Start | Recenzje | Artykuły | Koncerty | Kompozytorzy | Nuty | Konkursy | Media | Linki

O stronie

Koncerty

 

Na zakończenie serii koncertów karnawałowych w Filharmonii im. Henryka Wieniawskiego w Lublinie przygotowano wydarzenie specjalnie dla fanów muzyki filmowej, zarówno tych starszych jak i młodszych. W piątek 12 lutego, o godzinie 19:00 zaczęły rozbrzmiewać jedne z najbardziej rozpoznawalnych motywów stworzonych na potrzeby ruchomych obrazów.

Nareszcie! Taka była moja reakcja, gdy dowiedziałem się o tym wydarzeniu. Długo czekałem, aby móc pojawić się na tego typu imprezie w regionie, który zamieszkuję. Z początku koncert miał odbyć się wcześniej i obejmować jedynie muzykę skomponowaną przez Johna Williamsa. Dlatego gdy ten nagle zniknął z repertuaru, wydawało się, że to koniec szans na muzyczne przeżycia w Lublinie. Powodem tego zabiegu nie było jednak wycofanie się Filharmonii z przedsięwzięcia, ale chęć rozbudowania programu koncertu. Ostatecznie do Williamsa dołączyli więc Klaus Badelt, Hans Zimmer, Ennio Morricone i Alan Silvestri.

Przed koncertem miałem przyjemność spotkać się z dyrygentem Maciejem Sztorem i solistką Anną Ziółkowską, oraz pojawić się na ostatniej próbie. Okazało się, iż są to niezwykle sympatyczni ludzie, z wielkimi planami dalszej rozbudowy swoich filmowych koncertów. Natomiast na próbie widać było determinację orkiestry, która starała się sprostać dynamicznemu programowi imprezy. Już wtedy można było zauważyć, że będzie ona składała się w przeważającej części z mocnych i rozbudowanych tematów do filmów takich, jak: "Piraci z Karaibów", "Gladiator", "Władca pierścieni: Dwie wieże", czy "Superman". Orkiestra spisywała się świetnie na próbie, wiernie oddając klimat tych utworów. Również atmosfera panująca wśród muzyków była przyjazna i dosyć luźna – robiono sobie żarty, np. za pomocą lampki podświetlającej partyturę dorabiając "różki" koledze grającemu solówkę. Jak się potem dowiedziałem (perfidnie podsłuchując rozmowy), owe lampki to nowy nabytek Filharmonii ułatwiający pracę muzykom, szczególnie przy zmieniającym się oświetleniu. Podczas próby przygotowywano już zresztą scenę do koncertu, m.in. ustawiano światła tak, aby stworzyć odpowiedni nastrój dla rozbrzmiewających tematów.

Sam koncert rozpoczął się punktualnie. Sala pękała w szwach a dla tych, którzy najpóźniej zakupili bilety specjalnie dostawiano krzesełka. Trzeba przyznać, że było to w miarę sprawnie zorganizowane i nie było osoby, która musiała stać podczas koncertu. Jeszcze słuchacze dobrze nie zagrzali swoich miejsc, a już pojawiła się Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Lubelskiej wraz z dyrygentem. Na początek zagrano tematy z trylogii "Piraci z Karaibów". Od motywu znanego ze ścieżki Klausa Badelta, przez "Jack Sparrow" ze "Skrzyni umarlaka", aż do – chyba najbardziej popularnego utworu trzeciej części – "Up is Down". Wykonanie było na tyle porywające, że niektórzy słuchacze nawet tupali w rytm muzyki. Pirackie swawole zakończył motyw miłosny z "Na krańcu świata" – "At Wit’s End", po czym od razu wkroczyła suita z "Gladiatora". Postawiono w niej głównie na temat z "Barbarian Horde", który nieznacznie został w niektórych miejscach połączony z innymi motywami. W każdym razie najbardziej wybijał się tutaj charakterystyczny action score pochodzący z tej sceny.

Po utworach spółki Badelt-Zimmer, przyszedł czas na "Dwie wieże" Howarda Shore’a. Mając w pamięci ostatni festiwal w Krakowie, gdzie cała ścieżka była połączona z pokazem filmu, miałem całkiem duże wymagania co do lubelskiego koncertu. Trudno jednak porównywać oba wykonania, jako że tu otrzymaliśmy mieszankę zaledwie kilku motywów z filmu. Do tego było to wykonanie "na sucho", bez filmu w tle, który mimo wszystko trochę odwracał uwagę od samej muzyki na krakowskim festiwalu. Generalnie orkiestra Filharmonii Lubelskiej podołała jednak zadaniu. Za to sama suita nie była zbyt zadowalająca. Wydaje mi się, że był to najsłabszy punkt koncertu, gdyż underscore obecny w suicie zaczął po prostu nużyć.

