• Zbigniew Górny – Soundtracks
  • Ostatnia misja
  • Emoji Movie, The
  • Captain Underpants: The First Epic Movie – score
  • Akademia pana Kleksa
Artykuły

 

WYNIKI GŁOSOWANIA OPINIE GŁOSUJĄCYCH
 

ŁUKASZ WALIGÓRSKI (MuzykaFilmowa.pl)

Nie uświadczyliśmy dzieł wybitnych w świecie muzyki fimowej w ubiegłym roku, na szczęście było wiele bardzo dobrych. Pod tym względem minione 12 miesięcy zdecydowanie górowało nad rokiem 2009. Uważny obserwator dostrzegł też, że kilka wydarzeń w znaczący sposób przyczyniło się do większego zainteresowania muzyką filmową, co w mojej opinii na dłuższą metę ma większe znaczenie niż artystyczna wartość owoców ubiegłego roku. Mam tutaj oczywiście na myśli liczne Festiwale i koncerty odbywające się coraz częściej w europie, ale również angażowanie do pracy przy ścieżkach dźwiękowych takich artystów jak Daft Punk czy Trent Reznor i Atticus Ross. Osobiście cieszy mnie wysoka forma takich twórców jak Alesandre Desplat, James Newton Howard czy John Powell. To kompozytorzy, którzy roszczą sobie prawo do zajęcia miejsca takich legand jak Kamen, Goldsmith czy Jarre. Czy to im się uda, to tym zadecyduje przyszłość, niemniej w mojej opinii są na dobrej drodze. Cieszy również nieustannie pojawianie się nowych nazwisk i artystów wprowadzających powiew świeżości w skostniałem ramy Hollywood. Podsumowując, muszę przyznać że ubiegły rok okazał się jednym ciekawszych w muzyce filmowej od lat, dostarczając ciekawych obserwacji i kilku naprawdę dobrych prac. Oby tak dalej...

MEFISTO (MuzykaFilmowa.pl)

To był dobry, solidny rok. Choć przyniósł sporo rozczarowań i niespełnionych obietnic, to jednak równie dużo było pozytywnych niespodzianek i magicznych, w pełni satysfakcjonujących ilustracji na wysokim poziomie. Był to też rok nieustających emocji, które zapewniły nam gorące dwanaście miesięcy, w ciągu których nie było czasu na nudę. No ale przede wszystkim był to złoty okres wspaniałych wydań klasyki gatunku (jak rewelacyjne wydanie "Spartakusa” Northa i nowe, mocarne wykonanie "Conana Barbarzyńcy”), czy też pozycji dotąd niewydanych lub potraktowanych po macoszemu. I oby w tej kwestii nie skończyło się jedynie na minionym roku – czego sobie i pozostałym fanom ‘filmówki’ życzę.

DAMIAN SŁOWIOCZEK (MuzykaFilmowa.pl)

W mojej muzycznej podróży przez 2010 rok przemierzałem Oceany, zatraciłem się zupełnie w cybernetycznym świecie "TRONU", zgłębiałem najmroczniejsze zakamarki ludzkich snów dokonując "Incepcji", ćwiczyłem balet wraz z "Czarnym Łabędziem" i sztuki walki z "Karate Kidem". Szczególnie miło wspominam spotkanie z "Ostatnim Władcą Wiatru" i lekturę audio podręcznika "Jak wytresować smoka". Ale były też chwile rozczarowań i zwątpienia. Uciekałem przed niestrasznym "Wilkołakiem", spotkałem "Robin Hooda", co miał tępe muzyczne strzały. Biały Królik zwiódł mnie na chwilę do Krainy Czarów, ale zawiedziony nią powróciłem do Krakowa, gdzie każdy miłośnik muzyki filmowej ma raz do roku swój raj. Ech... mógłbym tak opowiadać przez "127 godzin", ale i tak lepiej opisałby to perfekcyjny "Autor Widmo"...

