• Blade – score
  • Haunting of Hill House, The
  • Gold – score
  • Our Kind of Traitor
  • Assassin’s Creed
Koncerty

 

 

Wstęp Akademie Festiwalowe Koncerty Opinie

Pachnidło: Historia Mordercy

Tym razem to nie finał, ale otwarcie FMF-u stanęło pod znakiem symultanicznego wykonania muzyki pod filmowy obraz. Wybór organizatorów padł na "Pachnidło", które gościło już na drugiej edycji festiwalu, w skromniejszej, koncertowej formie. Mając w pamięci piękne wykonanie tej muzyki (wtedy jeszcze na krakowskich Błoniach), z zadowoleniem przyjąłem wiadomość, że to właśnie dzieło Toma Tykwera, Reinholda Heila i Johnny'ego Klimka zastąpi nam w programie "Piratów z Karaibów". Chociaż zeszłoroczny koncert "Klątwy Czarnej Perły" pozytywnie mnie zaskoczył, to jednak muzyka z drugiej części, nieważne jak dobrze zagrana, swą topornością prawdopodobnie wsadziłaby mnie na koncercie w ‘skrzynię umarlaka’. Zadziałało tu więc stare porzekadło: "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" i finansowe problemy KBF-u, które nie pozwoliły na kontynuację serii Disneya, przełożyły się na koncert muzyki o niebo lepszej. "Pachnidło" już teraz bowiem może być bez wątpienia nazwane perłą muzyki filmowej XXI wieku – o dokonaniu tria Niemców po prostu nie sposób napisać złego słowa. O dziwo jednak, nie przekłada się to na wrażenie, jakie zrobił koncert inaugurujący tegoroczny FMF.

Z pewnością nie jest temu winna jakość muzyki i wykonania. Część artystów była już z materiałem obeznana (Sinfonietta Cracovia i sopranistka, Karolina Gorgol odegrali koncert przed trzema laty), przygotowanie pozostałych jak zwykle nie pozostawiało nic do życzenia, a Ludwig Wicki – który w zeszłym roku odpoczywał po trzech latach machania za kokpitem rękami, jak koliber – bez problemu poradził sobie z materiałem, przy którym mógł zrelaksować się, niczym mewa szybująca na wietrze. Problemem okazało się niespasowanie klimatu muzyki z konwencją tego rodzaju koncertu. Do tej pory wykonania symultaniczne FMF-u pokazały filmy szalenie popularne, z których muzykę zna i lubi po prostu każdy. Do tego były to widowiska, pod które powstała muzyka zróżnicowana, efektowna, melodyjna i pełna rozmachu. "Pachnidło" w żadnej mierze nie jest tego rodzaju produkcją, a muzyka, chociaż niezaprzeczalnie piękna, jest zbyt jednostajna i za mało efektowna, żeby utrzymać słuchacza w równie intensywnym wrażeniu przez ponad dwie godziny bez przerwy. Jej liryczny, kameralny wydźwięk nie pasuje po prostu do wydarzenia o takim rozmachu. To tak, jakby wsadzić silnik z Opla do Porsche – wsiadając do niego spodziewasz się wrażeń, których ukryty pod maską napęd nie jest w stanie zapewnić, więc czujesz niedosyt. Przy przejażdżce Oplem byłbyś za to w pełni usatysfakcjonowany, bo dostajesz dokładnie to, czego się spodziewałeś. Pomimo piękna i kunsztu wykonania, "Pachnidło" – które sprawdziło się przed trzema laty – okazało się tym razem silnikiem o zbyt małej mocy do rozpędzenia czwartkowego koncertu.

Tekst: Damian Słowioczek
Foto: Wojciech Wandzel


Wojciech Kilar. Uroczysta Gala z okazji 80. urodzin kompozytora.

