• Blade – score
  • Haunting of Hill House, The
  • Gold – score
  • Our Kind of Traitor
  • Assassin’s Creed
Koncerty

 

 

Wstęp Akademie Festiwalowe Koncerty Opinie

And the Winner is… – Anatomia Kampanii Oscarowej

Otwierająca festiwal, pierwsza akademia poruszała bardzo ciekawą kwestię promocji soundtracków przy zabieganiu o nominacje do najważniejszych nagród – w tym oczywiście Oscarów. Gościem był Ray Costa, który zajmuje się właśnie taką promocją, wobec czego idealnie nadawał się do nakreślenia całej sytuacji. Z jego opowiadań i przykładów ukazał się nam obraz prawdziwej walki o przychylność krytyków i osób wysoko postawionych w branży. Największym zaskoczeniem był fakt, że często w tych zagrywkach nie liczy się jakość muzyki, ale to, jak ona i film, do którego powstała, zostaną przedstawione. Costa, będący ekspertem w promowaniu wielu znanych kompozytorów, sporo czasu poświęcił też na wychwalanie jednego ze swoich najsłynniejszych klientów, Alexandre’a Desplat. O ile jednak duma i zadowolenie z francuskiego kompozytora może być zrozumiała, o tyle już chwalenie i bronienie Tylera Batesa wypadło trochę dziwnie i nienaturalnie – tak, jakby sam Costa nie wierzył w to, co mówi. Szkoda, że Elliot Goldenthal nie pojawił się na tej akademii. Ciekawe, jakby zareagował na peany na cześć Batesa i jego ścieżki dźwiękowej do "300"?

Tekst: Maciej Wawrzyniec Olech
Foto: Wojciech Wandzel


Muzyka filmowa i fenomen społeczności fanów muzyki filmowej

Na otwarcie drugiego dnia festiwalu odbył się panel dyskusyjny z członkami IMFCA, czyli niezależnego stowarzyszenia zrzeszającego krytyków muzyki filmowej. Wśród gości byli Jonathan Broxton (moviemusic.uk), Robert Townson (Varese Sarabande), a także redaktorzy polskich portali – Łukasz Wudarski (filmmusic.pl), Łukasz Waligórski (muzykafilmowa.pl) i Damian Sołtysik (soundtracks.pl). Podczas spotkania poruszono kilka ciekawych tematów, jak choćby nowe wydania i wznowienia soundracków. Jednak cała dyskusja z czasem ugrzęzła, koncentrując się na bardzo ogólnych sprawach. Tym samym przeciwnicy IFMCA, zarzucający mu hermetyczność i bycie kółkiem wzajemnej adoracji, mogli się niestety poczuć utwierdzeni w swoich przekonaniach. Zwłaszcza, że choć całość była panelem dyskusyjnym, to do żadnej dyskusji i kontaktu z publicznością nie doszło. Wraz z ostatnim przemówieniem jednego z członków IFMCA spotkanie zakończono, nie dając szans na jakiekolwiek pytania od publiczności. Pole do polemiki było spore, szczególnie po wysłuchaniu dość kontrowersyjnego stwierdzenia, o "sukcesach polskich kompozytorów za granicą". Niestety, nie dowiedzieliśmy się o jakie dokładnie sukcesy chodziło... Przez taki brak kontaktu stworzył się, niejako sztuczny, podział między IFMCA, a resztą publiczności, która gdyby składała się z totalnych laików w tej materii, to przypusczalnie nigdy by się na sali nie znalazła. Szkoda, że zaprzepaszczono szansę na prawdziwą, wciągającą dyskusję, z której na pewno udałoby się wynieść więcej informacji, aniżeli z suchego w ostatecznym rozrachunku panelu.

Tekst: Maciej Wawrzyniec Olech


Biomechaniczna Symfonia – wokół kultowej sagi Obcy

Zdecydowanie najbardziej oczekiwany panel tego dnia festiwalu, opowiadać miał o kompozycjach Jerry’ego Goldsmitha, Jamesa Hornera, Elliota Goldenthala, Johna Frizzella oraz Briana Tylera, którzy na przełomie lat mieli to (nie)szczęście zmierzyć się z ilustracjami do kultowej sagi, oraz jej luźniejszymi odnogami. Goldenthal był zresztą obecny na spotkaniu, wespół z Robertem Townsonem, Pedro Mérida oraz Richardem Martinezem, którzy także mogli co nieco powiedzieć o ‘obcej’ muzyce.

