| Łukasz Waligórski Marzenia się spełniają - tak mogę podsumować czwartą edycję Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Moim marzeniem było poznanie Joe Hisaishiego, wysłuchanie jego muzyki na koncercie, zobaczenie go na żywo przy fortepianie. Dzięki moim przyjaciołom z Krakowa wszystkie te marzenia się spełniły. Po pierwszym dniu Festiwalu tak naprawdę wiedziałem, że już nic nie będzie w stanie zrobić na mnie takiego wrażenia jak koncert otwarcia. Fantastyczna muzyka, ogromna orkiestra, mistrz na scenie i niecodzienna scenografia. Naturalnie ten jeden koncert, zaważył na moim zdaniu o całym Festiwalu - absolutny top. Z roku na rok Krakowskie Biuro Festiwalowe zaskakuje rozmachem, precyzją i zaangażowaniem. 4 Festiwal był dla mnie także źródłem inspiracji, które pozwoliło mi odkryć na nowo muzykę z gier komputerowych. Spotkania z kompozytorami, rozmowy z nimi i ogromna ilość informacji przekazana przez ludzi będących blisko najważniejszych wydarzeń związanych z muzyką filmową jak zwykle okazały się niezwykle pouczające.
Za ogromną życzliwość i pomoc serdecznie dziękuję Agacie Grabowieckiej, Robertowi Piaskowskiemu oraz Bartoszowi Chajdeckiemu. Do zobaczenia za rok!
Mefisto Jestem naprawdę mocno zaskoczony tegoroczną edycją FMF, która przerosła moje najśmielsze oczekiwania i przebiła wszystkie wcześniejsze odsłony już samym tylko koncertem Hisaishiego, który naprawdę trudno będzie przeskoczyć w przyszłości.
A przyznam, że początkowo byłem bardzo sceptyczny – zarówno wielki Japończyk, tematy z gier, z którymi jestem na bakier, jak i osławieni Piraci czy rodzimy "Czas Honoru" nie sprawiły szybszego bicia serca, gdy po raz pierwszy spojrzałem na program. Zamiast tych pozycji huczało mi w głowie mnóstwo innych, znacznie bardziej odpowiednich propozycji (żeby nie szukać daleko, to choćby seria o Obcym, która gościła nie tak dawno na Teneryfie). Rzeczywistość nie pozostawiła jednak na mnie suchej nitki. Koncert Hisaishiego był chyba jednym z najlepszych wydarzeń na jakich byłem w życiu i poruszył mną do głębi. "Final Fantasy" do spółki z "Wiedźminem" wywarły ogromne wrażenie swoim rozmachem, a i – powiedzmy sobie szczerze – dość płaska muzyka z Karaibów zapewniła emocje i była przeżyciem, które niemalże darównało trylogii "Władcy pierścieni" (jakość materiału tym razem przemilczmy). Także organizacja została w tym roku dośrubowana na wyższy poziom. Jasne, można przyczepić się do takich rzeczy, jak zbyt mała ilość autobusów podstawianych po zakończeniu koncertów – ale to niewielkie detale, nie mające większego wpływu na odbiór pracy całej rzeszy osób odpowiedzialnych za tegoroczną edycję festiwalu. Festiwalu giganta już w tej chwili, który bez wątpienia jeszcze nie raz odbije się echem na świecie. Już nie mogę doczekać się piątej edycji – z pewnością będzie równie wyjątkowa!
Bartosz Kuśmierz Krakowski festiwal to święto dla wszystkich polskich fanów muzyki filmowej i wspaniały okres, podczas którego mogą oddać się swojej pasji. Tegoroczna edycja dała nam epicki koncert gwiazdy japońskiego kina, przeniosła nas do świata komputerowej rozrywki, pozwoliła nam po raz kolejny obejrzeć film z muzyką na żywo i na sam koniec przypomniała, że i na naszym, polskim podwórku też się dobrze dzieje – podsumowując całe wydarzenie koncertem z serialu "Czasu Honoru". Oczywiście wszystkie koncerty były wyśmienite i nie można ich porównać do słuchania muzyki w domowym zaciszu. Możliwość podglądania, jak te niesamowite dźwięki powstają i pasji, jaką przekazują orkiestrze dyrygenci jest po prostu wspaniała. No i jeszcze te wszystkie wydarzenia towarzyszące, jak akademie, czy spotkania z kompozytorami... Nie można określić tego festiwalu inaczej niż "Kraków rządzi!".