O koncercie tym było głośno już w dniu ogłoszenia oficjalnego programu tegorocznego FMF. I tak, jak przed rokiem mieliśmy wielki koncert wielkiego kompozytora (Hisaishi), tak i tym razem szykowało nam się spore, kulturowe przeżycie. Wojciech Kilar – jeden z największych, jeśli nie największy polski kompozytor, znany i ceniony na całym świecie. Koncert na jego cześć z najlepszymi jego kompozycjami. To się nie mogło nie udać. A jednak…

Całość podzielono na dwie części. W pierwszej zagrano utwory z polskich produkcji, takie jak: "Zazdrość i medycyna", "Iluminacja", "Hipoteza", "Kontrakt", "Bilans Kwartalny", "Trędowata", "Smuga Cienia", "Ziemia Obiecana" i "Kronika wypadków miłosnych". Wieńczący ją "Polonez" z "Pana Tadeusza" symbolicznie zaznaczył swojskie, patriotyczne wręcz klimaty, na które postawili organizatorzy. Choć wiadomo, że krajowa twórczość Kilara jest równie wartościowa, co zagraniczna, to jednak takie rozłożenie sił nie pomogło w odbiorze koncertu – wręcz przeciwnie. Mimo, iż wszystkie te utwory były bardzo ładne, wręcz piękne, to jednak brak zróżnicowania sprawiał, że do hali ocynowni szybko wkroczyła monotonność i lekkie znużenie. Zabrakło w tej części jakiegoś mocniejszgo elementu, który wyrwałaby ospałą widownię z sielankowo-martyrologicznego letargu.

Tym bardziej podniosły się oczekiwania wobec drugiej, "obcej" części koncertu. Pojawienie się na scenie chóru było niczym dobry omen, zwiastujący tego bardziej mrocznego, epickiego Kilara, którego tak kochają miłośnicy muzyki filmowej w kraju i za granicą. I tak, otwierający tę część rewelacyjny "Vampire Hunters" z "Draculi" Francisa Forda Coppoli, zwiastował niesamowite przeżycia, które... niestety nie nastąpiły. Znów zawiódł dobór kompozycji, znowu postawiono na lirykę – zarówno z w/w filmu wampirycznego, jak i choćby z "Portretu Damy", z którego otrzymaliśmy dwa utwory. Oczywiście były to piękne kompozycje, ale niczym nie wybijające się ponad, nieco zbyt melancholijny charakter całego koncertu. Trochę szkoda, że nie zdecydowano się na większy rozmach i na muzykę pokroju "König der letzten Tage". Można sobie tylko pomarzyć lub obejrzeć na youtube, jak mogłoby wyglądać wykonanie na żywo "Glorii" z tej właśnie produkcji.

Nie mogło oczywiście zabraknąć utworów z filmów Romana Polańskiego, choć wizualizacji samego twórcy już nie było (zamiast tego jedynie krótka notka od reżysera). Usłyszeliśmy po jednym utworze z "Pianisty", "Śmierć i dziewczyna" oraz "Dziewiątych wrót". Szkoda tylko, że w przypadku tego ostatniego poprzestano jedynie na wspaniałej "Vocalise", wykonanej przy tym naprawdę dobrze, a pominięto np. figlarny motyw "Corso", czy też przepełnione posępnym chórem, inne utwory tej partytury. W wielkim finale – który dla wielu słuchaczy był prawdziwym zadośćuczynieniem – orkiestra zagrała jeszcze 20 minut materiału z "Draculi", w tym także część muzyki nieobecnej na albumie. Dobór materiału był dobry, ale nie powalający. Trochę bezsensownie powtórzono "Vampire Hunters", a poza genialnym "Storm" chór nie został w ogóle wyeksponowany, co pozostawiło spory niedosyt.

