigniew Górny – Soundtracks
  • Ostatnia misja
  • Emoji Movie, The
  • Captain Underpants: The First Epic Movie – score
  • Akademia pana Kleksa
Artykuły

 

WYNIKI GŁOSOWANIA OPINIE GŁOSUJĄCYCH

ŁUKASZ WALIGÓRSKI (MuzykaFilmowa.pl)

Nijak - tak prezentował się ubiegły rok w muzyce filmowej. Na palcach jednej ręki można policzyć prace i wydarzenia, które godne są zapamiętania na następne dziesięciolecia. Z pewnością do takich należał 2. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie, sukces Abla Korzeniowskiego w Hollywood, rozbłysk talentu Christophera Gordona czy niezwykła pracowitość Alexandre'a Desplat. I to niestety tyle... Cała reszta ścieżek dźwiękowych, która zalała nas ze wschodu i zachodu, nie wychyliła się ponad poziom przyzwoitości, jaki nikogo już nie zachwyca. Chyba w dużej mierze to wina dziwnej tendencji w kinematografii, która staje się coraz mniej przyjazna tworzeniu muzyki nieszablonowej. Pod tym względem całkowicie podupada Hollywood, które zaczyna mówić niemal wyłącznie muzyką Hansa Zimmera i jego podopiecznych - uniwersalną, bezimienną i tandetną. Warto zatem przekierować swoją uwagę ku temu co dzieje się w Azji, Europie i Polsce. To właśnie tutaj warto szukać resztek artyzmu i świeżości, które sprawiają, że muzyka filmowa potrafi zachwycić także pozbawiona obrazu. I to chyba jedyna rada, jaką mogę dać wszystkim entuzjastom muzyki filmowej na nadchodzący 2010 rok.

MEFISTO (MuzykaFilmowa.pl)

Chyba nie będzie to nic odkrywczego, jeśli napiszę, że rok 2009 był rokiem bardzo przeciętnym dla muzyki filmowej. Było bowiem wiele niesamowitych szans i okazji na wspaniałe, niezapomniane ścieżki do równie niesamowitych filmów. Niestety niemal każdy kolejny projekt okazywał się (w mniejszym lub większym stopniu) rozczarowaniem – nawet, jeśli w samym filmie działał poprawnie i słuchało się go dobrze. Na szczęście nie mogę powiedzieć, że nie był to rok satysfakcjonujący – wręcz przeciwnie. Pojawiło się dużo ciekawych prac, do których na pewno będę wracał nie raz. Było kilka niespodziewanych powrotów muzycznych tuz i sporo zaskakująco udanych prac debiutantów, które okazały się czymś więcej, niż tylko poprawnymi ilustracjami. No i raz jeszcze sporo się działo w muzycznym światku – tak w kraju (Kraków, Gdańsk), jak i za granicą (tryumf Rahmana, nagłe odejście Jarre’a). Tak więc może i ubiegły rok nie przyniósł tej jednej, jedynej pracy, o której będzie się mówiło latami, ale i tak był to rok dość zróżnicowany, obfity i niebanalny. Szkoda tylko, że te trzy początkowe miesiące roku 2010 okazały się bardziej wartościowe od poprzednich dwunastu... 

JACEK SKULIMOWSKI (MuzykaFilmowa.pl)

Ubiegły rok w muzyce filmowej niewiele różnił się od swojego poprzednika. Chociaż minął on pod znakiem mega produkcji Camerona, wcale taki mega dla ścieżek dźwiękowych już nie był. Jednak różnica względem roku 2008 polega na tym, że znajdziemy w nim znacznie więcej przysłowiowych "smaczków". Zaliczają się do nich m.in. interesujące dokonania Korzeniowskiego, Gordona czy Shortera. Te nazwiska dają duże nadzieje na przyszłość muzyki filmowej i jej dalszy rozwój – kto wie, może w kolejnych latach zaprezentują nam coś naprawdę niezwykłego.

