• Hitman’s Bodyguard, The
  • Klute / All The President's Men
  • Victoria & Abdul
  • Logan
  • Game of Thrones – season 7
Koncerty

 

 

Wstęp Spotkania Q&A Koncerty Opinie

Łukasz waligórski

Krakowski Festiwal Muzyki Filmowej w tym roku wykroczył poza ramy konwencji, do której przez ostatnie została przyzwyczajona jego publiczność. W ten sposób jego organizatorzy postanowili zdobyć nowych widzów i słuchaczy. W poszukiwaniach świeżości zapuścili się oni na rubierze muzyki filmowej - tam gdzie nawet najbardziej zagorzali miłośnicy tego gatunku bardzo rzadko się zapuszczają. Na styku muzyki filmowej, współczesnej i elektronicznej odnaleźli artystów nikomu nieznanych i niekomercyjnych. Ale jednocześnie zaserwowali to z czego krakowski Festiwal jest najlepiej znany - pokaz filmu z jednoczesnym wykonaniem muzyki na żywo i "tradycyjne" koncerty muzyki filmowej. Nie zabrakło też spotkań z kompozytorami i... przesympatycznego zjazdu SST.

W tym roku pojawiło się też kilka innych nowości. Po raz pierwszy zaproszono młodych kompozytorów do udziału w konkursie. Zorganizowano dla nich również Master Classes. Inspiracją bez wątpienia był tutaj poznański Transatlantyk, który już od trzech lat oferuje konkursy kompozytorskie i profesjonalne warsztaty (właśnie pod nazwą Master Classes). Nie inaczej było z ideą eko i "glokalnością" FMF-u. Pomysły, które sprawdziły się z Poznaniu bardzo dobrze zagrały również w Krakowie, w ciekawy sposób uzupełniając ofertę Festiwalu.

Uwielbiam atmosferę Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. To czas i miejsce, w którym można spotkać starych przyjaciół i poznać wielu nowych. To coroczne święto, które za każdym razem wywołuje u mnie dreszcz ekscytacji. Tegoroczny program nico minął się jednak z moim gustem. Na przykład: zawsze wydawało mi się, że lubię muzykę Alberto Iglesiasa, natomiast po jego koncercie w Krakowie już nie jestem tego taki pewien... Z kolei dwa kolejne koncerty, które odbyły się w piątek, w mojej opinii bardziej zaadresowane były do publiczności Sacrum Profanum niż miłośników muzyki filmowej. Dopiero Wielka Gala Muzyki Filmowej przyspieszyła mój puls i dostarczyła odrobiny andrenaliny. Jednak pomimo kilku rozczarowań, wyjechałem z Krakowa w pełni usatysfakcjonowany i z doładowanymi akumulatorami.


Mefisto

To był festiwal kontrastów. Z jednej strony ambitne, niełatwe i stanowiące duży test wytrwałości występy Iglesiasa oraz Reijsegera. Z drugiej wielka gala RMF Classic (niestety, przesłodzona do granic) oraz bombastyczny koncert "Matrixa". Nie mogę napisać, że każdy z punktów programu – co ciekawe, tym razem praktycznie pozbawionego wydarzeń towarzyszących, co pozwoliło odsapnąć po poprzedniej edycji, kiedy to niemożnością było zaliczyć wszystkie dodatki do koncertów – do mnie przemówił i mi się podobał. Ba! Jego lwia część mnie wymęczyła – fizycznie i psychicznie – swą formą, długością oraz doborem materiału, częstokroć ciężkostrawnego poza filmowym kontekstem, jaki przecież nie zawsze nam towarzyszył. Na tym tle znacznie bardziej raziły też wszelkie niedociągnięcia techniczno-merytoryczne, jakie zwyczajnie nie powinny mieć miejsca na imprezie o takim kalibrze i doświadczeniu oraz dająca się we znaki pogoda, bynajmniej nie poprawiająca nastroju. Na szczęście możliwość obcowania z muzyką z całego świata oraz świetna chemia panująca za kulisami sprawiły, iż w rezultacie był to szósty z rzędu festiwal o wyjątkowej, niezapomnianej atmosferze, której próżno szukać gdzie indziej. Już teraz czekam więc na kolejną odsłonę – oby mniej zmanieryzowaną artystycznie, a bardziej otwartą na odbiorcę, konkretniejszą w swym wydźwięku.


Jan bliźniak

Już drugi rok z rzędu Festiwal Muzyki Filmowej wydał mi się dość rozczarowujący. Program wyglądał obiecująco na papierze, ale niezbyt się sprawdził w praktyce. Szczególnie koncert Alberto Iglesiasa, na który czekałem z niecierpliwością, zawiódł właściwie na całej linii – pod względem doboru repertuaru, po przeraźliwie nudne wykonanie. Do tego poprawna gala jubileuszowa RMF Classic i kuriozalny "Matrix" z muzyką na żywo. Konia z rzędem temu, kto (poza oczywiście najbardziej zaciekłymi fanami) usłyszał podczas tego pokazu jakąkolwiek muzykę, wykraczającą poza nieinwazyjne tło. Sytuację uratował niezwykły koncert "Homo Spiritualis" Ernsta Reijsegera, niedościgniony w artystycznym i intelektualnym wymiarze. Jestem pod jego nieustającym wrażeniem, chociaż u publiczności wzbudził mieszane uczucia. Łatwo więc można było opuścić Kraków zawiedzionym każdym z koncertów. Bardzo ciekawe, chociaż przeznaczone dla stosunkowo wąskiej grupy, były tegoroczne spotkania z kompozytorami. Być może one właśnie stanowią najcenniejszy kapitał festiwalu. Festiwalu, w którego przypadku jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie, żeby mówić o zużyciu formuły. Przydałoby się jednak więcej staranności w doborze tego, co i jak powinno zostać przedstawione.


Damian słowioczek

Krakowski FMF rozpieścił nas swoim zawsze wysokim poziomem, musi więc liczyć się z coraz to bardziej wyczuloną na potknięcia krytyką. Tegoroczny Festiwal nie był najlepszą z edycji, ale nie znaczy to wcale, że zszedł drastycznie poniżej swojego, standardowo już wysokiego poziomu. Być może zbyt odważnie pozwolono sobie na zmianę wizerunku i wędrówkę w awangardę? A być może ten drastyczny chrzest widowni obliczony został na profity zbierane przy okazji kolejnych edycji? Ostateczny bilans jest jednak po raz szósty z rzędu jak najbardziej pozytywny: poświęconego "Skórze, w której żyję" fragmentu koncertu Iglesiasa nie zapomnę nigdy, podobnie całości "Homo Spiritualis". Gala na 10-lecie RMF Classic także była bardzo udana, chociaż mam nadzieję, że w przyszłym roku FMF odpokutuje zupełne obdarcie z emocji "Osady". Skoro James Newton Howard zapowiedział swój przyjazd, to będzie ku temu doskonała okazja. Ja z kolei biję się w piersi za mój sceptycyzm odnośnie "Matrixa". Finałowy koncert okazał się prawdziwą bombą i był godnym pożegnaniem z zimna halą ocynowni ArcelorMittal Poland, przynosząc idealną symbiozę tego miejsca z prezentowanym w nim filmem i muzyką. Niech żyje FMF!