BARTOSZ KUŚMIERZ (MuzykaFilmowa.pl)

Coś jakby drgnęło. Nareszcie mogę powiedzieć, że ubiegły rok był bardzo dobry dla muzyki filmowej. Może nie fantastyczny, ale bardzo dobry. To i tak dużo, gdyż w poprzednich Résumé byłem raczej sceptyczny. W 2010 dostaliśmy garść wyśmienitych scorów: "Jak Wytresować Smoka”, "Oceans”, "Ostatni Władca Wiatru”, "Autor Widmo”. Rozczarowań nie było wcale tak wiele (trzecia część Narnii, "Iron Man 2”). Cieszy też wysoka forma Alexandra Desplat, który kolejny rok z rzędu pokazał się z bardzo dobrej strony. Podobnie zresztą jak wytwórnie płytowe, wznawiające klasyczne partytury (cudowne reedycje "Conana Barbarzyńcy” i "Spartacusa”). Jedyne czego mi zabrakło to niekwestionowany lider zeszłego roku, czyli score, który można by postawić obok wyżej wspomnianych prac Poledourisa i Northa. Nie w tym roku, to może w następnym? Oby...

ANDRZEJ SZACHOWSKI (MuzykaFilmowa.pl)

Miniony rok zaczął się dosyć obiecująco. W styczniu na hollywoodzką scenę muzyczną dziarsko wkroczył Atticus Ross, prezentując nowoczesną, wpisującą się w obecny trend eksperymentatorstwa brzmieniowego ścieżkę do "Księgi Ocalenia” Hughesów, zgarniając potem Oscara za dużo mniej lotne "Social Network” na spółkę z Trentem Reznorem. Luty przyniósł znamienitą kompozycję Alexandra Desplat, taktownie brzmiącą w filmie, huczącego jakiś czas temu w mediach, Romana Polańskiego. W marcu zaś, do bogatego dorobku ilustracji animowanych Johna Powella dołączył bombastyczny "How To Train Your Dragon”, a wcześniej Danny Elfman uraczył nas długo oczekiwaną "Alicją w Krainie Czarów” – nieco mdłą i niemrawą, ale za to powalającą tematem przewodnim.

Przebieg kolejnych miesięcy był już jednak bardzo zróżnicowany. Jak zawsze nie obeszło się bez zawodów ("The A-Team”, "Narnia 3”, “ Harry Potter and the Deathly Hallows: part I”, “The Tempest”) i ukontentowań – “Shrek Forever After”, “The Last Airbender”, "Prince of Persia”, "127 Hours”. Nie spali również czołowi tandeciarze, po raz kolejny pokazując na co ich stać (tym razem byli to Ramin Djawadi, Henry Jackman i oczywiście niezawodny Steve Jablonsky). Za największą porażkę minionego roku uważam jednak "Robin Hooda” Marca Streitenfelda – kompozycję tak bezbarwną i pozbawioną charakteru, że nie miała prawa trafić do kina epickiego. A za najmilszą niespodziankę nominację do Oscara dla Johna Powella, który nareszcie został doceniony przez Akademię, będąc dotąd całkowicie unikalnym głosem Hollywood (choć miało to miejsce w roku 2011, traktuję to jak osiągnięcie za 2010). Ewenementem socjologicznym nazwałbym natomiast "Incepcję” Zimmera, której fenomenu zupełnie nie rozumiem.

MACIEJ WAWRZYNIEC OLECH (MuzykaFilmowa.pl)

W ciszy kondukt żałobny podąża za trumną z napisem "Hollywoodzka Muzyka Filmowa”. Po długiej drodze czarny marsz dociera na cmentarz "Skończonych Soundtracków i Kompozytorów”. Wiele osób przyszło pożegnać hollywoodzką muzykę filmową, oddać jej ostatnią cześć i powspominać stare dobre czasy. Trumna już spoczywa na dnie, zaczynają posypywać ją ziemią, aż tu nagle słychać pukanie dochodzące ze środka. Robi się ono coraz głośniejsze – aż nagle wieko pęka z hukiem! Z grobu powstaje muzyka hollywoodu, a wraz z nią twórcy, których większość z nas pogrzebała za życia...

