| Koncerty |
|
|
Zapatrzeni w dalekie krainy, często nie dostrzegamy bogactw własnej ojczyzny. I nie mam tutaj na myśli bogactw naturalnych, ale intelektualne i kulturalne. Trudno je zmierzyć i ocenić. Często dopiero przy bliższym kontakcie potrafimy docenić talent, umiejętności i dorobek rodzimych artystów.
Taki właśnie tytuł nosił 416 Koncert Poznański, który odbył się, a jakże… w piątek 13 stycznia. Filharmonia Poznańska słynie z kompletu widowni podczas niemal każdego ze swoich koncertów, jednak frekwencja tego wieczoru zaskoczyła chyba wszystkich. Zajęte wszystkie miejsca siedzące, dostawki i mnóstwo osób cierpliwie stojących po bokach poznańskiej Auli UAM. Tematem przewodnim koncertu były ekranowe przeboje Wojciecha Kilara. Od "Trędowatej" przez "Ziemię obiecaną" i "Pana Tadeusza" aż po "Draculę" – każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Pierwsza część koncertu była zdecydowanie bardziej kobieca. Romantyczne walce i mazur swoim liryzmem w widoczny sposób rozanielały damskie oblicza. Natomiast mężczyźni pod koniec koncertu, gdy wykonano serię utworów z "Draculi", zdecydowanie poczuli dreszcz na plecach. To właśnie wtedy można było poczuć w pełni moc muzyków zgromadzonych na scenie: orkiestry Filharmonii Poznańskiej oraz połączonych chórów – Poznańskiego Chóru Kameralnego i Chóru Akademickiego im. Prof. Jana Szyrockiego ZUT w Szczecinie. Wszyscy pod batutą charyzmatycznego Marka Pijarowskiego. Koncert w rewelacyjny sposób poprowadził Krzysztof Szaniecki – baryton poznańskiego Teatru Wielkiego. W zgrabny sposób opowiadał o dokonaniach bohatera wieczoru, sypał anegdotami i… śpiewał. Ku zaskoczeniu publiczności nagle, niczym rasowy piosenkarz Country, zaczął śpiewać piosenkę z "Rio Bravo", przy Muzyka Wojciecha Kilara jest klasą sama dla siebie. Nawet ta filmowa, mogąca uchodzić za mniej poważną i bardziej rozrywkową, nadal pełna jest fantastycznych melodii, harmonii i orkiestracji. Pełna emocji, nostalgii, skłaniająca do refleksji i zadumy. Przy genialnej akustyce poznańskiej Auli UAM, słuchanie ścieżek dźwiękowych Kilara było prawdziwą ucztą dla uszu i niebywałym doświadczeniem. Nie ma na świecie odtwarzacza i głośnika, który oddałby głębię i bogactwo brzmienia żywej orkiestry. To właśnie dlatego koncerty muzyki filmowej – tak rzadko goszczące w murach polskich filharmonii – warte są uwagi i wyrzeczeń. Niech świadczą o tym goście koncertu "Pakt z Draculą", którzy zwabieni magnetycznym brzmieniem nazwiska Wojciecha Kilara, przyjechali z dalekich zakątków Wielkopolski. Jestem przekonany, że zarówno dla nich, jak i całej reszty widowni, ten wieczór był prawdziwą przyjemnością. Autor relacji: Łukasz Waligórski | |






To był imponujący widok. Nazwisko Wojciecha Kilara okazało się idealnym magnesem dla niezdecydowanych melomanów, którzy ten piątkowy, karnawałowy wieczór postanowili spędzić w nieco inny sposób. Zresztą jeśli spojrzeć na program koncertu pod odpowiednim kątem okazuje się, że był niezwykle taneczny… walc, mazur, polonez.
akompaniamencie trzech muzyków orkiestry. Tak wszechstronnych i utalentowanych konferansjerów Poznaniowi może pozazdrościć cała Polska.
Komentarze
Obecnie brak komentarzy.
Dodaj komentarz