• Blade – score
  • Haunting of Hill House, The
  • Gold – score
  • Our Kind of Traitor
  • Assassin’s Creed
Koncerty

 

 

Wstęp Akademie Festiwalowe Koncerty Opinie

Łukasz Waligórski

Tegoroczny Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie był wyjątkowy. Każdy kto w nim uczestniczył, doskonale zdawał sobie sprawę z okoliczności w jakich orgnizatorom przyszło programować i realizować 5 edycję tego niezwykłego wydarzenia. Dramatycznie obcięty budżet, błyskawiczne tempo pracy i ta bezkompromisowa ambicja tworzenia festiwalu na najwyższym poziomie... Cała Polska może zazdrościć Krakowowi Agaty Grabowieckiej i Roberta Piaskowskiego - głównych sprawców obecności FMF-u w tegorocznym kalendarzu najważniejszych wydarzeń muzyki filmowej. W tym miejscu ślę im również osobiste podziękowania i wyrazy uznania za podjęty wysiłek, okazaną życzliwość i wiarę w sens tego przedsięwzięcia. Dziękuję Wam.

W takich okolicznościach trudno oceniać to wydarzenie przez pryzmat własnych oczekiwań - często mocno wygórowanych. Poprzednie 4 edycje Festiwalu wykazywały tendecję wzrostową pod każdym względem - bogactwa programu, sławy gości, rozmachu realizacyjnego. Tegoroczny FMF tej tendecji nie utrzymał, ale nikt nie ma tego organizatorom za złe. Zresztą w jaki sposób przebić niesamowity koncert Joe Hisaishiego czy poruszający popis kunsztu Bartosza Chajdeckiego z ubiegłego roku? Pokaz "Pachnidła" z muzyką na żywo był wydarzeniem niecodziennym, hipnotyzującym i niezwykle odkrywczym. Urodzinowy koncert Wojciecha Kilara z pewnością poruszył niejednego słuchacza, choć niczym nowym nie zaskoczył. Z kolei finałowy koncert muzyki Elliota Goldenthala i sagi "Obcy" okazał się nieco rozczarowujący - głównie za sprawą przesympatycznego, choć niezbyt rozgarniętego dyrygenta Diego Navarro.

Prawdziwym sercem i duszą Festiwalu były jednak Akademie Festiwalowe, które jak zawsze były okazją do rozmów, spotkań i nauki. Na tym elemencie Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie nigdy się nie zawodłem - również w tym roku.


Mefisto

To nie był zły Festiwal. Ba! Z uwagi na jego zagrożenie nagłą śmiercią finansową, która była niemal pewna jeszcze na początku roku, była to zaskakująco bogata i pełna gwiazd edycja. Ale całość jako taka jednak nie porwała i nie wytrzymała porównania z wcześniejszymi odsłonami – zwłaszcza z tą z roku poprzedniego. Choć moje serce radowało się obecnością Elliota Goldenthala i jego muzyki, nóżka tupała na co drugim motywie autorstwa Wojciecha Kilara, a kolejny seans "Pachnidła", tym razem z muzyką na żywo, był po prostu piękny, to jednak zabrakło mi w tym wszystkim tej odrobiny magii i uczucia obcowania z czymś naprawdę niezwykłym – tak, jak to miało miejsce na ubiegłorocznym koncercie Hisaishiego, czy też przy okazji "Władcy Pierścieni".

Trudno jednak winić kogokolwiek za taki stan rzeczy – a już na pewno nie organizatorów, którzy zrobili co mogli i dosłownie w ostatniej chwili przygotowali naprawdę ciekawe, żróżnicowane i jakże oryginalne doznanie (które najbardziej cierpiało na brak reżyserii – na koncertach kamery latały jak chciały, głównie tam gdzie nie powinny). Potrosze wina leży w samej muzyce – tym razem znacznie bardziej wymagającej i, głównie w przypadku Goldenthala, mocno ekstrawaganckiej, a przez to raczej mało przyjaznej i atrakcyjnej dla przeciętnego słuchacza.

Ja na szczęście śmiem się uważać za melomana nieprzeciętnego, toteż narzekał nie będę. I choć po raz pierwszy zdarzyło mi się ziewać na wszystkich trzech koncertach (z całym szacunkiem dla ich twórców, ale "Pachnidło" znam na wylot, zresztą gościło już w Krakowie wcześniej; muzyka i program Kilara były ustawione pod linijkę, a "Frida" zwyczajnie usypiała), to cieszę się, iż 5-ta edycja FMF-u ostatecznie doszła do skutku i fajnie, że mogłem w niej uczestniczyć. Liczę jednak, że za rok będzie lepiej, Kraków zaserwuje prawdziwą bombę, a ja nie będę się mógł otrząsnąć z wrażeń...