Brzmi może i makabrycznie, ale tak właśnie można najlepiej podsumować rok 2010. Przez wielu dawno spisana na straty, muzyka do blockbusterów pokazała, że nie jest z nią jeszcze tak źle. Co najlepiej udowodnił Hans Zimmer swoją partyturą do "Incepcji”. Jeżeli chodzi o komponowanie pod wielkie projekty, to niemiecki kompozytor wciąż zalicza się do filmowej czołówki – czołówki, do której dzielnie zmierza też jego dawny wychowanek, John Powell. Sympatyczny Anglik muzyką do animowanego przeboju "How To Train Your Dragon” nie tylko oczarował widzów i słuchaczy, ale też pokazał, że jest jeszcze w Hollywood miejsce na pełnoorkiestrowe, przygodowe ilustracje. Potencjał orkiestry wykorzystał też Christopher Gordon w mrożącej krew w żyłach, klasycznej ścieżce do horroru "Daybreakers”. Zaś inny specjalista od orkiestrowego brzmienia, James Horner, zaskoczył przyjemną, fajną i przede wszystkim dobrą oprawą do "Karate Kida”. Tradycyjnie nie zawiódł James Newton Howard, który w minionym roku nie zszedł poniżej pewnego poziomu, udowodniając, że nawet do słabego filmu, jak "The Last Airbeneder” można skomponować piękną i niezwykłą muzykę.

Mimo wysokiego poziomu jaki prezentowały prace czołowych kompozytorów, rok 2010 zostanie zapamiętany głównie przez niezwykłe, elektroniczne debiuty osób dotąd niezwiązanych z filmem. I tak też nie lada furorę wywołało pojawienie się Trenta Reznora i Atticusa Rossa, którzy z hukiem weszli na salony swoim kontrowersyjnym "The Social Network”, zgarniając zań czołowe nagrody. Równie głośno było wokół francuskiej grupy Daft Punk, która zadbała o przebojową oprawę do filmu "Tron: Legacy”. Świetne połączenie elektroniki z klasycznym scorem tak spodobało się ludziom, że na całym świecie soundtrack ten sprzedał się w ogromnych ilościach. Kto wie czy ta dwójka dj-ów nie zachęciła większości osób do rozpoczęcia większej przygody z muzyką filmową...

Jak co roku nie zabrakło także gorszych ilustracji, które w taki czy inny sposób nie sprostały oczekiwaniom. I tak też jeden z czołowych kompozytorów, Howard Shore zaliczył niestety bardzo słaby rok, komponując pozbawioną wszelkich emocji muzykę do "Edge of Darkness” oraz "Twilight: Eclipse”. Zaś wysoko ceniony i zapracowany Alexandre Desplat potknął się przy kolejnej części "Harry’ego Pottera”, myśląc, iż uda mu się stworzyć dobry score bez tematów Williamsa. Naturalnie trafiły się też bardzo słabe prace, jak chociażby "Clash of the Titans” Ramina Djawadiego, co raczej nie było dla nikogo większym zaskoczeniem.

Długo można by wymieniać wady i zalety tego, jakże ciekawego i udanego okresu dla muzyki filmowej, który obdarował nas także kilkoma świetnymi wydaniami starszych prac – z rewelacyjnym "Black Sunday” Johna Williamsa na czele. Przede wszystkim jednak, patrząc w przeszłość liczę, że nauczyliśmy się pewnej pokory i mam nadzieję, że w przyszłości będziemy ostrożniejsi z wychwalaniem kogoś pod niebiosa po pierwszej lepszej udanej pracy, czy też spisywaniem go na straty po gorszej ilustracji lub słabszym okresie w karierze. Podsumowując ten rok można spokojnie stwierdzić, że z muzyką filmową jest wszystko w porządku – nawet z tą hollywoodzką. Może nie tryska od niej taka energia jak kiedyś, ale na pewno nie jest w tak beznadziejnym stanie, jak sądzono. I tym optymistycznym akcentem kończę moje podsumowanie, pełen nadziei patrząc na nowy, 2011 rok.

