• Sztuka kochania
  • Tortue Rouge, La (Red Turtle, The)
  • Guardians of the Galaxy, Vol. 2
  • Så som i Himmelen (As It Is in Heaven)
  • Sling Blade
Koncerty

 

 

Wstęp Spotkania Q&A Koncerty Opinie

Alberto Iglesias. Muzyczne ujęcia

Chociaż na tegorocznym FMF-ie mieliśmy okazję wysłuchać koncertu w kościele, to wbrew pozorom nie był to koncert Alberto Iglesiasa (pauza na popicie suchara). Ten bowiem, inaugurując już zupełnie oficjalnie szósty Festiwal odbył się w dobrze nam już znanej krakowskiej Filharmonii im. Karola Szymanowskiego. Zresztą stało się tak na życzenie samego kompozytora, podobnie jak to było w kwestii zapowiedzianej "czystości" muzyki, czyli nie zakłócania odbioru przez projekcje fragmentów filmów. Jak wspominał Robert Piaskowski, Iglesias na ogół bojący się podróżowania (czym podzielił się z rozczulającą szczerością podczas Q&A) zdecydował się ostatecznie przylecieć do Krakowa pod warunkiem, że organizatorzy pozwolą mu zrobić koncert po swojemu. Dzięki temu wiemy przynajmniej, że wszelkie pochwały i krytyka koncertu inaugurującego powinny być kierowane wyłącznie do kompozytora we własnej osobie. A prawda jest taka, że Iglesias zasłużył zarówno na to pierwsze, jak i drugie.

Koncert był nierówny jak grzywka czterolatka wiercącego się na fotelu u fryzjera. Pierwsza jego część, w całości poświęcona muzyce z filmów Pedro Almodovara, po rozgrzewce w postaci suity z "Volver" przyniosła nam w moim odczuciu jedne z najlepszych chwil w całej historii FMF-u. Były to chwile spędzone w towarzystwie Agaty Szymczewskiej odgrywającej solowe partie skrzypiec podczas suity, a właściwie to mini-koncertu z filmu "Skóra w której żyję". Aranżacja tej muzyki na potrzeby konkretnego wieczoru (światowa premiera!) była iście genialna i zasługuje na największe uznanie.

Szymczewska na swoim instrumencie od Stradivariusa (datowanym na 1680 rok!) odegrała dla nas coś więcej, niż tylko nuty. Nie ważne czy ktoś widział film Almodovara, nie ważne nawet czy miał blade pojęcie o czym on opowiada. Każdy, mając w myśli sam tytuł, namalował sobie za pomocą tej muzyki własną historię desperackiej walki duszy o wydostanie się z więzienia ciała. Skrzypce solistki odgrywające rolę duszy przez cały czas trwania koncertu próbowały się wyrwać z ram melodyjnych narzucanych przez ciało, czyli jak zwykle absolutnie genialną orkiestrę AUKSO pod batutą Marka Mosia. Raz, gdy skrzypce wkraczały w rejony tematu "Los vestidos desgarrados", wydawało się, że duszy uda się uwolnić... aż tu nagle instrument cichnął lub całkiem milknął zagłuszony przez orkiestrę. Dzięki takim zabiegom emocjonalne oddziaływanie tej suity było po prostu totalne. Koncepcja ta szczególnie zachwyciła mnie w momencie, w którym Szymczewska zakończyła swój galop smyczkiem nagłym zjazdem w dół po całej oktawie. Gdyby Hitchcock był nauczycielem muzyki, budowanie napięcia Iglesias zaliczyłby tym koncertem na szóstkę. "Los vestidos desgarrados" zabrzmiało w pełnej krasie dopiero na sam koniec przygotowanej suity doprowadzając nas do wspaniałego katharsis. Zdumiewający efekt, aż prosiło się aby "Skórę w której żyję" umieścić na koniec całego koncertu.

Tak się jednak nie stało, na czym ucierpiała cała reszta wieczoru, nie będąca w stanie przezwyciężyć tego efektu "przedwczesnego orgazmu". Zagrana na koniec pierwszej części koncertu suita "35mm: Highlights of Almodovar", pomimo swojej wielkiej siły musiała więc uznać wyższość nieco zobojętniałego emocjonalnie odbioru. Najjaśniejszym jej punktem ponownie była zresztą "Skóra...", tym razem reprezentowana przez zgoła odmienny od reszty utwór (stąd nie ma się co dziwić, że odegrano go oddzielnie) "El asalto del hombre tigre", który wyszedł AUKSO znakomicie. Ogólnie pierwsza część koncertu była satysfakcjonująca, więc podawane w przerwie hiszpańskie wino i tapas wchodziły z podwójnym smakiem.