O ile jednak sama muzyka, choć źle dobrana, i jej wykonanie były klasą samą w sobie, o tyle oprawa wizualna i cała otoczka z nią związana, za którą odpowiadała m.in. TVP2 (retransmisja nastąpi 22 lipca o godz. 23.10 na tymże kanale) pozostawiała sporo do życzenia. Za bardzo odczuwalne było, że ma się do czynienia z benefisem "Dwójki", aniżeli z międzynarodowym festiwalem muzyki filmowej. I nie chodzi tutaj o samą obecność Grażyny Torbickiej, której można było najmniej zarzucić, co o oprawę wydarzenia. Jak na urodzinowy koncert przystało, co jakiś czas na telebimie ukazywały się wypowiedzi osób współpracujących z kompozytorem (głównie Krzysztof Zanussi i Andrzej Wajda), którzy gratulowali i wychwalali jubilata. Swymi życzeniami i przemyśleniami dzielili się także znajdujący na koncercie goście – m.in. Grażyna Szapołowska i Jan A.P. Kaczmarek, który bardzo skromnie stwierdził, że jest "spadkobiercą twórczości Kilara". Ten nadmiar życzeń sprawił jednak, że całość zrobiła się zbyt słodka i za długa – oczywiście kosztem repertuaru. Co gorsza, zagraniczni goście musieli być odrobinę skrępowani, gdyż nie postarano się o tłumaczenie.

Niestety, na tym nie koniec krytyki. Realizatorsko bowiem całe wydarzenie leżało. O ile w pierwszej części materiał filmowy i ujęcia z koncertu nieźle ze sobą współgrały, o tyle w drugiej odsłonie mieliśmy do czynienia z istnym chaosem, nad którym chyba nikt nie panował. Oszczędny materiał filmowy rzadko współgrał z granymi utworami, a operatorzy z dziwną lubością raczyli nas długimi widokami rusztowań i pustych przestrzeni hali ocynowni, gdzie odbywał się koncert. Z drugiej strony nadmierne oświetlenie sceny sprawiało, że i tak na telebimie mało co było widać, szczególnie przy fragmentach z "Draculi", co mocno burzyło klimat. Taką muzykę do takiego filmu, najlepiej powinno wykonywać się przy blasku migoczących świec, a nie bijących po oczach reflektorach. To trugie pasuje raczej do koncertu Ozzy’ego Osbourne’a na różowej scenie, udekorowanej kwiatami i pluszowymi zabawkami (na szczęście takiego nie było).

Sam jubilat był na koncercie, chociaż można było odnieść wrażenie, że go nie ma. Zapewne ze względu na niedawną chorobę, jak i sam sposób bycia, Wojciech Kilar unikał kontaktu z prowadzącymi i publiką oraz nieco beznamiętnie przyjmował wygłaszane na jego cześć peany. Możemy tylko gdybać, jak odebrał sam koncert, z którego dość szybko się zmył. Suma sumarum nie wykorzystano w pełni bogatej twórczości Kilara, nie mieliśmy też do czynienia z wielkim, niezapomnianym koncertem i widowiskiem, które godnie uczciłoby 80-te urodziny wybitnego twórcy. Zagrany na bis utwór z "Zemsty" zresztą bardzo dobitnie i niczym klamra podsumował całą galę. Miało być wielkie wydarzenie kulturowe, a wyszło jak zawsze – swojsko, wręcz zaściankowo. Szkoda, wielka szkoda.

Tekst: Maciej Wawrzyniec Olech
Foto: Wojciech Wandzel


Obcy – Biomechaniczna Symfonia / Kino sztuki i krwi Elliota Goldenthala

Trzeci dzień festiwalu to wielki finał i koncert... a właściwie dwa koncerty, koło których nie można było przejść obojętnie i które wywołały bodaj największe emocje. Chodzi oczywiście o muzykę z serii o Obcym, jak i prace Elliota Goldenthala. Zarówno seria o niebezpiecznym xenomorphie, jak i twórczość związanego z nią kompozytora nie zalicza się do miłych, łatwych i przyjemnych. Stąd też koncert ten jeszcze na długo po zakończeniu wywoływał największe dyskusje – od zachwytów po skrajną krytykę. Jak było naprawdę, trudno jednoznacznie ocenić, tak samo, jak trudno jednoznacznie ocenić oba te elementy. Ale jedno jest pewne – był to niezwykły koncert, który zgromadził wyjątkowych gości, począwszy od samego kompozytora, jego żony, reżyserki Julie Taymor, a także Toma Tykwera, czy Krzysztofa Pendereckiego. Skoncentrujmy się najpierw na pierwszej części, czyli muzyce do serii o Obcym, pod batutą, jak zawsze energicznego, Diego Navarro.

