|
8 stycznia 2010 w poznańskiej
Auli Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza odbył już po raz kolejny pokaz
filmu Charliego Chaplina z muzyką wykonywaną na żywo. Była to czwarta
odsłona serii koncertów "Film w Filharmonii", która znów zgromadziła
prawdziwe tłumy entuzjastów rozrywki na wysokim poziomie. Tegoroczna
edycja różniła się jednak od poprzednich jednym szczegółem – tym razem
widzowie zobaczyli aż dwa filmu wielkiego Charliego Chaplina.
Aula
UAM zanim jeszcze stała się reprezentacyjną salą koncertową Poznania,
dawno temu pełniła funkcję kina. To właśnie tam odbywały się pokazy
pierwszych filmów niemych, na które do stolicy wielkopolski zjeżdżali
zapaleńcy ze wszystkich stron. Tym samym ponowne wyświetlanie rokrocznie
filmów Charliego Chaplina w t ym
właśnie miejscu, z jednoczesnym wykonywaniem ścieżki dźwiękowej przez
Orkiestrę Filharmonii Poznańskiej, jest wielkim ukłonem w stronę zacnej
historii Auli UAM. Jednocześnie to za każdym razem sentymentalna podróż
do przeszłości, która uzmysławia nam jak daleką drogę przebył świat
filmu – od Charliego Chaplina i kina niemego, do "Avatara" Jamesa
Camerona.
Organizator koncertu, czyli
Filharmonia Poznańska, po raz kolejny zadbała odświętną oprawę tego
wydarzenia. Jeszcze przed rozpoczęciem pokazu, wśród gości zgromadzonych
w holu, przechadzał się sam Charlie Chaplin. Nieustannie napływające
tłumy widzów z minuty na minutę podgrzewały atmosferę wypełniając
zabytkową Aulę UAM. Niezmiennie od czterech lat, na każdym pokazie
filmów Charliego Chaplina stawia się nadkomplet widzów. Wszystkie
miejsca siedzące zajęte, a i stanąć z boku trudno, bo wiele osób
zainwestowało jedynie we wejściówki. Wszystko po to żeby tylko znaleźć
się tego wieczoru w miejscu, które choć na chwilę przenosi wszystkich do
początków wielkiego kina, do pierwszych filmów Charliego Chaplina.
O ile w poprzednich latach
prezentowano za każdym razem jeden film Chaplina, o tyle tym razem
zdecydowano się na dwa pokazy. Jednym z powodów takiej decyzji, był
wybór najstarszych dzieł mistrza, które zgodnie z ówczesną modą były
dość krótkie. Tym samym widzowie zgromadzeni w Auli UAM obejrzeli
najpierw "Psie życie", a po krótkiej przerwie "Brzdąc". Zanim jednak na
scenę wkroczył dyryg ent
Frank Strobel, publiczność wysłuchała krótkiego wstępu prof. Marka
Hendrykowskiego, który przybliżył i wychwalił to, co miało tego wieczoru
nastąpić. Chwilę potem na podium pojawił się Charlie Chaplin, który
tradycyjnie po zagraniu śmiesznej scenki, oddał orkiestrę w ręce
doświadczonego i doskonale znanego poznańskiej publiczności niemieckiego
dyrygenta.
Podczas koncertu pojawił się znany
już problem podziału uwagi. Filmy Charliego Chaplina mają to do siebie,
że niczym magnes przyciągają całą uwagę widza, przenosząc go w zupełnie
inny świat. I jak w takich warunkach patrzeć na orkiestrę czy podziwiać
jej muzykę? Myślę, że większość zgromadzonej tego wieczora publiczności,
zwyczajnie dała się ponieść widowisku, traktując je jako nierozłączną
całość – a więc tak jak powinno być. Chaplin był artystą, który za
każdym razem dążył do stworzenia dzieła absolutnego. Czuwał nad
wszystkimi jego elementami, układając z nich nierozerwalną całość, która
w końca absorbowała widza. Oglądając tego wieczora najpierw "Pieskie
życie" a potem "Brzdąca", widzowie ulegali magii kina Chaplina, które
nie wymaga analitycznego umysłu ani pełnej koncentracji. Ono zwyczajnie
porywa, uwalniając od codziennych trosk, oferując niecodzienny spektakl
muzyczny, wizualny i emocjonalny.
Zresztą gdyby analizować muzykę,
którą wykonywała tego wieczoru Orkiestra Filharmonii Poznańskiej
okazałoby się, że jest ona wtórna i bardzo skromna. Zaledwie kilka
melodii, powtarzanych ze zmianą tempa i dynamiki. Gdyby nagle zgasł
ekran, publiczność usłyszałaby skoczne walce i pełne melancholii
melodie, jakie znamy z przedstawień cyrkowych. Muzyka porywająca,
ciekawa ale na dłuższą metę męcząca i powtarzalna. Wykonanie poznańskich
f ilharmoników,
było poprawne i w zupełności spełniało wymagania tego wieczoru, jednak
charakter muzyki nie pozwalał na zaistnienie żadnemu z muzyków. To
kolejny dowód na to, że jedynym sposobem na pełne doświadczenie dzieła
Chaplina jest chłonięcie każdej jego sekundy bez analizowania
poszczególnych elementów.
Poznań ma zaiste godną pochwały
tradycję, organizowania dla swojej publiczności tego typu pokazów /
koncertów. Publiczność jest za to wdzięczna stawiając się, mimo zimowej
pory, za każdym razem w nadkomplecie i gromkimi brawami nagradzając
popisy orkiestry, Franka Strobla i Charliego Chaplina. Niestety można
odnieść wrażenie, że powodzenie cyklu "Film w Filharmonii" uśpiło
zupełnie aktywność Filharmonii Poznańskiej, która z muzyką filmową
niewiele więcej robi. To zaskakujące zważywszy chociażby na fakt, że
polski zdobywca Oscara – Jan A.P. Kaczmarek – podczas każdego pobytu w
Polsce odwiedza to miasto, ma tutaj swoje biuro. A co z Maciejem
Sztorem? Młody i charyzmatyczny dyrygent, który organizuje koncerty
muzyki Hansa Zimmera i Johna Williamsa w Katowicach i Lublinie, nie ma
szans na podobne inicjatywy w swoim rodzinnym mieście – Poznaniu.
Charlie Chaplin to wielki artysta, którego nazwisko za każdym razem
przyciągnie tłumy widzów. Skoro zatem połączenie filmu z muzyką cieszy
się taką popularnością, naturalne jest poszerzanie repertuaru i
organizowanie kolejnych tego typu koncertów. Tymczasem Poznań od 4 lat
stoi w miejscu, ustępując pola Krakowowi, Łodzi, Wrocławiowi, Lublinowi…
Jako rodzimemu poznaniakowi, smutno mi z tego powodu.
Autor
relacji: Łukasz Waligórski
Zdjęcia: Antoni Hoffman (Filharmonia Poznańska)
|