Na szczęście atmosferę podbudowały dwa kolejne motywy, tym razem pochodzące z filmów "Misja" i "Forrest Gump". Niemalże idealnie wykonano utwór "Obój Gabriela" ze ścieżki Ennio Morricone – duże wrażenie na publiczności zrobiła zwłaszcza solówka na oboju. Kompozycji Silvestriego także niczego nie brakowało. Piękny motyw przewodni został tutaj wykonany w całości, włącznie z podniosłą końcówką. W tych właśnie momentach słuchaczy totalnie porywała energia wyzwalana przez muzyków i nie było czasu na myślenie o czymkolwiek innym. Utworem Silvestriego zakończono tym samym pierwsza część koncertu.

Po przerwie królował już tylko jeden kompozytor – John Williams. Ta część programu była, nie ukrywam, najbardziej przeze mnie wyczekiwana – szczególnie, że na wcześniejszej próbie to właśnie ona zrobiła na mnie największe wrażenie. Rozpoczęto niesamowitymi motywami z "Listy Schindlera". Na scenie pojawiła się solistka, Anna Ziółkowska, która swoją grą na skrzypcach przejęła kontrolę nad publicznością. Wszyscy po prostu siedzieli i wsłuchiwali się w każdy ruch jej smyczka. Co prawda zdarzyło się kilka błędów, jednak nie wpłynęło to znacznie na ogólne wrażenie. Wręcz przeciwnie – kolega siedzący obok mnie powiedział potem nawet, że totalnie zapomniał o bożym świecie, skupiając się jedynie na chłonięciu muzyki, która na te parę chwil stała się dla nas wszystkich tlenem, bez którego nie bylibyśmy w stanie żyć. Na szczęście williamsowski motyw skończył się na tyle delikatnie, że spokojnie powróciliśmy do normalnego procesu oddychania – dzięki czemu mogliśmy złożyć artystom gromkie owacje.

Następny w kolejności był "Park Jurajski". Tutaj muszę niestety przyznać, że orkiestra nie zagrała czysto. Pamiętam, że na próbie wychodziło im to znacznie lepiej. Na koncercie zdawało się natomiast, że jedynie w tych bardziej podniosłych momentach jakość wykonania wzrastała. Pewnie dlatego też kolejny temat z "Supermana" był już tylko czystą przyjemnością. Była to całkiem rozbudowana suita, aczkolwiek jej zakończenie zwiastujące koniec koncertu, mogło niejednego słuchacza zdziwić i zrodzić w jego głowie rozpaczliwe pytanie: "To już wszystko?". Publiczność jednak zdołała wyklaskać nieco więcej i jako bonus odegrano suitę składającą się z najbardziej znanych motywów Maestro. Pierwszy uderzył "Main Title" z "Gwiezdnych wojen", potem (już nie pamiętam w jakiej kolejności): "Szczęki", "Superman", "E.T" i "Raiders March" z "Poszukiwaczy zaginionej arki". Muzyka Williamsa sprawiła, że wszyscy na sali stracili poczucie czasu i choć ta część koncertu nie była wcale taka krótka, to po jej zakończeniu publika miała ochotę na jeszcze więcej…

Koncerty muzyki filmowej często wzbudzają wiele odczuć, czasem skrajnie różnych. Niektórzy oczekują od nich bowiem jak najlepszego odwzorowania materiału znajdującego się na płytach. Dla mnie jest to jednak przede wszystkim okazja do poddania się emocjom, jakie ta muzyka wywołuje. Niekoniecznie chodzi tu więc o wierność oryginałowi, ale też o jego poprawną interpretację. Myślę, że tego wieczoru dało się odczuć te emocje. Nie obyło się bez małych wpadek, ale taki już urok koncertów. Cieszy mnie to, że są ludzie tacy jak Maciej Sztor, którzy starają się propagować muzykę filmową i cały czas wzbogacać swój repertuar, czyniąc zeń wyjątkowe przeżycie. Tak samo cieszy mnie otwartość dyrekcji Filharmonii Lubelskiej na podobne przedsięwzięcia. Oby więcej takich koncertów!

Serdeczne podziękowania dla organizatorów za pomoc w stworzeniu tej relacji.

Autor relacji i zdjęć: Jacek Skulimowski

GALERIA



© MuzykaFilmowa.pl, Łukasz Waligórski