Chociaż wielkim fanem muzyki do "Szpiega" nie jestem, to na otwierającą drugi rozdział koncertu suitę z filmu Alfredsona czekałem z podekscytowaniem. I wszystko byłoby zupełnie świetnie, gdyby nie fakt, że suita okazała się zbyt długa i monotonna... czyli dokładnie taka jak album z muzyką z filmu. Na nic zdało się mistrzostwo Mariusza Pędziałka, który dowiódł, że w grze na oboju mało kto może się z nim równać. Następna w kolei suita "El amante menguante" z "Porozmawiaj z nią" była jedynym fragmentem muzyki, do którego zobaczyliśmy projekcję fragmentu filmu. Brak konsekwencji co do "czystości" muzyki odbił się na tej części koncertu, gdyż pokazana historia "znikającego kochanka" była wizualnie tak absorbująca, że zupełnie odwróciła uwagę od muzyki, czego przecież Iglesias chciał najbardziej uniknąć.

Ostatnie utwory, które mieliśmy okazję usłyszeć, nie miały już zbyt wiele wspólnego z muzyką filmową – pieśni: "The Poem that took the Place of a Mountain" (do tekstu Wallace’a Stevensa) oraz "La Resistenza e la sua Luce" (tekst Piera Paola Pasoliniego) wykonał intrygującym kontratenorem Carlos Mena. Nie wiem skąd u kompozytora aż tak płomienna chęć podzielenia się z krakowską publicznością tą gałęzią swojej twórczości. Dziwi mnie to i nasuwa myśl, że ktoś tutaj traktuje muzykę filmową, jako nie do końca godną w całości wypełnić program koncertu filharmonicznego. A przecież sala wypełniona była ludźmi, którzy przyszli posłuchać muzyki filmowej Alberto Iglesiasa. W filmografii kompozytora z łatwością znalazłoby się jeszcze te 20 minut materiału, który w interesujący sposób dopełniłby programu wieczoru. A tak wspomniane pieśni niestety nie sprawdziły się jako finał koncertu, podmuchem nudy wygaszając zupełnie jego, i tak już ledwo tlącą się, energię. Nie najfortunniej ułożony program nie przeszkodził jednak Iglesiasowi w otrzymaniu fantastycznej, długiej owacji na stojąco. I dobrze, bo z całą pewnością zasłużyła za nią AUKSO, zasłużyli fenomenalni soliści, zasłużył w końcu sam Hiszpan – chociażby za perfekcyjną, przyprawiającą o gęsią skórkę "Skórę, w której żyję".

Tekst: Słowik
Foto: Łukasz Waligórski


Homo Spiritualis: Muzyczna podróż do jaskini snów.

Ciemna scena we wnętrzu gotyckiego Kościoła św. Katarzyny. Wiolonczela, fortepian i chór. W tle obrazy sprzed tysięcy lat – tajemnicze prehistoryczne malunki na ścianach jaskiń. Drugi koncert FMF zabrał widzów i słuchaczy w zupełnie inny świat. Był to świat niezwykłych kompozycji do filmów dokumentalnych Wernera Herzoga. Zaprezentowano suitę z obrazu "Jaskinia zapomnianych snów" oraz "Requiem dla umierającej planety", zawierające tematy znane z "Białego diamentu" i "Odległej błękitnej planety". Stały współpracownik reżysera, Ernst Reijseger zaproponował jednak coś więcej, niż li tylko wykonanie fragmentów kilku ścieżek dźwiękowych. Stworzył spójne, kompletne dzieło, daleko wykraczające poza ramy muzyki filmowej.

