• Kingsman: The Golden Circle
  • Suicide Squad, The
  • Tom Clancy’s Without Remorse
  • Revolver
  • Bosch
Koncerty

 



"Powaqqatsi Live"

Po pierwszym koncercie ("Koyaanisqatsi"), który odbył się poprzedniego dnia wielkie nadzieje wiązałem z kolejnym z serii – "Powaqqatsi". Przede wszystkim cieszyłem się, że usłyszę koncertowe wykonanie według mnie najlepszej ścieżki dźwiękowej z serii i jednej z lepszych, jakie w ogóle słyszałem. Różni się ona, bowiem od pozostałych swoją dynamiką i melodyjnością, dzięki czemu jest łatwiejsza w odbiorze i bardziej zajmująca niż chociażby "Koyaanisqatsi". Poza tym cechuje się ona szerszym użyciem instrumentów perkusyjnych, które nadają jej eklektycznego charakteru. Oczywiście liczyłem także na to, że uda mi się zamienić kilka słów z Philipem Glassem, chociaż zdawałem sobie sprawę, że nie będzie to proste mając ciągle w pamięci ochroniarzy strzegących dostępu do wszystkich muzyków.

Kliknij, aby powiększyć!        Kliknij, aby powiększyć!

Tradycyjnie już na dachu Starego Browaru znalazłem się dużo wcześniej żeby móc w spokoju przyjrzeć się przygotowaniom i składowi zespołu. A ten oczywiście uległ zmianie. Do obecnych na "Koyaanisqatsi" keyboardów dołączyła nowa dwuosobowa sekcja perkusyjna, co było oczywiście do przewidzenia dla każdego kto zna muzykę z "Powaqqatsi". Składała się ona z kilku gongów, tamburinów i elektronicznej perkusji. Poza tym instrument Michaela Riesmana stracił jedną klawiaturę. Układ sceny i świateł natomiast pozostał niezmieniony, co nie wróżyło dobrze przyszłemu robieniu zdjęć.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Usiadłem, zatem na tym samym miejscu, co dzień wcześniej i zacząłem wyglądać ewentualnych sław, które miały się pojawić na koncercie. Wskazywało na to między innymi kilka miejsc w środkowych rzędach, na których leżały kartki z napisem – rezerwacja. Pierwszymi znanymi mi postaciami, które pojawiły się na horyzoncie nie były jednak VIP-y, lecz trzej Finowie, których poznałem na poprzednim koncercie. Oni także postanowili zająć te same miejsca, co poprzednio i usiąść obok mnie. To spotkanie po raz kolejny uświadomiło mi jak ważnym wydarzeniem była europejska premiera "The Qatsi Trilogy", która miała miejsce na Malcie. Owi Finowie jak mi później powiedzieli całą drogę z Helsinek pokonali samochodem a kilka tygodni temu byli w Pradze także na koncercie Philipa Glassa tym razem z muzyką do filmu "La Belle Et Bete". Poza tym trudno było nie usłyszeć także innych obcych języków, którymi mówili niektórzy goście. Dzięki takim drobiazgom prestiż każdej imprezy kulturalnej rośnie i sprawia, że obecność na niej staje się nie tylko przyjemnością, ale i zaszczytem.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Kilka minut przed rozpoczęciem koncertu zauważyłem Godfrey’a Reggio, który przechadzał się za kulisami znów rozmawiając z obsługą techniczną koncertu. Było już wtedy dość ciemno i nie od razu zorientowałem się, że tak naprawdę Reggio rozmawiał z Philipem Glassem. Kiedy to zrozumiałem bez wahania postanowiłem do nich podejść i tym sposobem udało mi się zrealizować jedno z marzeń wielu miłośników muzyki filmowej (w tym oczywiście mnie) i zamienić kilka słów z mistrzem. Na pamiątkę tego wydarzenia udało mi się także zrobić z nim zdjęcie, na którym doskonale widać, że kompozytor był w świetnym nastroju. Żeby było jeszcze ciekawiej wspomnę tylko, że zdjęcie zrobił Godfrey Reggio, który pamiętał mnie jeszcze z rozmowy podczas poprzedniego koncertu. Dosłownie kilka minut po tym jak rozstałem się z oboma twórcami, Philip Glass wraz z zespołem wkroczył na scenę, aby rozpocząć koncert. Tradycyjnie jako ostatni pojawił się Michael Riesman, który ponownie zajął miejsce dyrygenta. No i zaczęło się.