Cieszy również  fakt, że dużo dzieje się na naszym własnym podwórku. Najlepszym przykładem jest tutaj 2. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie, czy wizyta Ennio Morricone w Gdańsku. Nie zawiodły też wytwórnie płytowe, wydające coraz to bardziej znaczące dla kolekcjonerów graale (jak np. "Powrót do przyszłości" Silvestriego) – tym samym tworząc dużą konkurencję dla współczesnej muzyki filmowej, która czasem bardzo skutecznie odwraca od niej uwagę. Rok 2010 pod tym względem zapowiada się jeszcze bardziej bogato, więc dzisiejszym kompozytorom nie pozostaje chyba nic innego, jak tylko zakasać rękawy i poważnie wziąć się do roboty. 

DAMIAN SŁOWIOCZEK (MuzykaFilmowa.pl)

O, to już? Cały rok za nami? I znowu plebiscyt. I kolejny raz wnikliwe przesłuchiwanie dokonań kompozytorów muzyki filmowej i desperackie uzupełnianie braków. I ponownie niełatwe wybory. Jak na moje ucho, rok 2009 był całkiem udany. Oczywiście nie obyło się bez rozczarowań (szczególnie martwi spadek formy Elfmana), ale mieliśmy sporo ścieżek na dobrym poziomie. Mnie osobiście najbardziej połechtały kompozycje do: "A Single Man", "Mao's Last Dancer", "Fantastic Mr. Fox", "Drag Me to Hell" i "Avatar". W tym zróżnicowanym miksie ten ostatni znalazł się niespodziewanie, bo przed premierą stwierdziłem, że nie będę tracił energii nawet na robienie sobie jakichkolwiek nadziei i oczekiwań co do tej ścieżki. Ale chociaż Horner u mnie mocno zaplusował, to ten rok należał do innych: Desplat, Gordon, Giacchino... A na czele stawki Abel Korzeniowski, którego nominacja do Złotego Globu w kat. najważniejszego wydarzenia roku ustępuje u mnie jedynie II FMF w Krakowie. 

BARTOSZ KUŚMIERZ (MuzykaFilmowa.pl)

Rok 2009 w muzyce filmowej, był pod wieloma względami bardzo podobny do roku 2008. Znów nie usłyszeliśmy ścieżki, która nawiązywałaby swoim poziomem do największych dokonań Williamsa czy Goldsmitha. Natomiast pojawiło się wiele bardzo dobrych i równych soundtracków takich jak: "Mao's Last Dancer", "Agora", "A Single Man" czy telewizyjny "Battlestar Galactica 4". Ponownie spotkało nas kilka umiarkowanych rozczarowań, bo dostaliśmy porządne partytury tam gdzie oczekiwaliśmy wybitnych – "Star Trek", "Avatar". Na szczęście nie zawiodły wytwórnie płytowe, które porządnie wydały kilka klasyków. Osobiście najbardziej ucieszyło mnie nowe nagranie "Exodusa" Golda, aczkolwiek nie mniej radości dały mi "The Journey of Natty Gann" i "Back to the Future" oraz complete score z drugiej części Star Treka. Na sam koniec chciałbym życzyć sobie i wszystkim fanom muzyki filmowej, by rok 2010 spełnił nasze wszystkie muzyczne oczekiwania...

ANDRZEJ SZACHOWSKI (MuzykaFilmowa.pl)