JAN BLIŹNIAK (MuzykaFilmowa.pl)

Ostatni rok pierwszej dekady upłynął pod znakiem bezpiecznej poprawności. Zdecydowana większość kompozytorów okopała się w swoich ulubionych rewirach i nie wyściubiała stamtąd nosa, częstując słuchaczy zgranymi pomysłami, które, zależnie od klasy kompozytora, wypadały lepiej lub gorzej. Byli więc poprawni Danny Elfman i Randy Newman, pozbawieni niespodzianek Hans Zimmer i James Newton Howard, tradycyjni Rachel Portman i Alan Menken. Z tego ogólnego marazmu próbował się jedynie wyrwać Alexandre Desplat, który prócz typowych dla siebie ścieżek, skomponował w ubiegłym roku kilka oryginalnych i interesujących pozycji z "Autorem Widmo" na czele. Jedynym twórcą zdolnym do walki z rosnącą hegemonią Francuza okazał się dość niespodziewanie John Powell z brawurowym, choć klasycznym, "Jak wytresować smoka". Szkoda, że zabrakło mu energii na więcej, choćby zbliżonych do poziomu tej wspaniałej partytury prac. Warte uwagi propozycje zaprezentowali zaś inni Francuzi: wciąż intrygujący Bruno Coulais oraz wspaniale świeży Raphael Beau. Czyżby Paryż miał się stać stolicą muzyki filmowej?

Ciekawym zjawiskiem stał się też sukces muzyków niekojarzonych dotąd z muzyką filmową. Zasłużony oscarowy sukces Trenta Reznora i Atticusa Rosa, a także entuzjastyczne przyjęcie "TRONU" Daft Punku znów obudziło pytanie o przyszłość muzyki filmowej. Niektórzy wieszczą nawet kres kompozytorów specjalizujących się w pisaniu muzyki do filmu, co jednak uważam za mocno przesadzone. Tym niemniej "transfer" uznanych twórców z innych gatunków dobrze służy artystycznemu fermentowi w muzyce filmowej. Mam nadzieję, że tryumf "The Social Network" utarł nieco nosa starym, hollywoodzkim wyjadaczom i zmusił do refleksji, czy można w nieskończoność powtarzać stare schematy. O tym jak sięganie do innych rejonów muzyki może wzbogacać muzykę filmową przekonuje także udane wykorzystanie XIX wiecznych hymnów w "Prawdziwym męstwie" Cartera Burwella.

Te elementy to jednak tylko odpryski po ogólnie nieciekawym pejzażu ubiegłorocznej muzyki filmowej. Było wyraźnie słabiej niż dwa lata temu, chociaż początek roku wydawał się obiecujący i doprawdy, gdyby nie tytaniczna praca Desplat, który w dodatku próbował odświeżyć swoje muzyczne emploi, można by było zaczynać powoli załamywać ręce. A może właśnie dlatego powinniśmy? To nie jest zbyt zdrowe, że przyszłość ambitnej, a przy tym popularnej muzyki filmowej staje się udziałem jednego człowieka.

ŁUKASZ WUDARSKI (FilmMusic.pl)

Rok 2010 to kolejny rok, w którym czekamy na arcydzieło. Niestety trochę bezskutecznie. Szczególnie ciekawym wydaje się być dosyć niebezpieczny fakt coraz większej dominacji Hollywood, którego styl starają się imitować nawet twórcy europejscy. Nic więc dziwnego, że filmowcy poszukując nowych brzmień zwracają się do zespołów/twórców niezwiązanych na co dzień z muzyką filmową (Daft Punk, Trent Reznor). Przykre jest tylko to, że te zabiegi bardzo często mają charakter jedynie marketingowy.