Reijsegerowi wystarczyły bardzo skromne środki, by wykreować nową fascynującą rzeczywistość. Wpierw skontrastował melodyjne partie chóralne z ekscentrycznym brzmieniem wiolonczeli. Grał na niej sam kompozytor, a raczej nie tyle grał, co próbował wydobyć najbardziej niesamowite dźwięki. Można było zapomnieć o ciepłym, głębokim brzmieniu, z którym kojarzony jest ten instrument. Reijseger celowo uciekał w chropowatość, drażnił, intrygował. W jego grze była przy tym masa emocji, każda nuta uginała się pod ciężarem uczuć. Gdzieś za tym tliła się tajemnicza, pierwotna siła, która z pozornego chaosu tworzyła opowieść o poszukiwaniu człowieczeństwa poprzez sztukę. Zwieńczenie tej drogi sygnalizowały podniosłe chóry. W nich wybrzmiewał tryumf ludzkiej duchowości, we wnętrzu gotyckiej świątyni naznaczony dodatkowo mistycyzmem.

Druga połowa koncertu przyniosła pewną zmianę. Reijseger płynnie przeszedł do "Requiem dla umierającej planety". Scenę opuścił chór, wkroczył zaś Mola Sylla – senegalski śpiewak, który niczym starodawny kapłan poprowadził nabożeństwo ku czci Ziemi. W jego przejmującej pieśni słychać było odwieczny lament za tym, co utracone. Sylla zdawał się płakać za każdym utraconym światem. Umierająca planeta Reijsegera jest jednak wciąż "Ziemią, planetą ludzi". W swym oszałamiającym uniwersalizmie jego muzyka pozostała do głębi humanistyczna. Zaskakujące wpływy jazzu, a nawet folku, nadały jej swoistej przekorności, ale i nieco nostalgii.

Zwieńczeniem ten pięknej, wzruszającej opowieści było wykonie modlitwy "Zdrowaś Mario", jakże właściwe właśnie w tym miejscu. Pierwiastek duchowy najłatwiej odnalazł się w religijnej postaci. Reijseger przez półtorej godziny próbował ten pierwiastek zgłębić, opowiadając o człowieku, sztuce, świecie. Próbował niemożliwego, ale momentami można było mieć poczucie, że udało mu się dotknąć istoty tajemnicy. Na kilka chwil uchwycić nieuchwytne. Na małej scenie, z niewielkim zespołem wzniósł się wyżej, niż wielcy mistrzowie na skrzydłach potężnych orkiestr, tworząc być może najpiękniejsze i najbardziej niezwykłe wydarzenie w dziejach FMF-u.

Tekst: Jan Bliźniak
Foto: Łukasz Waligórski


Dreamland – Głosy Islandii

Pomimo nieco zbyt długiego czasu trwania, koncert "Homo Spiritualis" uważam za jeden z najlepszych w całej historii FMF-u. Wychodząc z niego czułem się zmęczony fizycznie, ale przede wszystkim emocjonalnie. Głowa była przepełniona i trzeba mi było przejść kilkaset metrów w sporym chłodzie bez czapki, aby ostudzić mózg i skierować myśli w stronę drugiego czekającego mnie tego wieczoru koncertu – "Dreamland - Głosy Islandii". A była to taka pozycja w programie tegorocznego Festiwalu, która nie wzbudzała we mnie żadnych emocji, oprócz zwykłej ciekawości. Właściwie, posiłkując się powierzchowną znajomością trendów w muzyce z zimnej północy reprezentowanej przez Skandynawię, jedynym co zdążyłem sobie pomyśleć, była prośba, aby muzyka Valgeira Sigurðssona nie brzmiała tak, jak wyobrażałem sobie, że może brzmieć.

Już w pierwszej minucie koncertu wiedziałem, że moja prośba nie została wysłuchana. W ten oto sposób kolejne kilkadziesiąt minut stało się drogą przez mękę i nieustającą walką z sennością. Zaczęło się od brzęczenia z głośników, które każdy normalny akustyk uznałby za awarię sprzętu. Jednak jako, że ci obecni na sali mieli już za sobą kilka prób i wiedzieli o co chodzi, koncert nie został niestety odwołany zaraz po rozpoczęciu. W chwilę potem wątpliwej jakości elektronicznym trzeszczeniom z anonimowego laptopa (o czym później) zaczęły towarzyszyć brzdęki altówki Nadii Siroty, która nie miała jak udowodnić swojego talentu przy takim materiale. Zostaje nam wierzyć na słowo, że jest to solistka o wyjątkowych umiejętnościach. Kiedy w całość włączała się uzbierana na ten wieczór Chamber Orchestra frustracja sięgała zenitu. Oto bowiem użyto jej jedynie celem powielenia brzmienia altówki, nie zaś dodania czegoś od siebie. Ponownie więc niewiele nam przyszło z zapewnień organizatorów, że jest to orkiestra złożona ze śmietanki krakowskich muzyków, gdyż ich rola polegała głównie na powolnym sunięciu smyczkami raz w jedną, raz w drugą stronę.