Zdecydowaną gwiazdą panelu był oczywiście Goldenthal, który zresztą skryty za ciemnymi okularami, nonszalancko rozwalony na krześle przywodził na myśl właśnie takiego rockmana na kacu, który żyje swoim blaskiem. Nie ocenia się jednak książki o okładce, a kompozytora po wyglądzie (z czym na pewno zgodzą się fani Kilara ;) – Goldenthal okazał się przesympatycznym, wielce ironicznym człowiekiem, przyjaznym fanom i wielce zdystansowanym do siebie i swojej twórczości, czemu niejednokrotnie dał upust na tymże spotkaniu. Inna sprawa, że maestro był jednak wyraźnie zmęczony – zmianą czasu, próbami i stresem przed nadchodzącym koncertem. Nie zabiło to jednak jego poczucia humoru, które, acz cięte, mocno wszystkich rozbawiło.

Jak zawsze w takich okazjach nie obyło się bez słodzenia – wszelkie kompozycje i w ogóle rzeczy związane z sagą o Obcym chwalone były od góry do dołu, przy czym często podkreślano oczywiste trudności, jakie piętrzyły się przed kolejnymi kompozytorami. A te związane były zarówno z kwestiami finansowymi i technicznymi (przykładowo score Goldsmitha został pocięty i przemontowany, a Horner miał śmiesznie mało czasu i niemal zerowy budżet na napisanie i nagranie własnego), jak i trudnymi reżyserami, z którymi przyszło się muzykom zmierzyć (zarówno Scott, Cameron, jak i Fincher słyną ze swojej upartości i twardej ręki). Koniec końców skończyło się więc na dość luźnej dyskusji, w której górę wzięły pojedyńcze anegdoty i luźne przemyślenia poszczególnych osób względem kolejnych prac, choć z uwagi na obecność Goldenthala to właśnie trzeciej części przypadło najwięcej miejsca (czemu trudno się dziwić). Wraz z upływem czasu, oraz przekazania mikrofonu publice, temat zjechał zresztą niemal kompletnie na jego osobę, a pytania często dotyczyły całej twórczości artysty, a nie jedynie kosmicznego epizodu jego kariery.

Po niespełna godzinnym i generalnie ciekawym, acz nie prezentującym jednak nic wielce odkrywczego spotkaniu, Goldenthal został dosłownie osaczony przez fanów i łowców autografów w jednym i zmuszony był jeszcze przez długi czas spełniać ich życzenia, co też czynił z niekłamaną przyjemnością. Wisienką na torcie okazały się natomiast projekcje dokumentów o twórczości Gigera, twórcy postaci Obcego – były to odpowiednio "Through the Eyes of H.R. Giger" z 2005 r.; "H.R. Giger's Sanctuary" (2008) i "H.R. Giger Revealed" (2010), oraz fragmentów wywiadów z osobami z nim współpracującymi, co razem dało nieco szerszą perspektywę na całe universum, jak i bardziej pobudziło apetyt na sobotni koncert.

Tekst: Mefisto
Foto: Wojciech Wendzel


Pachnidło: Historia Mordercy
od powieści Patricka Sϋskinda do wyboru lokacji scenariuszowych (spotkanie w ramach konferencji Filmowa Małopolska)

Energia, z jaką Kraków promuje się na miasto przyjazne filmowcom, nie ma sobie równych w skali kraju. Przeróżne wydarzenia związane z branżą filmową splatają się, tworząc potężne narzędzie marketingowe. W tym roku Festiwal Muzyki Filmowej nachodził na konferencję "Filmowa Małopolska" – ostatni dzień festiwalu był zarazem pierwszym dniem konferencji. Obydwie imprezy łączyli też zaproszeni goście, m.in. Tom Tykwer i Julie Taymor. W związku z tym pierwsza dyskusja w ramach "Filmowej Małopolski" była jednocześnie jedną z Akademii Festiwalowych. Wzięli w niej udział twórcy filmu "Pachnidło", by opowiedzieć o kulisach jego produkcji, a zwłaszcza mechanizmie doboru odpowiednich lokacji zdjęciowych. Muzyka filmowa była tu więc zagadnieniem marginalnym.

O pracy nad nią mówił głównie Reinold Heil. Wspominał chwilę konsternacji, gdy Tom Tykwer przyszedł do niego i Johnny’ego Klimka z informacją, że będą pisać ścieżkę dźwiękową do "Pachnidła". Panowie mieli bowiem doświadczenie przede wszystkim w tworzeniu muzyki elektronicznej, która nie pasowałaby do wystawnego, kostiumowego widowiska. Jeszcze większy kłopot sprawiło niespodziewane życzenie reżysera, by w trakcie kręcenia zdjęć nagrać partie chóralne, które uważał za niezbędne w kreowaniu odpowiedniej atmosfery na planie. Zostały więc one wykonane i zarejestrowane a capella znacznie wcześniej, niż pozostałe fragmenty kompozycji i dopiero później zostały do nich doklejone. Heil nie krył podekscytowania z faktu, że w Krakowie zaprezentowano pełną wersję ścieżki dźwiękowej – z orkiestrą i chórem równocześnie.