Damian Słowioczek

Gdy ostatecznie ogłoszono, że V Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie jednak się odbędzie była to wielka ulga. Tysiące fanów, wykupując w tydzień niemalże wszystkie bilety, pokazało organizatorom, że warto było o FMF walczyć. Ci z kolei ponownie udowodnili, że rozumieją potrzeby i oczekiwania publiczności, po raz kolejny przygotowując zróżnicowany program imprezy. Mimo niezaprzeczalnego sukcesu tegorocznej edycji, muszę jednak stwierdzić, ze zabrakło koncertu, który pozwoliłby mi się poczuć uczestnikiem czegoś autentycznie niepowtarzalnego. "Pachnidło", chociaż pieściło uszy, to nie miało w sobie wystarczająco energii, żeby udźwignąć monumentalny, ponad dwugodzinny koncert. Gala z okazji 80. urodzin Wojciecha Kilara również nie była porywająca, ale trzeba pochwalić w szczególności jej pierwszą część, w której mogliśmy usłyszeć te mniej znane dokonania kompozytora, które nieczęsto goszczą w salach koncertowych. Telewizyjną realizację, która za motyw przewodni obrała sobie sklepienie hali ocynowni ArcelorMittal trzeba skwitować uśmieszkiem i mieć nadzieję, że w wyemitowanym programie będzie się to prezentować lepiej. Prawdziwa szkoda, że Pan Kilar nie zechciał chociaż na chwilę wyjść na scenę. Myślę, że słabsze, niż można było się spodziewać, oklaski kończące koncert były wyrazem żalu publiczności, która poczuła się niewarta tego gestu ze strony artysty – dźwiękowcy z TVP będą więc musieli nieco podbić finalny aplauz.

Wygląda na to, że w pięć lat krakowski Festiwal tak wysoko podniósł sobie poprzeczkę, że przestało być oczywistym, iż każdy jego koncert wzbudza emocje odpowiedniego poziomu, by ją przeskoczyć. W tym roku przyszło mi na to czekać aż do finałowego, sobotniego koncertu. Kiedy w pierwszej jego części zabrzmiała "Symfonia biomechaniczna", w końcu bez zawahania mogłem stwierdzić: "to jest to!". Surowe wnętrze hali ocynowni oraz wyświetlane na ekranie grafiki H.R. Gigera dodały wydarzeniu jeszcze więcej dreszczyku. Tak, jakby ta muzyka czekała na to, żeby wybrzmieć w tym właśnie miejscu. W swojej dalszej części koncert nie był już w stanie utrzymać tego poziomu i zaczął się nieco dłużyć. Wciąż jednak okazał się najlepszym spośród tegorocznych, a tym samym godnym finałem piątego FMF-u.

Niech wszelkie utyskiwania nie będą odczytane jako brak wdzięczności – przeciwnie, to wyraz troski o rozwój Festiwalu, który z roku na rok słusznie zyskuje sobie coraz większy prestiż i uznanie na całym świecie. Niezmiennie pozostaje on największym w Polsce świętem dla fanów muzyki filmowej – wydarzeniem od i do którego liczą oni swój kalendarz.


Maciej Wawrzyniec Olech

Trudno jednoznacznie podsumować tegoroczny Festiwal Muzyki Filmowej. Na pewno nie był on najlepszym z tych jakie do tej pory się odbyły. Były momenty średnie, czy gorsze, ale też i takie, w których pięknie dawała o sobie znać magia muzyki filmowej. I dla tych momentów, dla tych chwil warto było znowu być zawitać na te kilka dni do Krakowa. Tym bardziej, że, jak wiadomo, tegoroczny festiwal był zagrożony i dla wielu było wręcz pewne, że się nie odbędzie. Tym bardziej trzeba docenić starania organizatorów, jak i tegoroczny program, który mimo finansowych problemów wcale nie sprawiał wrażenia drugiej kategorii. Zresztą sami zaproszeni goście sprawili, że Kraków ponownie stał się światowym centrum muzyki filmowej na te kilka dni.

Docenianie wysiłku i starań to jedno, jednak obiektywna ocena to drugie. Po tegorocznym festiwalu pozostaje jednak pewien niedosyt, wręcz zawód. Wielce zapowiadany koncert z okazji 80-tych urodzin Wojciecha Kilara okazał się być kiczowatą i nieco zaściankową laurką, niegodną tak wielkiego kompozytora. Podobnie i otwierający festiwal koncert symultatywny do "Pachnidła" Toma Tykwera. Choć muzyka to bardzo ładna i wykonana bez zarzutu, to nie wiem czy był to trafny wybór na taki właśnie koncert. Score ten jest jednak zbyt jednostajny i za mało zróżnicowany, by grać go przez ponad dwie godziny. I choć można krytykować zeszłorocznych "Piratów z Karaibów", to jednak bardziej nadają się oni na takie koncerty.

Być może to zbyt mocne słowo, ale pewien żal można mieć też odnośnie festiwalowych akademii. Nie chodzi tutaj o ich tematykę, przygotowanie, czy złą lokalizację, gdyż Kino Pod Baranami to jedno z lepszych miejsc w Krakowie. Żal, że w tych spotkaniach nazywanymi "panelami dyskusyjnymi" zabrakło miejsca na prawdziwą dyskusję. Rozmawiali ze sobą tylko zaproszeni goście, zaś zebrani na sali słuchacze nie mieli wielu okazji do zadawania pytań, nie mogli wdać się w polemikę z tym co usłyszeli. A powodów ku temu było sporo.