Najładniejszym elementem koncertu była z całą pewnością viola da gamba w rękach Liam Byrne'a. To chyba jedyny instrument/wykonawca, który miał prawo czuć się po koncercie zmęczonym. Skomplikowane i niebanalne brzmieniowo solówki w wykonaniu Byrne'a były najbardziej absorbującymi fragmentami prezentowanej muzyki. W całym koncercie znalazł się ledwo jeden utwór angażujący ogół zgromadzonych na scenie muzyków w większym stopniu – "Past Tundra" z filmu "Dreamland", który zabrzmiał w drugiej części koncertu, a także na bis. Właściwie to wyszło chyba nawet na to, że po prostu zagrano go raz po razie, z przerwą na oklaski…

Jak widać nie kryję niezadowolenia z tego koncertu. Trzeba jednak wziąć jedną poprawkę – pisze to osoba, która w rodzaju muzyki prezentowanym przez twórczość Sigurðssona najprościej w świecie nie gustuje. I chociaż nawet obiektywnie patrząc nie znalazłem w programie tego koncertu wiele oryginalnego czy ciekawego brzmienia, to nieuczciwością byłoby odmówić muzyce Islandczyka mogącej się podobać nastrojowości i drzemiącego w niej emocjonalnego potencjału. Problem w tym, że ja w tą muzykę nie wierzyłem. Tego wieczoru, skupionego na problematyce ekologicznej, bardziej przemówiło do mnie orędzie senegalskiego szamana Mola Sylli, brzęczącego dzwoneczkami w kościele św. Katarzyny, niż Islandczyka, który nie wiedzieć czemu paradował po scenie boso, wciskając play i pause na laptopie z  zaklejonym taśmą logo… nie wystarczająco grubą, aby nie dało się dostrzec prześwitującego przez nią punktu o kształcie nadgryzionego jabłka…

Tekst: Słowik
Foto: Łukasz Waligórski


Wielka Gala Muzyki Filmowej

Gdzie RMF Classic mogło święcić swoje dziesięciolecie, jak nie na FMF-ie? Żadna radiostacja w Polsce nie gra tak wiele muzyki filmowej. Muzyka poważna konsekwentnie jest wypierana z ramówki, a z głośników płyną największe hity znane z ekranów kinowych. RMF Classic jest też z festiwalem od początku, co stanowi bardzo naturalną współpracę. Organizatorzy mieli ambitny pomysł na jubileusz. Zaprosili 10 kompozytorów na szczególny koncert-składankę. Ostatecznie przyjechało ich nieco mniej, ale i tak specjalnie na to jedno wydarzenie udało się ściągnąć Abla Korzeniowskiego, Jana A.P. Kaczmarka oraz Trevora Morrisa.

Mniejsza liczba gości nie zmieniła formuły koncertu. Wykonano fragmenty ścieżek dźwiękowych 10 różnych twórców. Przypominało to trochę formułę Listy Przebojów Muzyki Filmowej – znane i lubiane tematy, tyle, że bez głosowania. Wydarzenie wyraźnie nie było pomyślane pod kątem koneserów gatunku, ale niedzielnych słuchaczy, którzy przybyli posłuchać rzeczy, które już wcześniej zdążyli polubić. Z rzadka pojawiały się tylko dzieła mniej znane. Ich obecność podyktowana była najpewniej względami praktycznymi, łatwością zdobycia odpowiedniego materiału.

Prawdopodobnie względy praktyczne zadecydowały też o dość niefortunnym repertuarze. Gdy ma się do dyspozycji takie miejsce, jak hala ocynowni, aż się prosi o potężne, oszałamiające, dynamiczne przeboje. Gala potoczyła się jednak zupełnie inaczej. Dominował tkliwy liryzm, obficie czerpany z twórczości Korzeniowskiego i Kaczmarka. Do tego jeszcze suita z "Osady" Jamesa Newtona Howarda, "Wielki Gatsby" oraz "Glasgow Theme" z "To właśnie miłość" Craiga Armstronga. Przy pełnym szacunku dla wspaniałości tej muzyki, jest ona cokolwiek pościelowa, do słuchania w domowym zaciszu. Atmosferę tylko na moment zmienił bombastyczny "Matrix: Rewolucje" Dona Davisa.