Już sama lokalizacja – hala ocynowni – swoim industrialnym wyglądem okazała się idealnym miejscem na koncert i na tego typu muzykę. Nie należy też zapominać o ukazujących się co jakiś czas na telebimie pracach szwajcarskiego artysty H.R. Gigera (twórcy Obcego), które zachwycały i straszyły jednocześnie. Te wszystkie elementy dały świetne i klimatyczne kulisy muzyki, która przeniosła krakowską publiczność w inny, jakże ciekawy i niepokojący świat. Orkiestra zaczęła od utworów legendarnego Jerry’ego Goldsmitha z pierwszej cześci sagi. Wraz z pojawieniem się słynnego motywu, niejeden w hali poczuł dreszcze i zimny pot na czole. Zważywszy, że score Goldsmitha do łatwych w odbiorze nie należy, trzeba pochwalić jego przygotowanie i montaż, które sprawiły, że idealnie wypadł na tak dużej przestrzeni. Potem przyszła pora na Jamesa Hornera i jego bombastyczną muzykę z "Aliens". I choć orkiestra zagrała tylko dwa kawałki: "Futile Escapre" i "Bishop Countdown", to trzeba przyznać, że było to naprawdę mocne uderzenie. Nawet Diego Navarro nie wytrzymał dynamiki tych utworów i co jakiś czas zmuszony był ocierać twarz chusteczką. Cudownie było usłyszeć tę kwintesencję action score’u na żywo.

Gwoździem Symfonii była jednak muzyka Goldenthala z "Obcego 3". W sumie orkiestra zagrała 20 minut materiału, który sam kompozytor wybrał z myślą o koncercie. Materiał wybrany, ale też i samo brzmienie było, można powiedzieć, wisienką na kosmicznym torcie. Niezwykłe, często awangardowe i postmodernistyczne nuty, do tego piękny, wręcz sakralny chór i wokaliza zamieniły halę ocynowni w świątynię kultu tajemniczej istoty. Takie utwory, jak "Agnus Dei", "Lento", czy finałowe "Adagio" wypadły fenomenalnie na żywo – ich niezwykłej mocy nie zdołały nawet zepsuć tragicznie dobrane fragmenty filmu, zapodane bez ładu i składu, często jedynie na parę sekund. I w sumie trochę szkoda, że po pięknym "Adagio", które idealnie mogłoby zamknąć pierwszą część koncertu, zagrano jeszcze utwory z "Obcego: Przebudzenie" Johna Frizzella i "Obcy vs. Predator 2" Briana Tylera. I choć dwa kawałki Frizzella prezentowały się całkiem przyzwoicie, acz trochę sztampowo, to jednak po Goldsmithie, Hornerze i Goldenthalu wypadły po prostu blado. Natomiast "Requiem" Tylera było niczym innym, jak wielkim i zbędnym zagłuszaczem. Mimo to należy jak najbardziej pozytywnie ocenić ten niesamowity koncert, który zaserwował nam muzykę nie z tej Ziemi.

W drugiej części, poświęconej wyłącznie twórczości Goldenthala, ze wskazaniem na jego kolaborację z małżonką, wpadliśmy szybko w szpony wampirów. Na otwarcie przygotowano ponad 20 minut świetnie zmontowanego materiału ze słynnego "Wywiadu z wampirem". Słuchając tej pięknej, gotyckiej i mrocznej muzyki znowu mogliśmy poczuć lęk i fascynację wampirami, które przez ostatnie lata, za sprawą pewnej serii filmów, mocno straciły na swym uroku. Następnie potężny chór, śpiewając epicko "Victorius Titus", wprowadził nas w oryginalny świat "Tytusa Andronikusa". Przy okazji część osób dowiedziało się, że ten rewelacyjny kawałek nie pochodzi jednak z filmu "300" i nie jest autorstwa Tylera Batesa. Podobnie, jak w przypadku "Obcego 3" i "Wywiadu z wampirem", tak i tym razem wykonano blisko 20 minut, świetnie dobranego materiału, który zaprezentował wszystko to, co najlepsze w pracach Goldenthala – od świetnego klimatu, powiewu awangardy, a na strukturze kończąc. Samo zresztą "Finale" swym pięknem i potęgą niejednego potrafiło (wz)ruszyć.