Pisanie przemyśleń, dotyczących minionego roku pod kątem muzycznym, zawsze sprawia mi problem. Trudno jest uogólnić 365 dni i spojrzeć na nie synchronicznie, wyciągając średnią, a przy tym jeszcze uchwycić ich specyfikę, znaleźć coś, co odróżniałoby je od poprzednich. Stosunek kiepskich prac do tych dobrych jest bowiem za każdym razem mniej więcej taki sam. Raz na jakiś czas pojawia się jedynie dzieło natury zjawiskowej, które czyni dany rok wyjątkowym. Nie dotyczy to jednak roku 2009, choć w nim oczywiście też nie obeszło się bez miłych niespodzianek ("Coraline", Christopher Gordon, "District 9"). W tym przypadku podszedłbym więc do sprawy diachronicznie, zwracając uwagę wyłącznie na rozwój twórczy poszczególnych kompozytorów, gdyż na tym polu można sporo zaobserwować. Wyróżniłbym tu trzy kategorie artystów: zachowawczych, którzy pozostali przy swoich starych, dobrych sztuczkach i nadal potrafią nimi bawić (Powell, Giacchino, Desplat); inercyjnych – trwających w bezruchu na wykreowanych przez siebie płaszczyznach, ale w całej tej stagnacji powoli tracących swój muzyczny urok (Gregson-Williams, Horner); oraz quasipostępowych, którzy mimo utrzymania wcześniejszych manier, zdołali nadać im nową jakość i zainteresować słuchacza – nawet jeśli nie przynosząc mu satysfakcji (Zimmer, Young, Silvestri). Dziwi mnie tylko, że przedstawiciele tej drugiej kategorii, czyli czołowi tandeciarze, potraktowali nas w tym roku tak łagodnie (może z wyjątkiem Batesa). 

JAN BLIŹNIAK (MuzykaFilmowa.pl)

Zwykle daleko mi od negatywnych podsumowań. Nie wymagam błysków geniuszu, zadowalają mnie porządne, przemyślane i opracowane partytury. Tym razem jednak, mimo kilku wyraźnych plusów, nie potrafię zdobyć się na pozytywną opinię. W moim odczuciu był to bowiem rok wyraźnie słabszy od poprzednich. Nawet solidne ścieżki uznanych kompozytorów wypadały, ogólnie rzecz biorąc, gorzej niż zwykle. Newman, Marianelli, Danna, Zimmer zaprezentowali się poniżej swoich możliwości, ale nie tylko oni. Nawet Desplat, który przecież wykonał tytaniczną pracę, ani razu nie zbliżył się do poziomu swoich najlepszych dzieł (mowa tu o całych ścieżkach, niektóre pojedyncze utwory to perełki). Ciekawie za to wypadły mniej znane lub nieco zapomniane nazwiska. Rachel Portman "Szarymi ogrodami" zdaje się wracać do wielkiej formy; Rolfe Kent wciąż dobrze sobie radzi, chociaż do pierwszej ligi już pewnie nie trafi; a Badelt skutecznie zwalcza łatkę kompozytora wtórnego. Mamy też parę wschodzących gwiazd: Korzeniowskiego, Eshkeriego, Gordona. Jednak najbardziej cieszy mnie fakt, że gigant Morricone muzyką do "Baaríi" uświadamia nam, że w muzyce filmowej nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a jego możliwości są daleko poza sferą marzeń niejednego kompozytora. Faktem jest przy tym, że w ubiegłym roku prawie nikt nawet nie próbował do niej dosięgnąć. Czyżby koniec pierwszej dekady XXI wieku miał upłynąć pod znakiem stagnacji? 

MACIEJ WAWRZYNIEC OLECH (MuzykaFilmowa.pl)

"Kiedyś było lepiej…" – w sumie tak najłatwiej można podsumować rok 2009 w muzyce filmowej. Tylko szczerze, co to da? Oczywiście, że najłatwiej powiedzieć, że kiedyś muzyka filmowa była lepsza, czy też ogólnie napisać, że kiedyś wszystko było lepsze. Tylko w takim razie co robić? Czekać wyłącznie na nowe wydania i kolejne reedycje klasyków? Czy też może "wypiąć" się na Hollywood i szeroko rozumianą "zachodnią muzykę" i poszukiwać lepszych muzycznych doznań w innych zakątkach świata? Nie uważam się za jakiegoś specjalistę, ani eksperta i nie twierdzę, że obie metody są złe, ale daleki jestem od grzebania aktualnej muzyki filmowej. Zwłaszcza, że ten miniony rok muzycznie wspominam całkiem dobrze. Może nie był to jakiś przełomowy rok w muzyce filmowej, ale też nie słyszę żeby jakoś szczególnie różnił się od poprzednich lat. I to zarówno w tym pozytywnym, jak i negatywnym kontekście.