O muzyce filmowej wypowiadał się także dyrektor zarządzający Constantin Music – Christoph Becker. Skupiał się on jednakże na technicznym aspekcie samego nagrania. Chwalił bardzo krakowskich muzyków i zwrócił uwagę na to, jak wielki potencjał tworzą oni wraz z profesjonalnym studiem nagraniowym, znajdującym się w Alvernia Studio. Z uznaniem o tym miejscu wypowiadał się także Tykwer. Bardzo istotną rolę w dyskusji odgrywała kwestia odległości – jak ważnym elementem jest, by ekipa traciła jak najmniej czasu na podróżowanie. To właśnie z tego względu zdjęcia do "Pachnidła" kręcono w okolicach Barcelony, a nie, jak pierwotnie planowano, w Chorwacji. Obecność świetnie wyposażonego studia filmowego w pobliżu Krakowa na pewno stanowiło więc o jego przewadze nad wieloma innymi miejscami w Polsce i w Europie.

Dyskusja, choć miejscami bardzo interesująca, skierowana była przede wszystkim do osób pragnących zgłębiać tajniki współpracy samorządu terytorialnego z filmowcami i odkrywać metody ich przyciągnięcia. Trudno jednak powiedzieć, by zostało w niej powiedziane coś szczególnie nowego i odkrywczego. Jej tematyka luźno nawiązywała do muzyki filmowej i zamieszczenie jej na liście Akademii Festiwalowych stanowiło lekkie nadużycie. Tym niemniej stanowiła interesujący dodatek dla zainteresowanych branżą filmową w ogóle.

Tekst: Jan Bliźniak


Kulisy sukcesu wielkich kompozytorów muzyki filmowej

Druga akademia ostatniego dnia FMF-u poświęcona była próbie zarysowania realiów, z jakimi musi się mierzyć kompozytor w produkcji filmowej, zwłaszcza w USA. Mimo obecności wieloletniej współpracownicy Johna Williamsa, Nancy Knutsen, czy pracującej z takimi kompozytorami, jak Patrick Doyle i Dario Marianelli, Maggie Rodford, a także nieco mylącego tytułu panelu, nie była to rozmowa o ścieżce kariery poszczególnych kompozytorów, a raczej dość teoretyczne rozważania na temat tego, co jest niezbędne, by przetrwać w Hollywood.

Goście byli zgodni, co do tego, że niezbędna jest spora dawka pokory. Kompozytor nie może sobie pozwolić na daleko idące forsowanie swojej wizji muzycznej. Jest on nie tyle partnerem, co pracownikiem reżysera i producenta, których decyzjom powinien być posłuszny. Jan A.P. Kaczmarek żartował przy tym, że sytuacja staje się bardziej komfortowa, gdy jest się kompozytorem zaangażowanym do projektu, z którego wyrzucono już poprzednika. Zwykle nie ma już bowiem czasu i pieniędzy, by odrzucić kolejnego.

Zwracano także uwagę na konieczność uzbrojenia się młodych kompozytorów w cierpliwość. Sukces dla kompozytora muzyki filmowej, zwłaszcza w Ameryce, przychodzi późno, rzadko przed czterdziestym rokiem życia. Należy też pamiętać, iż tam wszelkie sukcesy w rodzinnym kraju twórcy są bez znaczenia. Maggie Rodford wspominała, iż podczas jednej z uroczystych kolacji oscarowych, obecni byli po raz pierwszy nominowani do tej nagrody Alberto Iglesias i Dario Marianelli – wtedy już cenieni w Europie kompozytorzy. Przez jednego z hollywoodzkich weteranów zostali jednak określeni mianem: "nowych dzieciaków na osiedlu". To dobrze obrazuje status nawet bardzo doświadczonego twórcy stawiającego swoje pierwsze kroki w Hollywood.

Wspomniano też o tak istotnych elementach, jak komunikacja (kompozytor musi pracować przecież ze sztabem ludzi: technikami, instrumentatorami, orkiestrą...), zaufanie i oczywiście ciężka praca, bez której, nawet przy nieprzeciętnym talencie, nie ma mowy o zdobyciu jakiejkolwiek pozycji w Fabryce Snów. Przydaje się trochę szczęścia, a także wiązanie się z odpowiednimi ludźmi. Należy umieć przegrywać i nie załamywać się po klęsce, gdyż jej owocem może być późniejszy sukces. Trzeba tylko czekać.

Wśród tegorocznych Akademii Festiwalowych ta była jedną z najciekawszych. Mimo że cechowała ją pewna nadmierna ogólność rozważań, to zaproszeni goście mówili w sposób bardzo zajmujący. Ich rozważania pozostawiały po sobie pewien zarys tego, jak wygląda praca w Los Angeles: z pewnością trudna, wymagająca, ale i ciekawa, potrafiąca dać dużo satysfakcji – a przy odpowiednim połączeniu cierpliwości, uporu, pracowitości i szczęścia dostępna również kompozytorom z Polski.