Z dobrych rzeczy niewątpliwie cieszy fakt, że coś ruszyło się na polskim rynku muzycznym i dzięki temu światło dzienne mogły ujrzeć takie płyty jak m.in. "Różyczka”, "Ojciec Mateusz”, "Śluby Panieńskie”, "Czas honoru”, czy też "Wszystko co kocham”. Szkoda wprawdzie, że niestety nie zawsze w parze idzie za tym jakość samej muzyki. Ale jak się nie ma co się lubi…

Na sam koniec osobne słowa uznania dla 3-ego Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. W końcu udało się zeń zrobić nie tylko wydarzenie muzyczne, ale także (głównie dzięki towarzyszącym akademiom) event socjalizujący polskie środowisko wielbicieli soundtracków. A to jest bardzo dobry prognostyk na przyszłość.

ŁUKASZ KOPERSKI (FilmMusic.pl)

Podsumowanie AD 2010 chciałoby się zacząć po raz kolejny pytaniem, który to już taki sobie rok w gatunku, bez gromady dzieł wybitnych, tworzących historię muzyki filmowej. Można by też wyrazić żal za pięknymi latami minionymi. Sentymentom do dawnych czasów sprzyjały liczne re-recordingi (w tym wreszcie słynny "Conan Barbarzyńca" Poledourisa, na którego pewnie wielu fanów czekało od lat), a fakt, że cieszą się one taką popularnością chyba nie świadczy dobrze o kondycji filmówki współczesnej – za to pokazuje, że jest zapotrzebowanie na dobrą filmówkę na płytach. Ale przecież i w tym roku w nowościach nie było tak źle. Owszem, było trochę wpadek (nawet sam Hans Zimmer podpisał się pod jednym muzycznym gniotem), było też sporo przeciętności, średniactwa, ale i były dzieła godne uwagi. Christopher Gordon czy James Newton Howard mieli pecha pisać do kiepskich produkcji i bardziej imponowali na płytach, ale już wspomniany Zimmer w kinowym hicie Christophera Nolana eksponowany był bez zarzutu, a może nawet aż za bardzo. Wspaniale wypadł we współpracy z Romanem Polańskim Alexandre Desplat, w filmach dokumentalnych błyszczał jak zawsze Bruno Coulais, w fantastyczną podróż ze smokiem zabrał nas John Powell... I tak można by jeszcze wymieniać pozytywne akcenty roku 2010, ale czy któreś z nich złotymi zgłoskami zapisało się w kanonach gatunku, to raczej jeszcze za wcześnie osądzać...

TOMEK ROKITA (FilmMusic.pl)

Tak jak przyzwyczailiśmy się do tego w ostatnich latach, tak i ubiegły rok był dość dobrym w muzyce filmowej – choć do niektórych, pamiętnych lat 90-ych i pierwszej dekady XXI wieku, nadal daleko...