"Coraline" Bruno Coulais i "Up" Michaela Giacchino po raz kolejny potwierdziły, jak wielkie pole do popisów dla kompozytorów dają współczesne animacje – i to zarówno komputerowe, jak i poklatkowe. Christopher Young swoim "Drag Me To Hell" udowodnił znowu, że jeżeli chodzi o ilustrację do horrorów, to nie ma sobie równych; a Danny Elfman ze swoją muzyką do niepotrzebnej kontynuacji Terminatora pokazał, że kompozytorzy to też tylko ludzie i, że nawet tym najlepszym zdarzają się potknięcia.

Jednak dla mnie poprzedni rok to przede wszystkim wielki powrót kompozytora, którego większość już dawno przekreśliła. Mam na myśli oczywiście Jamesa Hornera i jego wspaniałą, pełną przygody muzykę do superprodukcji Jamesa Camerona "Avatar". I choć plebiscyt tego nie odzwierciedla, to wg mnie właśnie Hornerowi należą się największe laury. Gdyż zdecydowanie większą sztuką jest stworzyć jeden bardzo dobry score, aniżeli np. siedem średnich – szczególnie w przypadku, gdy tak mało osób w ciebie wierzy. Dlatego też mam nadzieję, że w przyszłości będziemy znacznie ostrożniejsi w spisywaniu kompozytorów na straty – i nie będziemy tego robić tylko dlatego, że stworzyli parę gorszych partytur.

Podsumowując, był to dobry rok dla muzyki filmowej i nie miałbym nic przeciwko, żeby kolejny był pod tym względem podobny. Oczywiście wszystkim i sobie życzę również, aby ten nowy rok był lepszy od poprzedniego, ale czas pokaże jak będzie naprawdę. Na pewno muzyka filmowa z 2010 roku nie będzie tak dobra, jak to miało miejsce przed wieloma laty. Ale wiadomo... kiedyś było lepiej :) 

ŁUKASZ WUDARSKI (FilmMusic.pl)

Miniony rok nie wyróżnił się niczym. Zwykły średniak, w trakcie którego często wiało nudą. Owszem było kilka wydarzeń, na które z zapartym tchem w piersiach czekali fani muzyki filmowej (przede wszystkim premiera hornerowskiego "Avatara"), lecz jak to zwykle bywa przy tak solidnie napompowanej atmosferze, ostateczny efekt nie zaskoczył nikogo. I chyba tutaj tkwi cały problem. W muzyce filmowej coraz mniej mamy zaskoczeń, za to coraz więcej przewidywalności i sztampy. Mimo tej przewagi nudy i zwyczajności pojawiło się kilka światełek w tunelu. Mam tu przede wszystkim na myśli ciekawy soundtrack Petersena, kilka inspirujących prac Desplata (który mógłby jednak czasem stawiać bardziej na jakość, niż na ilość), niezłe prace Rombiego, trzymającego poziom Coulaisa i wreszcie zasłużony sukces naszego Abla Korzeniowskiego – kompozytora, który ma bardzo duże szanse ubiegać się wkrótce o najważniejsze projekty Hollywoodu. Czego mu oczywiście z całego serca życzę. 

TOMEK ROKITA (FilmMusic.pl)

