• Så som i Himmelen (As It Is in Heaven)
  • Sling Blade
  • Stranger Things
  • Pitbull
  • Knick, The – season 2
Koncerty

 

Gdy szedłem w 2007 roku na koncert Ennio Morricone, który miał się odbyć na krakowskim rynku z okazji 650-lecia miasta, to myślałem, że to zapewne już ostatni raz, kiedy będę mógł zobaczyć na żywo tę legendę muzyki filmowej. Tymczasem minęło 10 lat, a Włoch ciągle daje występy przed publicznością, pomimo prawie 90 wiosen na karku. Kolejna okazja do podziwiania maestro nadarzyła się 8 lutego 2017 roku, ponownie w grodzie Kraka. Lutowa wizyta w dawnej stolicy polski była częścią trasy koncertowej „60 Years of Music Tour”, podczas której Morricone osobiście poprowadził Czeską Narodową Orkiestrę Symfoniczną oraz Kodaly Choir. Nie miał być to jednak jedynie recital największych przebojów włoskiego geniusza.


Morricone pragnął, aby podczas koncertów w tym tournée zaprezentować publiczności nie tylko swoje najbardziej znane utwory, ale także kilka dużo mniej znanych dzieł, które, jego zdaniem, również są warte uwagi. Poza więc takimi klasykami, jak „Dobry, zły i brzydki” oraz „Misja”, czeska orkiestra wykonała również tematy maestro, których statystyczny miłośnik muzyki filmowej nie kojarzy. To właśnie one przesądziły o specyfice tego występu.

Koncert otworzył hołd dla Giuseppe Tornatore, jednego z najważniejszych reżyserów, z którym współpracował Morricone. Rozpoczął się on od pięknego, niezwykle nastrojowego tematu z filmu „1900: Człowiek Legenda”, aby w dalszej kolejności, wraz z wprowadzeniem monumentalnego utworu „Ribellione” z „Baarii”, zmienić swój charakter o 180 stopni. Zaraz później Włoch znów wrócił do lirycznych dźwięków, prowadząc muzyków w pięknym wykonaniu nieśmiertelnego „Chi Mai” z „Zawodowca” (de facto utwór ten powstał kilka lat wcześniej). W kolejnym bloku usłyszeliśmy kilka mniej popularnych, choć często grywanych przez maestro kawałków – między innymi „Miłosny krąg” i „H2S”, a zwłaszcza wspaniały temat z filmu „Dziedzictwo Ferramonti”, który wraz z motywem z filmu „Po antycznych schodach” wszedł w skład suity poświęconej reżyserowi Mauro Bologniniemu. Nie zabrakło też przepięknej suity z „Cinema Paradiso”.

Wkrótce Morricone zaprosił na scenę swoją etatową sopranistkę, Susannę Rigacci, której pojawienie się wywołało wśród publiczności poruszenie. To mogło oznaczać tylko jedno – tematy Włocha z dzieł Sergio Leone. I tak też pierwszą część koncertu zamknęła westernowa suita, w której znalazły się takie kultowe utwory, jak „Dobry, zły i brzydki”, „Pewnego razu na dzikim zachodzie” i „Za garść dynamitu”. Usłyszenie tych wspaniałych kompozycji to prawdziwa gratka i niezapomniane przeżycie dla każdego miłośnika muzyki filmowej. Ponadto Rigacci po raz kolejny udowodniła, że jest godną następczynią Eddy dell'Orso, która wykonywała powyższe utwory w oryginalnych nagraniach. Zaraz po tej suicie ogłoszono dwudziestominutową przerwę.

Po powrocie na salę Morricone zaprezentował najmłodszą kompozycję z wszystkich zagranych na koncercie, czyli „L`ultima diligenza di Red Rock” z „Nienawistnej ósemki”. Zaraz po niej zagościło niezwykle charakterne i drapieżne „Bestiality”, które wszyscy kojarzą również z westernem Tarantino, choć kompozycja ta powstała przeszło 35 lat wcześniej na potrzeby horroru „Coś” Johna Carpentera. Później Włoch ponownie zagrał na emocjach słuchacza i zupełnie zmienił obraz swojej muzyki. Po „Nienawistnej ósemce” otrzymaliśmy bowiem zbiór trzech adagio z trzech różnych filmów, na czele z „Deborah's Theme” z „Dawno temu w Ameryce”. Był to jeden z najbardziej spokojnych fragmentów całego występu, około dziesięciu minut rzewnego grania, podczas którego Morricone przypomniał też tematy z filmu „Vatel” oraz miniserialu „Narzeczeni”.

