|
Geoff
Zanelli, obecnie rozwijający swoją
karierę solową, komponowania do filmów uczył się u boku Hansa
Zimmera i Johna Powella. To słynny Niemiec umożliwił mu pracę przy blockbusterach,
jako kompozytora muzyki dodatkowej do takich filmów, jak
"Piraci z Karaibów", "Ostatni Samuraj" czy "Hannibal". Obecnie Geoff
tworzy na własny rachunek, zdobywając za swoje prace nagrody, czego
dowodem jest chociażby Emmy za muzykę do mini-serialu "Na zachód". Jego
ostatnim wielkim osiągnięciem jest muzyka do kolejnego mini-serialu
Stevena Spielberga pod tytułem "Pacyfik", za którą otrzymał
kolejną nominację do Emmy. Wcześniej jego muzykę można
było usłyszeć w takich filmach jak "Niepokój", "Hitman", "Sekretne okno"
czy "Gamer". Kilka tygodni temu kompozytor zgodził się odpowiedzieć na
nasze wnikliwe pytania, dzięki czemu możemy zaprosić wszystkich
czytelników MuzykaFilmowa.pl do lektury ekskluzywnego wywiadu z Geoffem
Zanellim.
Łukasz
Waligórski: Zacznijmy może od początku. Dlaczego postanowiłeś
zostać
kompozytorem i czy od zawsze chciałeś pisać do filmów?
Geoff Zanelli: Tak, w zasadzie to od
początku chciałem pracować przy filmach. Jeśli chodzi o moją
drogę muzyczną, to na początku byłem gitarzystą. Grałem nawet w kilku
zespołach, jako nastolatek ale bardzo wcześnie zorientowałem się, że w
przypadku takiej kariery, jeżeli dobrze Ci się ułoży, to grasz przez
trzy dekady te same piosenki ze swoim zespołem i idziesz na emeryturę.
Nie tego oczekiwałem od swojej przyszłości. Jakaś potężna siła wewnątrz
mnie sprawiała, że potrzebowałem ciągle nowych sposobów na muzyczny
rozwój. Podejrzewam, że to wewnętrza siła, która napędza wszystkich
kompozytorów. Chcemy być pewni, że spotkamy na swojej drodzie nowe
wyzwania i że będziemy stawiani w sytuacjach, które będą zmuszały
do kreatywności.
Od
długiego czasu jesteś członkiem, dawniej Media Ventures, teraz Remote
Control. Jak to się zaczęło? Jak poznałeś Hansa Zimmera?
Kiedy
studiowałem muzykę na college'u, chciałem sobie znaleźć jakiś staż na
lato. Wysłałem z 50 podań do 50 studiów w Los Angeles, gdzie chciałem
zamieszkać i studio Hansa Zimmera, było jednym z tych, które oddzwoniły do mnie. Kiedy przyszedłem na rozmowę zaoferowano mi staż.
Poznałem Hansa właśnie tego lata, było to w roku 1994. Pisał w tamtym
czasie "Króla Lwa" i umierałem z ciekawości by dowiedzieć co dzieje się podczas jego
spotkań ze współpracownikami. To była dla mnie wielka sprawa. Chciałem
być w pokoju gdy Jeffrey Katzenberg omawiał muzykę z Hansem. O czym
wtedy rozmawiali? Jak to jest gdy dwóch, tak wielkich filmowców, spotyka
się i rozmawiają o swojej pracy?
Myślę, że to
ta atmosfera w studio o wszystkim zadecydowała. To tak, jakbym w końcu
znalazł swój dom, w pewien sposób. Zawsze miałem wrażenie, że jestem
typem "szczura studyjnego", ale nie miałem okazji w żadnym być, właśnie
do momentu tamtego kilkugodzinnego porannego spotkania. Kiedy to już
poczułem, nie odpuściłem.
Czy
w Media Ventures / Remote Control pracowali jacyś Polacy?