Ostatni rok pierwszej dekady XXI wieku był w muzyce filmowej rokiem udanym. Zabrakło jedynie "wisienki na torcie" – prac wybitnych i wybijających się, choć najbliżej tego był, stale potwierdzający od kilku lat wysoką dyspozycję, Dario Marianelli w "Agorze". Tak jak napisałem w podsumowaniu zeszłorocznym, największe zaskoczenia przyszły z miejsc najmniej oczekiwanych – brawurowy James Peterson, etniczny Christopher Gordon, melancholijny Abel Korzeniowski, emocjonalny Philippe Rombi, rytmiczny Clinton Shorter, trzymający w napięciu Alex Heffes, poruszający John Debney... to tylko najbardziej reprezentatywne przykłady. Palmę pierwszeństwa w strefie amerykańskiej dzierżył tym razem stale niedoceniany Christopher Young, a nie zawiódł również, będący pod pręgierzem krytyki, James Horner. Mocną grupę stanowiła animacja (Giacchino, Desplat, Coulais), będąca dziś prawdopodobnie najbardziej inspirującą i pobudzającą kreatywnie kompozytorów ‘filmówki’ odnogą X muzy. Był to rok przynoszący muzykę zróżnicowaną, barwną i pokazujący, że Hollywood muzycznie jest nadal w bezpłodnym, komercyjnym do bólu dołku – analizując dokonania najbardziej zapracowanych tam kompozytorów. Na plus należy odnotować stale rozwijający się rynek koncertowo-festiwalowy, na czele z krakowską imprezą, oraz nadal trwający ‘golden age’ wydawania niedostępnych przez lata, kolekcjonerskich edycji (bądź też powtórnych nagrań) starszych prac – mocno poszukiwanych i pożądanych przez kolekcjonerów z całego świata. Niestety nadal obecny jest też trend wydawania niektórych pozycji jako 'download-only' – to przypadłość, która dopadała nawet świeżego zdobywcę Oscara... Reasumując: było czego posłuchać! 

ŁUKASZ KOPERSKI (FilmMusic.pl)

To z całą pewnością nie był rok, który zapisze się czymś  szczególnym w historii muzyki filmowej. Powiedzmy sobie jednak szczerze: z ostatnich kilku lat o żadnym chyba nie dałoby się tak powiedzieć. Zatem rok miniony wpisuje się w lata, w których mimo niemałej ilości prac niezłych czy nawet dobrych, muzycznych arcydzieł nie uświadczymy. Trzeba się jednak cieszyć tym, co jest, bo i przecież znajdzie się parę dzieł zdecydowanie godnych zauważenia i polecenia. Takich jak "Mao's Last Dancer" Christophera Gordona, "Un Homme et son Chien" Philippe'a Rombiego, czy nominowany do Złotego Globu "A Single Man" naszego Abla Korzeniowskiego. Rok 2009 był też bardzo dobrym rokiem w animacji. W tym gatunku powstało kilka naprawdę nietuzinkowych obrazów i doczekały się one bardzo interesującej muzyki. Błyszczał zwłaszcza Bruno Coulais z typowymi dla siebie wokalnymi eksperymentami w "Coraline" oraz średniowiecznymi inspiracjami w "The Secret of Kells". A przecież był jeszcze Alexandre Desplat i jego kolorowa, zaskakująca muzyka do "Fantastic Mr. Fox", znowu Korzeniowski (wciąż niewydane: "Terra" i rodzima "Gwiazda Kopernika"), no i wreszcie oscarowy "Up!" Michaela Giacchino. Do wielkiego kina powrócił też ten, na którym wielu postawiło już krzyżyk, czyli James Horner. I co by nie mówić o braku oryginalności, to "Avatar" w filmie działał jak stare, dobre partytury z Kina Nowej Przygody i w końcowym rozrachunku należy go mimo wszystko ocenić pozytywnie. Jak i cały 2009 rok. A o przykrych wpadkach (jakie przydarzyły się zwłaszcza Harry'emu Gregson-Williamsowi) po prostu najlepiej zapomnieć. 

ALEKSANDER DĘBICZ (Soundtracks.pl)