Tym razem z najmocniejszej strony pokazały się tradycyjnie płodne dla filmówki gatunki: horror, fantasy, przygoda i – naturalnie w ostatnich latach najsilniejsza – animacja. Poza znanymi, od kilku lat na topie twórcami, takimi jak Howard, Powell, Giacchino, Desplat czy Gordon, do czołówki zapukało też kilku bardzo ciekawych twórców z areny międzynarodowej, którzy dają nadzieję, że muzyka filmowa nie pójdzie jednak całkowicie tropem kiepskości poślednich kompozytorów z Hollywood, tworzących dziś niestety jej pseudo-trendy. Zabłysnęli: z Portugalii Nuno Malo swoją zjawiskową "Amalią", z Hiszpanii Victor Reyes ("Pogrzebany"), Alberto Iglesias ("Tambien la luvia") i Arnau Battaler (gotycko-masywne "La herencia Valdemar"), z Francji niezawodni i niedoceniani Armand Amar ("AO"), Bruno Coulais ("Oceany") i Philippe Rombi ("Potiche") oraz nuworysz Cyrille Aufort ("Istota"), z Australii David Hirschfelder ("Legendy sowiego królestwa"), z Japonii Naoki Sato ("Space Battleship Yamato", "Ryomaden"), z Anglii Jocelyn Pook ("Habitacion en Roma") i Dario Marianelli ("Eat Prey Love"), z Niemiec Klaus Badelt ("Shanghai") i Max Richter (minimalistyczne "Elle s'appelait Sarah"), a z USA Atticus Ross. Pozycje wartościowe, ciekawe, pobudzające muzyczną wyobraźnie, mile łechcące pod kątem technicznej sprawności i kunsztu. Do koloru, do wyboru.

Zawiodły mnie (a może raczej zgodnie z przewidywaniami otrzymałem to samo co zawsze...) praktycznie te same nazwiska co poprzednio – Tyler, Gregson-Williams, Djawadi, Streitenfeld, a także, niestety Alan Silvestri. To nie oni powinni być języczkiem uwagi, a wcześniej przytoczeni twórcy. Swoją supremację nadal utrzymuje Desplat, co potwierdził kilkoma ciekawymi i dobrymi pozycjami. Warto zwrócić uwagę na komercyjne, a zarazem kontrowersyjne sukcesy na polu filmówki ludzi do tej pory szeroko znanych z muzyki popularnej – Daft Punk i Trenta Reznora. Nadal trwa też "golden age" rynku kolekcjonerskiego.

ADAM KRYSIŃSKI (Soundtracks.pl)

Ubiegły rok był dla mnie najlepszym rokiem w muzyce filmowej od dobrych kilku lat. I to zarówno jeśli chodzi o rynek polski, jak i o zagraniczny. Pojawiło się wiele świetnych ścieżek dźwiękowych i dawno tyle nowości z Hollywood mnie nie zaskoczyło w tak pozytywnym stopniu, jak w tym roku uczynili to: Powell, Newton Howard i Desplat – czyli zdecydowanie najlepsza trójka kompozytorska 2010 roku. Mnie szczególnie cieszy rozwój polskiego kina i sukcesy naszej muzyki filmowej, która po kilku latach niebytu na stałe znów powróciła na sklepowe półki i zagościła w domach dziesiątek tysięcy słuchaczy.

ALEKSANDER DĘBICZ (Soundtracks.pl)

Miniony sezon w muzyce filmowej rozpoczął się dla mnie od "Autora Widmo”, wyjątkowo udanego owocu współpracy reżysera Romana Polańskiego i kompozytora Alexandre’a Desplat. Muzyka w filmach wybitnego polskiego artysty zawsze pełniła ważną rolę. Wydaje się jednak, że pod tym względem jego ostatnie dzieło zajmie szczególne miejsce w historii. Dawno nie słyszałem utworów tak genialnie współgrających z obrazem, a przy tym tak zwartych, przemyślanych od strony formalnej. Kompozycja wybitna! W ogóle należy powiedzieć, że 2010 rok był dla francuskiego artysty pasmem sukcesów. Oprócz "Autora Widmo” stworzył on jeszcze bardzo efektowną, kolorową i zróżnicowaną pod każdym względem ilustrację przedostatniego filmu o Harrym Potterze oraz oszczędną, ale niezwykle sugestywną i wspaniale oddziałującą muzykę do oscarowego "Jak zostać królem”. Spod jego ręki wyszły także udane kompozycje do filmów "Tamara Drewe” i "The Special Relationship”. Nie mam wątpliwości, że Alexandre Desplat zasługuje na tytuł kompozytora roku.