Jeśli dobrze
pamiętam, Steve Jablonsky ma przodków w Polsce i Japonii.
Pisałeś
muzykę dodatkową dla takich kompozytorów jak Hans Zimmer, Klaus Badelt,
Steve Jablonsky, John Powell itp. Mógłbyś opowiedzieć o sposobie
powstawania muzyki dodatkowej?
To coś, co w
moim przypadku ewoluowało na przestrzeni lat. Początkowo, kiedy byłem
asystentem Johna Powella, powiedzmy, że przy "Bez Twarzy" i "Mrówka Z",
niewiele komponowałem. John jedynie prosił mnie o zaprogramowanie
perkusji albo wypełnić jakiś jego szkic. Dopiero z czasem zacząłem
pełnić ważniejszą rolę u Johna. Pod koniec mojej pracy u niego w roli
asystenta, komponowałem całe fragmenty muzyki, bazując na jego tematach.
Czasem prosił mnie bym wziął jedną z jego melodii i wykorzystał w
konkretnej scenie filmu, nad którym w danym momencie pracował.
W pewnym
momencie, Hans zaproponował mi zajęcie pokoju, który zwolnił się w
studio. Nie mogłem odmówić! Miał wtedy komponować do "Hannibala", więc
zaproponował mi współpracę na tym samych zasadach, na jakich pracowałem
dla Johna. Ten związek między nami rozwijał się latami, więc kiedy
pojawili się "Piraci z Karaibów", tak zainteresowałem się tym projektem,
że ostatecznie skomponowałem do nich kilka fragmentów. Do drugiego
filmu napisałem dwa tematy - jeden dla Wyspy Kanibali i drugi dla
wiedźmy Tia Dalmy, która ostatecznie stała się Calypso w trzecim filmie.
Tak więc mój mały temacik przerodził się w prawdziwego giganta i odegrał
sporą rolę w trylogii.
"Piraci
z Karaibów" to był gigantyczny projekt. Mógłbyś
bardziej szczegółowo opowiedzieć o Twojej roli w nim?
Trochę przed
chwilą o Tym powiedziałem. Rzeczywiście "Piraci..." to przedsięwzięcie,
którego czuję się częścią. Przy pierwszym filmie mieliśmy zaledwie trzy
tygodnie na skomponowanie całej muzyki. Hans napisał suitę z tematami i
wszyscy zasiedliśmy do pracy. Mieliśmy wtedy świetny zespół i
pomimo kuriozalnego terminu myślę, że muzyka naprawdę przysłużyła się
filmowi. Jeśli chodzi o mnie, to napisałem prawie pół godziny muzyki i
to był jeden z tych momentów, kiedy czułem, że moja praca, jako
kompozytora muzyki dodatkowej, ma kluczowe znaczenie dla całości.
Kiedy na
tapecie pojawiła się druga część "Piratów..." poproszono mnie o
napisanie muzyki do sceny, dziejącej się na Wyspie Kanibali, co w
rezultacie wiązało się z ilustracją historii Tia Dalmy / Calypso. Nie
uprzedzono mnie, że mój temat Tia Dalmy tak bardzo rozrośnie się w
trzecim filmie. Naprawdę nie miałem pojęcia, ale na tym głównie polegała
moja praca przy ostatniej części, na poprowadzeniu tematu do jego
ostatecznego kształtu.
Muszę
przyznać, że trylogia "Piratów..." była kluczowym momentem mojej kariery.
Jestem przekonany, że te partytury nie brzmiały by tak samo beze mnie.
W ciągu
ostatnich lat komponowałeś muzykę do kilku ciekawych filmów. Jednym z
nich był "Hitman". Film jest oparty na grze, do której muzykę komponowął
Jesper Kyd. Czy rozważałeś kontynuację jego muzycznych pomysłów w filmie?
To dlatego użyłeś "Ave Maria"?