Tekst: Jan Bliźniak


Taymor & Goldenthal – Sztuka Współpracy

Na deser organizatorzy festiwalu pozostawili najbardziej wyczekiwanych przez publiczność gości. Nominowana do Oscara Julie Taymor i zdobywca tej nagrody, Elliot Goldenthal byli bohaterami ostatniej Akademii Festiwalowej. Wyłącznymi bohaterami, należałoby dodać, gdyż w przeciwieństwie do wcześniejszych spotkań, to było poświęcone nie tyle filmom, czy pewnym zjawiskom obecnym w muzyce filmowej, ale właśnie dwojgu artystów. Całość zaczęto zresztą od krótkiego filmu dokumentalnego im poświęconego, podczas którego mogliśmy zobaczyć wiele ciekawych rzeczy zza kulis.

Goldenthal przybył na akademię lekko spóźniony. Do ostatniej chwili bowiem brał udział w próbach przed odbywającym się tego samego dnia koncertem. Widać było po nim związane z tym zmęczenie i napięcie. Gdy Taymor mówiła o tym, że jako reżyserka oper pracuje głównie z nieżyjącymi kompozytorami, zażartował, iż niedługo to określenie będzie dotyczyło również jego. Podczas rozmowy szybko się jednak rozluźnił i wyraźnie humor mu dopisywał. Zarówno on, jak i Taymor mieli w sobie dużo luzu, chociaż wyraźne były także różnice w ich charakterach. Reżyserka wydawała się znacznie bardziej energiczna, mówiła szybko, błyskotliwie. Z kolei Goldenthal ważył słowa, a jego żarty często ocierały się o sarkazm. Wyciągnięty na krześle przypominał dużego, nieco rozleniwionego kota.

Mimo tych różnic, wyraźnie widoczna była głęboka zażyłość i porozumienie między obojgiem artystów, które tak świetnie zaowocowały przy licznych wspólnych, filmowych i teatralnych projektach. W trakcie rozmowy często powracało zagadnienie: co się pojawia wcześniej – wizja reżysera, czy muzyka? Kto tu kogo inspiruje? A w domyśle, kto przy tych wspólnych projektach rządzi? Goldenthal pół-żartem przyrównał to do odwiecznego problemu, co było pierwsze: jajko czy kura? Obydwoje unikali jednak jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, podkreślając jedność procesu twórczego. Zgadzali się jednak, iż przy pracy nad filmem, to Taymor ma decydujący wpływ na kształt muzyki, natomiast przy pracy nad operą "Grendel", to muzyka Goldenthala ukształtowała wizję sceniczną.

Twórcy wspominali też o pamiętnych perypetiach związanych z powstawaniem niektórych projektów. Goldenthal z lekkim przekąsem mówił o błyskawicznej pracy na "Prospera’s Coda", którą napisał na potrzeby "Burzy" w ostatniej chwili, gdyż Taylor po skończeniu filmu uznała, iż bez ostatniego monologu Prospera, który posłużył jako tekst do tej pieśni, będzie on niepełny. Reżyserka opowiadała o oglądaniu "Across the Universe", musicalu z piosenkami Beatlesów, w towarzystwie Paula McCartneya (co było bardzo stresujące), a także Yoko Ono (i jej prawników). Gości udało się także namówić do powiedzenia kilku słów na temat przyszłych planów (z czego Goldenthal lekko zażartował, mówiąc, iż nie ma przyszłości, jutra i że najlepiej skupować nieruchomości już teraz, przed końcem świata). Aktualnie pracują nad musicalem, do którego wspólnie piszą piosenki. Taymor mówiła także o pragnieniu przeniesienia na ekran sztuki "Juan Darien", którą niegdyś wystawiała w teatrze.

Fascynującym było słuchać o współpracy Taylor i Goldethala przy najrozmaitszych, nie tylko filmowych, projektach. Obydwoje potrafili mówić o swojej pracy ciekawie, a zarazem z wielką sympatią i życzliwością do słuchaczy. Często upewniali się, czy widownia rozumie jakiś termin, którym się posługują lub zna fabułę produkcji, o której mówią. Najciekawsza była jednak obserwacja ich wzajemnych relacji, sposobu, w jaki ze sobą rozmawiają i elementów, na które zwracają uwagę. Była w tym nieuchwytna nić wzajemnego, głębokiego porozumienia. Wiele na tym spotkaniu o sztuce współpracy zostało powiedziane, lecz jej tajemniczego klucza nie da się wyrazić słowami. Na szczęście publiczność otrzymała szansę i przywilej go zobaczyć.

Tekst: Jan Bliźniak