Damian Słowioczek IV Festiwal był żywym dowodem na to, że krakowska inicjatywa prężnie się rozwija. Już nie trzy, a cztery dni koncertów; perfekcyjne przygotowanie hali ocynowni ArcelorMittal, zróżnicowany repertuar, powiększenie festiwalowego skarbca o bogactwo dźwięków muzyki z gier komputerowych. Organizatorzy starają się dogodzić jak największej ilości osób i wychodzi im to znakomicie. Koncerty "Czasu Honoru" i "Wiedźmina" udowodniły, że polscy kompozytorzy to nie tylko weterani sprzed lat, ale także młodzi wojownicy, mogący wywalczyć wiele na światowej arenie, i z którymi po prostu trzeba się liczyć. "Final Fantasy" pokazało, jak wiele fani gier zawdzięczają muzyce (i jak głośno tą wdzięczność wyrażają podczas koncertu), która wydaje się niezauważalnie sączyć z głośników komputera podczas rozgrywki, a która śmiało nadaje się do prezentowania szerokiej publiczności na wydarzeniu takiej rangi, jak krakowski festiwal. Wszyscy, którzy w gry nie mieli okazji zagrać są teraz równie wdzięczni za tę muzykę i świetny koncert. "Piraci z Karaibów" byli dla mnie wielką niewiadomą, i miło jest mi stwierdzić, że pomimo ciężaru tej muzyki, który na koncercie dało się odczuć, słuchając brawurowego jej wykonania przez Sinfoniettę poczułem, że mi ulżyło. Warto czekać na kolejne odsłony w przyszłych latach. Jakkolwiek jednak wielkie nie byłyby wrażenia z tych koncertów, bezsprzecznie wydarzeniem tegorocznego festiwalu był popisowy koncert Joe Hisaishiego. Wypełnił on surową, stalową halę powiewem emocji każdego koloru, który niejednokrotnie wzbierał z siłą huraganu, aby chwilę potem pieścić uszy delikatnym podmuchem dźwięków fortepianu. Japończyk doskonale wiedział czego pragnie publiczność, co udowodnił pod koniec koncertu, wprowadzając nas wszystkich w euforyczny stan radości i satysfakcji z tego wieczoru – hymnem którego było wyśpiewywane z uśmiechem przez wielu w nocnych autobusach: "TO-TO-RO-TO-TO---RO!".
Maciej Wawrzyniec Olech To już 4 raz. I miejmy też nadzieję, że będzie jeszcze wiele tych razy, kiedy Kraków na kilka dni staje się centrum muzyki filmowej w Polsce, a może i nawet w tym regionie Europy. Niezaprzeczalnie największą gwiazdą tegorocznego Festiwalu był Joe Hisaishi, dla którego był to w ogóle pierwszy taki koncert w Europie co tylko dodaje dodatkowego prestiżu dla całego tego przedsięwzięcia. I tak też na pewno najważniejszym wydarzeniem był koncert japońskiego kompozytora, którym tylko dobitnie potwierdził swój muzyczny geniusz. I tak też można powiedzieć, że swym koncertem Hisaishi przyćmił wszystkie dalsze festiwalowe wydarzenia.
Pozytywnym zaskoczeniem był za to koncert muzyki do serii "Final Fantasy". Nawet laik, nie znający tych gier musiał przyznać, że muzyka wypadła naprawdę świetnie. Piękne bogate brzmienie orkiestry, przyjemne i chwytliwe, te wszystkie elementy złączone razem mogły naprawdę zachwycić. Szkoda tylko, że akurat ten koncert cieszył się najmniejszym zainteresowaniem. Najbardziej kontrowersyjny pozostanie koncert muzyki do "Piratów z Karaibów", zresztą sama ścieżka dźwiękowa z chwilą jej pojawienia się wzbudziła i wzbudza do dziś wiele kontrowersji. I tak też koncert ten na pewno nie zapisze się do tych najgorszych w historii festiwalu, ale na pewno do tych przy którym najgłośniej się spierano. Mimo wszystko sam pomysł, aby po "Władcy Pierścieni" zabrać się za "Piracką" serię należy uznać za trafiony, co zresztą było widać po pękającej w szwach hali i szybko wyprzedanych biletach. Może i komercja, ale Festiwal powinien też być otwarty na te najpopularniejsze score’y i do tych "Piraci z Karaibów" czy komuś się to podoba czy nie, się zaliczają. Szkoda tylko, że sam Klaus Badelt nie pojawił się i był tym samym wielkim nieobecnym Festiwalu. Najsłabszym punktem tegorocznego Festiwalu należy uznać koncert do