Dokonując symbolicznej oceny muzyki filmowej 2009 roku należy zastanowić się, czy powstały w tym czasie filmy, które dawały kompozytorom możliwość rozwinięcia skrzydeł – czy były na tyle inspirujące, żeby powstała do nich porywająca muzyka. Niestety wydaje mi się, że miniony rok nie przyniósł wymarzonego materiału wizualnego, chociaż zdarzały się wyjątki, moim zdaniem z sukcesem wykorzystane. W kinie wysokobudżetowym ich przykładem mogą być "Anioły i Demony" Hansa Zimmera, które, choć powszechnie  krytykowane, wniosły do produkcji Rona Howarda element magiczny. Podobnie "Avatar" Jamesa Hornera, jak i nagradzany "Odlot" Michaela Giacchino. Jednak w wymienionych kompozycjach, jak i wielu innych, artyści generalnie użyli sprawdzonych rozwiązań ilustracyjnych i kompozytorskich. Dlatego muzyka filmowa 2009 roku raczej niczym nas nie zaskoczyła. Mnie szczególnie cieszy rozwój polskiego kina i sukces znakomitej muzyki do "Rewersu" Włodka Pawlika. Oby to była dobra wróżba na kolejne lata. Być może rodzimi filmowcy zwrócą większą uwagę na aspekt "original score". 

KRZYSZTOF RUSZKOWSKI (Soundtracks.pl)

W muzyce filmowej minęły kolejne 365 dni, które nie przyniosły ani wielkich dzieł, ani przełomowych wydarzeń. Mimo to nie były czasem do końca straconym, ani pozbawionym przynajmniej paru naprawdę wartych uwagi momentów.

W Hollywood – (dawnej?) Mekce kinematografii – w zasadzie bez zmian. "Fabryka snów" nadal w znacznej mierze tkwi pogrążona w marazmie twórczym. W pogoni za świeżą krwią, mainstreamowa (tj. przede wszystkim anglojęzyczna) kinematografia zmuszona była sięgać po artystów z importu, i to im zawdzięczamy wiele z najciekawszych prac 2009 r. (patrz: nominacje). Nieliczne wyjątki zdają się tylko potwierdzać ten trend. Warto jednocześnie odnotować, że ostatni rok pozwolił zabłysnąć kilku nowym, bądź jeszcze szerzej nieznanym nazwiskom (Gordon, Korzeniowski, Peterson, Yevtushenko, Lurie, Slaski...), co na pewno pozytywnie rokuje na przyszłość. Czas pokaże, kto z nich okaże się jednorazową sensacją, a kto zostanie nowym Desplatem. Rok 2009 był również czasem muzyczno-filmowych pożegnań – opuścili nasm.in. Maurice Jarre, Vic Mizzy i Erich Kunzel.

Niedobór ciekawych nowości rekompensował słuchaczom prawdziwy wysyp na rynku kolekcjonersko-historycznym. Tu niemal co chwilę byliśmy rozpieszczani premierami reedycji klasyków, zapomnianych perełek, wydań kompletnych bądź  rozszerzonych, czy cennych antologii. Wyjątkowy wysyp rodzimych filmów, jaki miał miejsce w zeszłym roku, niestety nie przełożył się na znaczący wzrost płytowych wydań muzyki filmowej. Na osłodę niech pozostanie nam radość z kolejnych sukcesów polskich kompozytorów za granicą (Korzeniowski, Kaczmarek, Lorenc), a także satysfakcja z tego, że w ciągu 12 miesięcy minionego roku przyszło nam gościć tak znaczących twórców, jak: Ennio Morricone, Tan Dun, Yann Tiersen czy Roque Baños.  


Skromną (jak zawsze) konkluzję także sponsoruje pewne słowo – tym razem jest nim nadzieja. Mamy bowiem nadzieję, że kolejny rok przyniesie nam wiele niespodzianek, które sprawią, że będzie on rokiem niezapomnianym. Mamy też nadzieję na rozbudowanie tych międzyportalowych więzi. No a przede wszystkim mamy nadzieję, że za rok spotkamy się ponownie przy kolejnym dużym (choć nie koniecznie tym samym) projekcie. Czuwaj!

 

WYNIKI GŁOSOWANIA OPINIE GŁOSUJĄCYCH

Komentarze

Brian 04-05-2012, 10:43

Dzięki za przeniesienie. Moglibyście też popracować nad wyszukiwarką, bo nawet jak przykładowo wpisze "Ice Age" to tego nie znajdę mimo, że są tego recenzje.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Komentarz