Zanim
zostałem zaangażowany, studio rozważało kontynuację muzycznych pomysłów
Jespera z gry. Jednak potem, kiedy poproszono mnie o napisanie tej muzyki,
wyraźnie zaznaczono, że chcą użyć właśnie "Ave Maria" Schuberta, jako
mostu między grą a filmem. Tak więc już wcześniej zadecydowano, że będę
używał tego kawałka jako intro, jako że jest to także intro jednej z
części gry "Hitman".
Można
odnieść wrażenie, że w "Niepokoju" stworzyłeś dwa muzyczne światy -
romantyczny i przerażający. W filmie jest też piosenka oparta na Twoim
temacie. Mógłbyś opowiedzieć o pomysłach i procesie komponowanie do tego
filmu?
Cóż, w
zasadzie trafiłeś w sedno. Jedna z pierwszych rozmów, jakie odbyłem z DJ
Caruso podczas kręcenia filmu, była o tym jak Shia LeBeouf ma wnieść
więcej romansu i komediowości w obraz, a muzyka powinna podążać tym
torem. To było główne założenie, by rozpocząć tę historią jako opowieść
o romansie nstolatów i potem stopniowo zmenić w thriller. Myślę, że to
właśnie dlatego film tak przypadł do gustu publiczności.
Jednym z
Twoich największych projektów jest "Na Zachód" - serial wyprodukowany
przez Stevena Spielberga. W roku 2006 otrzymałeś za niego Emmy -
gratulacje! Co było największym wyzwaniem w tym wypadku? Historia,
długość czy presja?
"Na Zachód"
to pierwszy miniserial, nad którym pracowałem i wtedy nie zdawałem sobie
jeszce
sprawy ile wytrwałości będzie ode mnie wymagał. To było jak
komponowanie do filmu i zaraz potem do jego pięciu sequeli, bardzo
różniących się do tego pierwszego. Niektóre z wątków przewijają się
przez całe 9 hodzin serialu, więc to stanowiło kolejne wyzwanie.
Musiałem mieć material tematycznych, który uniósłby te wszystkie długie
wątki. Muszę jednak przyznać, że było to dla mnie bardzo
satysfakcjonujące doświadczenie.
"Pacyfik" to kolejny,
monumentalny serial historyczny wyprodukowany przez Stevena Spielberga.
Tym razem w projekcie znaleźli się trzej kompozytorzy: Ty, Hans Zimmer i
Blake Nelly. Mógłbyś opisać jak powstawała ta muzyka? Jaki był wkład
każdego z Was?
Początkowo Hans miał napisać temat pod napisy początkowe, a ja i Blake mieliśmy się
zająć jego aranżacją na potrzeby poszczególnych odcinków. Niestety
bardzo szybko okazało się, że jest lepszy sposób na zrobienie tego,
który polegał na spojrzeniu na cały serial, jak na 10-godzinny film.
Dzięki temu Blake i ja mogliśmy zająć się losami konkretnych
postaci i podążać za nimi we wszystkich odcinkach, w których się
pojawiały.
Nie było żadnych twardych i
ścisłych reguł dotyczących podziału ról, ale generalnie to ja zajmowałem
się większością historii Roberta Leckiego, Blake z kolei większością
wątku Johna Basilone'a z wyjątkiem sceny jego śmierci, w której pojawia
się temat Hansa. Historia Eugene Sledge'a była kombinacją nas obu.
Muzyka Blake'a była wykorzystywana do ilustracji historii na froncie, a
ja skupiałem się na historii Peleliu.
Jeden z utworów, który
skomponowałem "With The Old Bread" został ostatecznie wykorzystany na
napisach końcowych, podobnie jak i w epilogu na końcu 10 odcinka.
Czy
doświadczenie zdobyte przy pracy nad "Na Zachód" zaowocowało przy
"Pacyfiku"? Czy te dwa projekty były w jakiś sposób podobne do siebie?