2010 rok przyniósł kilku uznanym kompozytorom okazje do zaistnienia w wielkich rozrywkowych produkcjach. Wydaje się, że wszyscy wykorzystali swoje szanse. Warte odnotowania są takie kompozycje, jak "Incepcja” Hansa Zimmera, "Ostatni Władca Wiatru” Jamesa Newtona Howarda, "Jak wytresować smoka” Johna Powella czy "Książę Persji” Harry’ego Gregsona-Williamsa. Ta ostatnia, chociaż w ramach swojej konwencji niezwykle efektowna, zadziałała w filmie jedynie poprawnie. Podobnie zresztą jak inne, jeszcze ciekawsze dzieło tego samego artysty – "Shrek Forever”. Wydaje się, że Harry  Gregson-Williams nie miał ostatnio szczęścia do filmowych dźwiękowców, bo w tym upatruję przyczyny niepowodzenia jego utworów wśród miłośników muzyki filmowej.

W filmowo-muzycznym mainstreamie, który poznałem najlepiej, pozytywnie zaskoczyła również ilustracja widowiskowego "Tron: Dziedzictwo” zespołu Daft Punk. Bo chociaż jest to muzyka dosyć sztampowa, to zachwyca dopracowanym brzmieniem i przede wszystkim swoim oddziaływaniem w fantastycznych sekwencjach filmu. Tę swoistą filmowość czuć było w wielu zeszłorocznych kompozycjach. Dlatego miniony sezon uważam za całkiem udany.

KRZYSZTOF RUSZKOWSKI (Soundtracks.pl)

W kategorii "Nowe ścieżki dźwiękowe" rok 2010 okazał się w znacznej mierze równie bezpłciowy, co poprzedni, zaś pojedyncze jaskółki w rodzaju soundtracków Christophera Gordona, "Autora widmo" Desplata czy "Jak wytresować smoka" Powella wiosny nie uczyniły. Kontrowersyjny – który to już z kolei? – Oscar dla "The Social Network" tylko potwierdził, że lepiej już było. Honor, co stało się już tradycją, ratowały wznowienia klasyków, edycje kolekcjonerskie oraz wykopane z niebytu skarby epok minionych, dzięki którym spragnieni wrażeń słuchacze mieli się wreszcie czym nacieszyć. Wzrosło również zainteresowanie koncertami muzyki filmowej. Europejscy fani muzyki filmowej, jeśli tylko chcieli spotkać ulubionych kompozytorów i posłuchać ich dzieł na żywo, mogli w roku ubiegłym roku wybierać w naprawdę bogatej ofercie Ubedy, Gandawy, Teneryfy (Fimucite), Wiednia (Hollywood in Vienna), Londynu (Concert for Care) i w końcu rodzimego Krakowa (FMF). Na polskim rynku także dało się zaobserwować pewne ożywienie, bowiem już dawno nie ukazało się tyle solidnie przygotowanych soundtracków z rodzimych produkcji. Nic, tylko słuchać.


Jak zwykle mamy nadzieję, że choć po części udało nam się wyjść z powyższej próby z tarczą. Jak zawsze liczymy też na kolejny owocny rok w muzyce filmowej i jak co roku zapraszamy... za rok. Oby w jeszcze lepszej formie i w jeszcze większym gronie!

 

WYNIKI GŁOSOWANIA OPINIE GŁOSUJĄCYCH

Komentarze

Brian 09-03-2012, 08:44

Dlaczego jak próbuję włączyć Resume 2009 to nie działa?


Mefisto 09-03-2012, 13:50

Stare nie zostały jeszcze przeniesione z poprzedniej wersji strony, ale pracujemy nad tym :)


Brian 09-03-2012, 15:29

To liczę na szybkie działanie, bo jestem strasznie ciekawy waszych wcześniejszych podsumowań.


Brian 23-03-2012, 18:14

To stare resume to będzie kiedyś działało?


Mefisto 07-06-2012, 14:46

2009 już działa, 2008 już wkrótce


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Komentarz