Później przyszedł czas na kolejną muzyczną perełkę włoskiego mistrza – „Czerwony namiot”, z którego wielki Ennio zagrał trzy utwory. Można mieć obiekcje, czy partytura z tego filmu wymagała zademonstrowania publiczności aż tylu kompozycji – tym bardziej, że pierwsza i trzecia zbudowana była na tym samym temacie, skądinąd porażającym pięknem i rozmachem. Drugą część koncertu zamknęła suita z „Misji”, czyli coś, na co czekał chyba każdy słuchacz, który znalazł się tego wieczora w Tauron Arenie. „Gabriel's Oboe”, „Falls” i „On Earth as it is in Heaven” to już nie tylko klasyki patrząc przez pryzmat filmówki, ale także całego muzycznego dorobku drugiej połowy XX wieku.

Zgodnie z dyrygencką tradycją, po zagraniu suity z „Misji” Morricone zszedł ze sceny, aby wkrótce gromkimi owacjami zostać ponownie wywołanym w celu zagrania bisów. Na pierwszy ogień poszło wspaniałe, niezwykle optymistyczne „Abolicao” z filmu „Quiemada”, które wypadło tak świetnie, że śmiało można je uznać za jeden z najważniejszych punktów tego koncertu. Za drugi i trzeci bis posłużyły powtórki wcześniejszych kompozycji, czyli „Ecstasy of Gold” oraz „On Earth as it is in Heaven”. Część odbiorców mogła trochę kręcić nosem, że zamiast nowych kawałków zagrał te, które już usłyszeliśmy tego samego wieczoru. Faktycznie, sam liczyłem, że w programie znajdzie się chociażby przebojowe „Here's to you” z filmu „Sacco and Vanzetti”, czy „Come Maddalena” z filmu „Maddalena”. Niemniej po głębszych przemyśleniach doszedłem do wniosku, że takowy ruch ze strony Morricone nie był przypadkowy. Podczas koncertu maestro wykonał kilka mniej znanych utworów, tak też zakończenie występu swoimi bodaj dwoma najsłynniejszymi kompozycjami można uznać za pewną rekompensatę i jednocześnie podniosłe zaakcentowanie występu. W końcu po takich bisach chyba każdy wychodził z Tauron Areny autentycznie oszołomiony potęgą muzyki włoskiego mistrza.

Gdybym miał wymienić wady koncertu, to wskazałbym przede wszystkim na słabe nagłośnienie Tauron Arena. Z kwestii organizacyjnych rzuciła mi się w oczy pomyłka na ekranach wyświetlających filharmoników oraz nazwy poszczególnych utworów. „Deborah's Theme”, pochodzące z „Dawno temu w Ameryce”, zostało błędnie przypisane do „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, innego filmu Sergio Leone. 

Myślę, że dla każdego miłośnika dobrej muzyki, nie tylko filmowej, koncert Ennio Morricone w Tauron Arenie był wspaniałym doświadczeniem. Naturalnie zawsze można powiedzieć, że czegoś zabrakło w repertuarze, ale przecież gdy mamy do czynienia z twórczością kompozytora, którego dorobek to ponad 500 filmów, to jest niemal pewne, że idealnego programu po prostu nie da się skompilować. Tym bardziej doceniam to, że koncert ten nie był jedynie banalnym recitalem największych hitów Włocha. Zaprezentowanie publiczności kilku mniej znanych kompozycji co prawda nie uczyniło tego występu bardziej przebojowym, ale za to nadało mu pewnego osobistego pierwiastka, dzięki któremu łatwiej słuchaczowi było identyfikować się z muzyką mistrza. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę miał okazję być koncercie maestro, ale 6 lutego 2017 roku zawsze będzie dla mnie szczególną datą.

Relację opracował: Dominik Chomiczewski


Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Komentarz