Poza tym, że
oba projekty wymagały ogromnej wytrwałości, zdecydowanie więcej było
między nimi różnic niż podobieństw. W "Na zachód" zadarzało się tak, że
pracowałem nad 3 odcinkiem, a oni ciągle kręcili 4 - i tak odcinek po
odcinku. Z kolei "Pacyfik" był już nakręcony w całości kiedy rozpocząłem
komponowanie, więc mimo, że ciągle odbywały się prace monterskie, byłem w
stanie zobaczyć cały serial, w surowej formie, zanim w ogóle cokolwiek
napisałem. Dlatego, jak już wspomniałem, to było raczej komponowanie
muzyki do 10-godzinnego filmu, podczas gdy "Na Zachód" wyglądało bardziej jak
pisanie do filmu i jego 5 sequeli.
Co sądzisz
o technice komponowania opartej na lejtmotywach? Została rozwinięta
przez Wagnera w jego operach, gdzie każda postać, rzecz i idea była
reprezentowana przez temat muzyczny, później zostało to zaadaptowane
przez kompozytorów Złotej Ery ale teraz zdaje się znikać... Dlatego tak
się dzieje? Czy to dlatego, że filmy są innego czy może kompozytorzy nie
mają już czasu na tworzenie tak złożonych kompozycji? Używasz tej
techniki?
Korzystam z
tej koncepcji cały czas - użyłem jej w "Pacyfiku" i tak po prawdzie w
prawie wszystko co skomponowałem było oparte na tej idei. W zasadzie to
nie odnoszę wrażenia żeby ta technika obecnie zanikała.
Hans
Zimmer w jednym ze swoich ostatnich wywiadów stwierdził, że nie jest
artystą tylko dostarczycielem rozrywki - to co kompozytorzy robią w
Hollywood to bardziej rzemiosło niż sztuka. Zgodziłbyś się z tą opinią?
Myślę że w tym co robimy jest
trochę sztuki i trochę rzemiosła, a słowa Hansa wynikają z jego
skromności. Rzeczywiście poświęca się obecnie wiele uwagi rzemieślniczym
aspektom muzyki filmowej, więc może dlatego powstaje wrażenie, że
dawniej tego nie było. Jednak ciągle jest w tym sztuka i jeśli jesteś
mocno zaangażowany w jakiś projekt to możesz mieć potworne problemy z
zaśnięciem próbując wymyślić najlepszą muzykę do filmu.
Czy
uważasz, że kompozytor muzyki filmowej powinien mieć swój własny styl?
Większość fanów i krytyków uważa, że wszyscy kompozytorzy z Remote
Control brzmią prawie tak samo. Używacie tych samych sampli,
instrumentów, technik konstrukcji kompozycji itp... Czy to wynika z tego
środowiska wiecznej współpracy, jaka panuje w RCP? Gdy, przykładowo,
ostatnio oglądałem film "Outlander" wiedziałem, że muzykę napisał któryś
z kompozytorów RCP. Jak opisałbyś swój styl muzyczny?
To bardzo
ciekawe pytanie. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś mógłby słuchać mojej
muzyki do "Pacyfiku", "Ghost Town", "House of D", "Niepokoju" czy "Gamera"
i uważać, że brzmią w jakiś sposób podobnie do siebie, nie mówiąc już o
jakichś
podobieństwach do innych chłopaków tutaj tworzących.
Zgodziłbym
się, że istnieją u nas czasem pewne stylistyczne podobieństwa między
poszczególnymi kompozytorami, ale jeśli moje prace miałyby być porównywane z innymi
twórcami, to szczerze wolałbym żeby byli to moi przyjaciele, tutaj.