Generalnie 5 FMF można by uznać za słaby, lub co najwyżej średni, gdyby nie obecność Elliota Goldenthala. Niezapomniany koncert z jego muzyką, jak i z serii "Obcy", niezapomniane też panele z udziałem Elliota i jego partnerki, Julie Taymor, były po prostu świetne. Nie dość, że można było się na nich dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, to jeszcze amerykański kompozytor zabijał wszystkich swoim specyficznym poczuciem humoru i nie unikał kontaktu z fanami, a wręcz przeciwnie – cierpliwie wysłuchiwał ich pytań i podpisywał płyty.

Niestety, o ile ostatni dzień zaoferował najlepszy koncert, który mnie osobiście podobał się nawet bardziej od zeszłorocznego Joe Hisaisiego, o tyle specyficzna, wymagająca muzyka "Obcego" i Goldenthala nie spodobała się wszystkim, co było widać po sporej liczbie osób wychodzących w trakcie koncertu. Zachowanie to świadczyło jednak o braku elementarnej kultury u niektórych osób, aniżeli jakości muzyki jaką dane nam było usłyszeć. Co więcej, moim zdaniem koncert "Obcego" i Goldenthala uratował tegoroczny festiwal i sprawił, że teraz pisząc to podsumowanie mogę bardzo miło wspominać chwile spędzone w Krakowie. Oby za rok było ich, tak jak podczas ostatniego dnia, jeszcze więcej.


Jan Bliźniak

Tegoroczny Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie pozostawił mnie z mieszanymi uczuciami. Koncerty wydały mi się nudne i nieatrakcyjne. Dominowała na nich trudna, ciężka muzyka, mocno związana z obrazem, a zatem nieszczególnie nadająca się na koncertowe widowisko. Zaprezentowanie "Pachnidła" z muzyką na żywo uważam za pomysł chybiony – jego ścieżka dźwiękowa nie jest bowiem w kontekście całego filmu na tyle urozmaicona i interesująca, by udźwignąć tego rodzaju formę. Zdominowanie koncertu poświęconego Wojciechowi Kilarowi przez "Drakulę" wydawało mi się niepotrzebnym leczeniem kompleksu wynikającego z faktu, że ten wybitny kompozytor nigdy wielkiej kariery w Los Angeles nie zrobił. Wreszcie nieprzyjemne zmierzenie się z muzyczną odsłoną sagi o Obcym, płynnie przechodzące w koncert poświęcony Goldenthalowi, to zaskakująca próba zaprezentowania publiczności bardzo hermetycznej, eksperymentalnej muzyki. Zaskakująca była obecność krótkich, jakby żywcem wyciągniętych z filmu utworów. Podczas jednego ze spotkań, Łukasz Wudarski wspominał, że takie wydarzenia, jak krakowski FMF podają muzykę filmową zapakowaną w kolorowy papier. Sądzę, iż muzyka filmowa jest na dobrą sprawę łatwa i przyjazna w odbiorze, ale ma też i tą mniej przyjemną twarz wynikającą z faktu, że w swej istocie nie jest tworem autonomicznym. Tego "żywego mięsa" muzyki filmowej nie lubią ani jej miłośnicy, ani niedzielni słuchacze, bo jest po prostu nużące i nigdy nie powinno być prezentowane na koncertach.

Z drugiej strony bardzo ciekawe były w tym roku Akademie Festiwalowe. Wrażenie robi lista zaproszonych gości. Cieszy także odejście od przesadnie komercyjnych "Piratów z Karaibów", a także silny polski akcent. FMF zaczyna być dojrzałym festiwalem, który odnalazł już swoje miejsce i sposób kształtowania repertuaru. Może więc nie powinno się przesadnie narzekać na, mimo obiecującego repertuaru, słabsze w tym roku koncerty? Przecież trudno, żeby co roku w Krakowie gościło wydarzenie na miarę pokazu "Władcy Pierścieni", czy wizyty Joe Hisaishiego. Na pewno jednak FMF stracił już urok nowości, więc jego organizatorzy muszą wymyśleć nowe sposoby na podniesienie jego atrakcyjności.

Cieszy jednak fakt, że festiwal, mimo różnych perypetii, się odbył. Zamieszanie z początku roku uczyniło z niego jednak polityczne narzędzie władz miasta. Pierwszy raz tak aktywnie się weń włączyły. Na festiwalową scenę wchodzili prezydent Krakowa, Jacek Majchorwski i wiceprezydent, Magdalena Sroka, co budziło mój niepokój. Klimat wokół obecnych władz miasta oraz organizatora FMF, Krakowskiego Biura Festiwalowego nie jest ostatnio najlepszy. Jeśli władze miasta uczyniły kulturę swoim statkiem, to czy nie utoną razem z nią? Przyszłego roku należy więc wyczekiwać nie tylko z nadzieją, ale i z niepokojem.

 

Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Komentarz