Ostatecznie jubileuszowy koncert był bardzo poprawny, w trochę biurokratyczny sposób porządny. Założenia organizatorów zostały jakoś dopełnione. Orkiestra ładnie, choć bez polotu przepłynęła przez łagodną, przyjemną muzykę. Nie sądzę przy tym, by publiczności coś z tego zostało. Może poza wygłoszonym z ekranu zapewnieniem Jamesa Newtona Howarda, że w przyszłym roku pojawi się w Krakowie.

Tekst: Jan Bliźniak
Foto: Łukasz Waligórski


Matrix Live: Film In Concert

Niedzielny wieczór, choć wcale nie cieplejszy od wcześniejszych, rozgrzewał nadzieje wszystkich uczestników FMF-u. Jedni wypatrywali w symultanicznym wykonaniu kultowego "Matrixa" ostatniej szansy na pełną satysfakcję z imprezy. Pozostali liczyli natomiast na godne jej zamknięcie. Efekt finalny przerósł jednak chyba wszelkie oczekiwania.

Koncert orkiestry AUKSO, pod batutą samego Dona Davisa, rozpoczął się niemal punktualnie o 18 – rzecz jasna w owianej już legendą hali ocynowni ArcelorMittal Poland. I już choćby ten fakt plasuje go wyżej od poprzednich koncertów, które jeden po drugim zaliczały opóźnienia. Drugą rzeczą, jaka zdecydowanie wyróżniała się na tle ubiegłych występów był dźwięk. Sobotnia gala często pod tym względem kiksowała (zwłaszcza we fragmencie "Neodämmerung" z "Matrix: Rewolucje"), koncert Alberto Iglesiasia brzmiał nad wyraz płasko, a minimalistyczny występ Reijsegera dostał odpowiednie wspomaganie od kościelnej architektury. Dopiero "Matrix" ze swoim dźwiękiem przestrzennym pokazał wszystkim, jak potężna i ważna dla samego filmu jest ilustracja muzyczna, którą w dodatku trafnie wspomagała subtelna gra świateł.

Kolejnym plusem jest naprawdę wierne odzwierciedlenie ścieżki dźwiękowej, którą po mistrzowsku przełożono z elektroniki na pełną orkiestrę. Owszem, w jednej ze scen chór zastąpiono właśnie syntetycznym brzmieniem, a pojawiające się sporadycznie krótkie wokalizy dwóch chłopców, których traktowano jak pełnoprawnym solistów, samoistnie wzbudzały uśmiech na twarzy, ale poza tym naprawdę trzeba by się było postarać, by móc cokolwiek zarzucić wykonaniu. No, ale w końcu odpowiadał zań sam twórca, zatem czy mogło być inaczej?

Davis zresztą nie tylko pokierował orkiestrą, ale też i przygotował pełny zapis swojej muzyki specjalnie na tą okazję. Jak się okazało, było to więc jedyna szansa, by usłyszeć i zobaczyć "Matrixa"z oryginalną kompozycją pod finał oraz napisy końcowe, gdzie normalnie pojawia się przebój "Wake Up" grupy Rage Against the Machines (kompozytor napisał temat zastępczy w razie, gdyby nie udało się nabyć praw do piosenki; natomiast reszta przebojów pozostała nietknięta w ścieżce dźwiękowej filmu). I trzeba przyznać, że teraz trudno jednoznacznie stwierdzić, która wersja jest lepsza. Na pewno jednak ta zaprezentowana w niedzielę jest spójniejsza stylistycznie i stanowi ciekawą alternatywę dla gotowego produktu.

Docenili to zresztą goście FMF-u, którzy nie bacząc na techniczne wpadki organizatorów (kopia filmu była bardzo kiepska, a jego tłumaczenie jeszcze gorsze – dobrze, że to sfera audio była gwiazdą wieczoru), w większości cierpliwie wyczekali do końca napisów i zgotowali długie owacje na stojąco. Wspaniały koncert, na którym grzechem było się nie pojawić i znakomite zwieńczenie szóstej edycji FMF-u!

Tekst: Mefisto
Foto: Wojciech Wandzel