To jednak
bardzo interesujący fenomen, co dzieje się podczas takiego
kolaboratywnego podejścia do komponowania. Weźmy jako przykład drugą
część "Piratów...", gdzie pisałem muzykę do Wyspy Kanibali. Cóż, kiedy
Hans po raz pierwszy usłyszał ten fragment powiedział "Nie wiem, jak
piszesz takie smyczki. Uwielbiam je! Są bardzo... Zanelli!". Kiedy film
pojawia się w kinach i mimo, że wszyscy wiedzą jaki był mój wkład w tę
muzykę, to powstaje wrażenie, że skoro to Hans jest kompozytorem "Skrzyni
Umarlaka", to znaczy, każda nuta i pomysł powstały z jego inicjatywy.
Powiedzmy, że teraz napiszę coś
do "Outlandera" i mimo, że pochodzi to ode mnie, ktoś to
słyszy i myśli "to brzmi jak Piraci! On brzmi jak Hans!" Rozumiesz o co
mi chodzi? Tego typu błędy w interpretacji są bardzo, bardzo częste.
Wszystko sprowadza się do następującego wniosku: Hans jest skrajnie
hojny w sposobie, w jaki rozwija młode talenty. Możesz być sobą kiedy
pracujesz nad jego filmem, a dzięki temu, że otoczenie wspiera Cię we
wszystkim, czujesz autentyczną radość z angażowania się w ten proces.
To efekt
uboczny takiego procesu współpracy. Cały czas Hans jest największym zwolennikiem
zaznaczania "muzyki dodatkowej", co jest krokiem w dobrym kierunku,
podobnie jak i przejrzyste określanie kto robił co. Mimo to ciągle
dochodzi do takich nieporozumień.
Z
której ze swoich ścieżek dźwiękowych jesteś najbardziej dumny, a którą
(jeśli którąkolwiek) uważasz za porażkę?
Przez
większość swojej kariery musiałem trzymać dumę na wodzy. Trudno mi wybrać,
z których projektów jestem najbardziej dumny, ale "House Of D" zawsze
będzie dla mnie wyjątkowe, jako że to mój pierwszy samodzielny score. W
"Ghost Town" poczułem dużą więź z filmem. Byłem też dumny z "Hitmana",
ale z innego powodu - musiałem skomponować tę muzykę w 4 tygodnie, więc
jestem zadowolony co z tego wyszło pomimo całej tej presji.
Nie
postrzegam żadnej ze swoich prac jako porażki. Chciałbym mieć choć
tydzień więcej przy "Hitmanie", ale jak powiedziałem, jestem zadowolony
z tego co udało mi się przy nim zrobić.
A teraz
pytanie, które zawsze zdaję - znasz jakichś polskich kompozytorów
filmowych?
Tak,
absolutnie! Jestem świadom legendarnej kariery Wojciecha Kilara, no i
oczywiście Jan Kaczmarek zasłynął swoją genialną muzyką do "Marzyciela".
Gdybyś
nie był kompozytorem, to kim byś został w życiu?
Nieszczęśnikiem! Naprawdę nie wiem. Tak bardzo oddałem się temu co teraz
robię, już od najłodszych lat, że trudno mi nawet sobie wyobrazić inne
życie. Zawsze zwracałem wielką uwagę na detale, więc pewnie to miałoby
wpływ na zatrudnienie. Może architekt? Kucharz?
I ostatnie pytanie - jakie są
Twoje plany na przyszłość. Nad jakimi projektami teraz pracujesz?
Właśnie
skończyłem komponować do komedii romantycznej "You
May Not Kiss the Bride". To była dobra zabawa. Film jest osadzony na
Hawajach, więc w muzyce pojawiają się wpływy tamtej kultury.
Zanim
skończymy, chciałbym Ci bardzo podziękować za interesowanie moją pracą.
Cieszę się, że miałem możliwość rozmowy z Tobą.
Ja również
cieszę się z tego powodu. Dziękuję za wszystkie odpowiedzi i powodzenia
z najnowszymi projektami.
Author: Łukasz Waligórski
|