Następnie przyszła pora na nagrodzoną Oscarem muzykę z "Fridy". Aby oddać w pełni jej latynoski charakter do orkiestry dołączyli meksykańscy muzycy z gitarami. I choć praca to bardzo ładna i nie można odmówić jej uroku, to jednak wypadła najsłabiej ze wszystkich festiwalowych propozycji. Sporo w tym winy samego kompozytora, który jest najwyraźniej zbyt zakochany w materiale i nie potrafił wyciąć zeń odpowiedniej ilości reprezentatywnego materiału, przez co często kończyło się na mdłych, sennych i zaledwie minutowych kawałkach, które zostawiały sporo do życzenia. Tego typu muzyka nie nadaje się na wielki koncert i znacznie lepiej wypadłaby w bardziej kameralnym miejscu, aniżeli wielka hala pełna ludzi – w dodatku lekko już zmęczonych z uwagi na późną porę. Mimo wszystko o zawodzie nie można tu mówić. Szczególnie, że zarówno końcowa piosenka, jak i zaprezentowane na bis utwory z "Batmana i Robina", od razu postawiły publikę na równe nogi i w pięknym, epickim stylu zakończyły zarówno ten koncert, jak i cały festiwal.

Trzeba przyznać, że organizatorzy postawili w tym roku na bardzo ambitną i odważną muzykę. Choć oprawa do Obcej serii i cała twórczość Goldenthala zalicza się do czołówki osiągnięć w muzyce filmowej, to nie jest ona łatwa w odbiorze i sporo wymaga od słuchacza. Dobitnie było to widać właśnie na sobotnim koncercie, podczas którego spora grupa publiczności zaczęła opuszczać halę na długo przed jego końcem, nawet jeszcze w trakcie muzyki do "Alien". Przypuszczalnie skiksował tu trochę marketing, nie do końca wyjaśniający niedzielnym widzom i VIP-om, co dokładnie ich czeka. Ta skromna rysa na tym wydarzeniu nie zmienia jednak faktu, że była to najlepsza i najbardziej niezwykła (acz niepozbawiona wad) część tegorocznego festiwalu. Fenomenalny, niezwykły i jakże inny od reszty koncert godnie zamknął 5. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie.

Tekst: Maciej Wawrzyniec Olech i Mefisto
Foto: Wojciech Wandzel


Alien Afterparty

Na zakończenie tegorocznego Festiwalu, organizatorzy postanowili zorganizować imprezę związaną nieco z wcześniejszym koncertem "Obcy – Biomechaniczna Symfonia", tzw. "Alien Afterparty". Odbyła się ona w jednym z klubów w samym centrum Krakowa. Niestety, wiązała się w nią jedna wielka niedogodność o nazwie: "Wstęp wolny". Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby tenże wstęp był dla osób uczestniczących w Festiwalu, w koncertach. Jednak zanim ludzie zdążyli dotrzeć z końca Nowej Huty (gdzie odbywały się koncerty) do centrum miasta, klub był już pełen młodzieży i innych osób chcących wykorzystać sobotni wieczór na zabawę. Tym samym tłok był taki, że trudno było wetknąć tam szpilkę, nie mówiąc o jakimkolwiek odprężeniu. Zresztą samo afterparty było raczej mało związane z muzyką filmową i serią "Obcy". Fakt, na wielkim ekranie pojawiały się prace Gigera, ale połączone z muzyką techno traciły swój urok. W ogóle, poza nazwą "Alien Afterparty" nie różniło się od zwykłych imprez i dyskotek, jakie odbywają się na co dzień w Krakowie. Dlatego też wielu miłośników muzyki filmowej, przez wzgląd na brak klimatu oraz powietrza, powybierało inne lokale, aby świętować zakończenie festiwalu.

Tekst: Maciej Wawrzyniec Olech