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Koncert rozpoczęła od razu nowa sekcja - perkusyjna - która pokazała, że nie należy niedoceniać elektronicznej perkusji, ponieważ wprawny muzyk potrafi z nią robić cuda. Trudno było niektórym widzom uwierzyć, jakie niezwykłe dźwięki potrafi wydać z siebie ten instrument. Poza tym okazuje się, że nawet zwykły gwizdek sędziowski może być niezwykle ekspresyjnym środkiem wyrazu dla dobrego kompozytora. Po tym dynamicznym wstępie przyszedł czas na typową muzykę Philipa Glassa, czyli masywne elektroniczne brzmienie rozjaśniane miejscami wokalizami. Sama ścieżka dźwiękowa jest właśnie połączeniem takich brzmień z różnymi rodzajami muzyki etnicznej, czy to indyjskiej, czy to egipskiej. I znów można było usłyszeć drobne odejścia do oryginału pojawiającego się a filmie czy płycie, które polegały głównie na zmianie brzmienia niektórych dźwięków. Poza tym kilkukrotnie pojawiały się kobiece wokalizy w miejscach, w których na pierwowzorze ich nie można usłyszeć. Tak było chociażby w utworze "Train to Sao Paulo" (wersja koncertowa było o wiele dłuższa), w którym wokaliza genialnej Lisy Bielawa wspomagała dźwięk trąbki (tutaj grany na keyboardzie). Podobnie jak w przypadku "Koyaanisqatsi" tak i tutaj mieliśmy do czynienia z częściowym playbackiem. Jednak w przypadku "Powaqqatsi" był on o wiele skromniejszy niż to było na poprzednim koncercie choć ciągle obejmował niski głos męski śpiewający tytuł filmu.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Dużo więcej pracy tym razem miał Philip Glass, który niemal nieustannie musiał grać dość wymagające partie. Natomiast, jeśli chodzi o Michaela Riesmana to ograniczenie ilości jego klawiatur do połowy (z dwóch na jedną) spowodowało także zmniejszenie partii, które grał. Mimo to ręce i tak miał cały czas zajęte, ponieważ musiał dyrygować pozostałymi muzykami. Było to tym istotniejsze, że muzyka do tego filmu jest niezwykle rytmiczna a utrzymanie tego rytmu i tempa zależało właśnie od dyrygenta. Riesman poradził sobie z tym świetnie pod sam koniec popisując się jeszcze "solówką" będącą dłuższą wersją utworu "Mr. Suso #1" pojawiającego się na płycie z muzyką do tego filmu. Tym razem obeszło się bez tych drobnych pomyłek, które pojawiał się na "Koyaanisqatsi". W tym samym czasie na scenie pojawił się efektownie wokalista, który wykonał solową wokalizę zauważalnie różniącą się od tej, którą można usłyszeć na płycie w utworze pod tytułem "From Egipt". A wejście jego było dlatego efektowne gdyż potknął się w pewnym momencie o głośnik odsłuchu nieźle go przestawiając i przy okazji niemal się wywracając. Jeśli już jesteśmy przy tak szczegółowych analizach utworów to wypada też wspomnieć, że utwór "Mr. Suso #2 with Reflection" był jedyną kompozycją, która podczas koncertu była całkowicie grana z playbacku. Wynikało to zapewne z tego, że był to jeden z tych fragmentów tej ścieżki dźwiękowej, który wykonywany był na egzotycznych instrumentach strunowych. Takowych zespół nie miał, więc playback był jedynym rozwiązaniem.

Kliknij, aby powiększyć!   Kliknij, aby powiększyć!

Ostatnią drobnostką, która różniła ten koncert od poprzedniego było także zakończenie. Na "Koyaanisqatsi" nie było napisów końcowych, dlatego koncert skończył się razem z faktycznym końcem filmu. W przypadku "Powaqqatsi" napisy się pojawiły, dlatego publiczność było nieco zmylona, gdy po zakończeniu filmu, zapaliły się światła a zespół jeszcze grał tzw. "End Titles". Koncert generalnie podobał mi się jeszcze bardziej niż "Koyaanisqatsi". Trudno było się przy tej muzyce nudzić, kiedy co chwila pojawiały się takie utwory jest "Train to Sao Paulo" czy "Caught!" i to jeszcze w nieco innych, dłuższych aranżacjach. To, co usłyszałem i zobaczyłem tak mnie wciągnęło, że nim się spostrzegłem koncert już się skończył i to było właśnie jego największym atutem. Po tak przyjemnie i owocnie spędzonym wieczorze nie mogłem się już doczekać kolejnego koncertu. 

Autor relacji: Łukasz Waligórski


Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Komentarz