serii "Czas Honoru", który bardziej przypominał kampanię promocyjnej samego serialu niż muzyki do niego. Co zresztą najbardziej dało się odczuć podczas poprzedzających koncert, konferencji i spotkań, gdzie o muzyce prawie w ogóle nie rozmawiano, a Bartosz Chajdecki wypowiedział góra trzy zdania. Niestety i sama muzyka w sobie jakoś niespecjalnie wybroniła się z tej całej otoczki. Niby od strony technicznej muzyce Chajdeckiego nie można nic zarzucić i jak na standardy polskie ta partytura prezentuje się naprawdę dobrze, to jednak czegoś zabrakło, jakiejś takiej muzycznej magii. Mimo nienajlepszej końcówki, trzeba uznać Festiwal i odbywające się w ocynowni koncerty za udane. Szkoda tylko, że organizatorzy nie pomyśleli, aby trochę lepiej zadbać o środki transportu dla tych owych miłośników filmówki, którzy na koncerty i z koncertów musieli się gnieść jak sardynki w puszce, w miejskich autobusach. Do tej pory nie rozumiem dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, aby podstawić kilka specjalnych autobusów, które by odwoziły ludzi z Nowej Huty (miejsce koncertu) do centrum miasta? Miejmy nadzieję, że za rok organizatorzy się w tej kwestii poprawią i nie będziemy mieli sytuacji, kiedy to w tym samym czasie odbywa się Festiwal Muzyki Filmowej, Juwenalia i Noc Muzeów, a kursuje tylko jeden autobus. Mimo komunikacyjnej wpadki, należy pochwalić organizatorów za 4. Festiwal Muzyki Filmowej. Festiwal, który dał nam świetny koncert Joe Hisaishiego, którego trudno będzie przebić przez następne lata. Zróżnicowany program, ciekawe konferencje i spotkania i przede wszystkim doskonała okazja, aby miłośnicy muzyki filmowej z całego kraju mogli się spotkać. Pozostaje tylko liczyć, aby następne Festiwale, których miejmy nadzieję będzie jeszcze sporo, będą równie udane jak te dotychczasowe i tak też może za jakiś czas Kraków znowu stanie się stolicą. Przynajmniej stolicą muzyki filmowej i to nie tylko w Polsce, ale i Europie.
Jan Bliźniak Tegoroczny Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie miał znacznie słabszy program niż w poprzednich latach. Co prawda obecność Joe Hisaishiego potrafiłaby wynagrodzić największe braki, jednakże pozostaje wrażenie słabnącego impetu. Być może jest to wynikiem faktu, iż impreza wyraźnie dojrzewa. Wyklarował się już jej kształt z wieczornymi koncertami w odpornej na kaprysy pogody ocynowni i spotkaniami w ramach Akademii Festiwalowych w ciągu dnia. Znakiem rozpoznawczym stały się już symultaniczne pokazy widowiskowych filmów z muzyką na żywo. Co prawda zamianę "Władcy Pierścieni" na "Piratów z Karaibów" należałoby dość oględnie określić mianem zachowawczego, ale z pewnością mogło być gorzej. Mimo wszystko nie potrafiłem także wzbudzić w sobie ekscytacji muzyką do gier wideo.
Nie można natomiast odmówić Festiwalowi świetnej atmosfery, którą kreuje zarówno piękny Kraków, jak i bliskość zaproszonych gości. Należałoby jednak pomyśleć o większym zaangażowaniu miasta i roztropnym wyborze terminu. Byłoby znacznie lepiej, gdyby Kraków w większym stopniu żył Festiwalem. W tym roku miało się wrażenie, iż żyje Juwenaliami, a także przygotowuje się do 51. Festiwalu Filmowego. Impreza dotycząca muzyki filmowej ginęła w ich cieniu. Tym niemniej, jak co roku, nie zabrakło niezapomnianych chwil i interesujących spotkań. Organizatorzy muszą jednak pamiętać, że zanika już urok nowości i świeżość Festiwalu. "Piraci z Karaibów" bez wątpienia przyciągnęli też osoby nieinteresujące się muzyką filmową, chciałbym jednak, by krakowska impreza była utożsamiana z tym, co w muzyce filmowej najlepsze i najciekawsze, a nie najpopularniejsze. Sam Hisaishi festiwalu nie czyni. |
Komentarze
Maja 19-08-2011, 20:49
No w końcu...!
Jacek 20-08-2011, 12:37
Dziękujemy dla Hisaishi! Spełniliście także nasze marzenia!
Dodaj komentarz