• Kingsman: The Golden Circle
  • Suicide Squad, The
  • Tom Clancy’s Without Remorse
  • Revolver
  • Bosch
Koncerty

 



"Naqoyqatsi Live"

Jakże ciekawie zapowiadał się ten trzeci już koncert Philipa Glassa. Po tym, co usłyszałem i zobaczyłem podczas "Powaqqatsi" byłem ciekaw czy kompozytor może pokazać coś jeszcze lepszego. Pewne było to, że można się spodziewać czegoś absolutnie nowego. "Naqoyqatsi" definitywnie różni się od pozostałych dwóch filmów z serii. Obraz ten w dużej części został wygenerowany komputerowo a nieliczne sceny kręcone tradycyjną metodą zmieniono nie do poznania. Także muzyka, która powstała do tego filmu zbacza z wytyczonego przez poprzednie kompozycje kierunku. Nie ma tutaj już tej przytłaczającej elektroniki, która monotonie pulsując hipnotyzowała w "Koyaanisqatsi" i "Powaqqatsi". Tym razem, Philip Glass widząc, że jego przyjaciel Godfrey realizując swój najnowszy film zagłębia się w komputerową wizję, postanowił zastosować stylowy kontrapunkt. Tym samym stworzył wielką symfoniczną partyturę z łagodnymi wtrąceniami elektroniki, z której wybijał się dźwięk wiolonczeli Yo-yo Ma. Trudno wymagać od Glassa, aby woził ze sobą po najróżniejszych zakątkach świata całą orkiestrę, dlatego bardzo ciekawie zapowiadała się wizja wykonania muzyki do "Naqoyqatsi" tylko za pomocą zespołu "The Philip Glass Ensemble".

Kliknij, aby powiększyć!        Kliknij, aby powiększyć!

Mało, kto wie, że koncertowa wersja "Naqoyqatsi" powstała w części na zamówienie Lincoln Center w ramach cyklu "Great Performers Series" przy współpracy z Conversation and Company z Japonii. Tym samym "Naqoyqatsi Live" różni się od oryginalnego filmu tym, że muzyka jest wykonywana właśnie przez "The Philip Glass Ensemble". W pewnym sensie zostaje tutaj zniszczona ta głęboko przemyślana koncepcja stylowego kontrapunktu, ponieważ następuje powrót do elektroniki. Jednak z drugiej strony taka wersja tej muzyki daje nadzieję na prawdziwą ucztę zwolennikom właśnie elektronicznych kompozycji Glassa. Koncert, który odbył się 3 lipca w Poznaniu był europejską premierą. Wcześniej "Naqoyqatsi Live" było prezentowane tylko w Sydney, w Nagoya w Japonii (na World Expo) i niespełna miesiąc temu w Lincoln Center w Nowym Jorku. Tym samym wykonanie całej trylogii jednocześnie w Poznaniu także można było uznać za premierę europejską. Pod tym względem Poznań ubiegł takie miasta Lion, Barcelona czy Turyn, do których Philip Glass udał się bezpośrednio z Polski, aby zaprezentować tam swoje show.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Na dachu Starego Browaru znalazłem się już tradycyjnie pół godziny wcześniej. Przedtem jeszcze udało mi się kupić bardzo ciekawe informatory traktujące dokładnie o oglądanych filmach ich twórcach i wszystkich muzykach z zespołu "The Philip Glass Ensemble". Bardzo przydatna rzecz zwłaszcza dla kogoś, kto zamierzał pisać relacje z koncertów. Tym samym został naprawiony też błąd z poprzedniego roku gdzie na koncercie Alberto Iglesiasa niewiele było wiadomo o tym, jaka orkiestra grała, co grała i kim jest w ogóle ten Iglesias. Wracając jednak do ostatniego koncertu Philipa Glassa, po tym jak wstępnie przeczytałem informator i zarezerwowałem sobie miejsce w pierwszym rzędzie, postanowiłem oczywiście lepiej przyjrzeć się nowym instrumentom, które się pojawiły na scenie. Zmiany ponownie zaszły w sekcji perkusyjnej, która była powiększana także przed poprzednim koncertem – "Powaqqatsi". Tym razem na scenie pojawiły się ksylofony. Znalazło się także miejsce dla wiolonczeli Mayi Beiser, która miała zastępować tutaj Yo-yo Ma. Postanowiłem także lepiej się przyjrzeć projektorowi, z którego podczas koncertów były wyświetlane filmy.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Tradycyjnie także wypatrywałem sław, które mógłbym oślepić fleszem z mojego aparatu. Oczywiście jako pierwszy pojawił się Godfrey Reggio, którego postanowiłem poprosić tym razem o autograf. Już wcześniej przygotowałem dla niego mały prezent w postaci wywołanego zdjęcia, które zrobiono nam na pierwszym koncercie. Na zdjęciu dodatkowo znalazł się także adres mojej strony internetowej, na którą sławnego reżysera zaprosiłem. W zamian otrzymałem autograf z dedykacją na drugim takim samym zdjęciu, które przygotowałem właśnie w tym celu. Korzystając z okazji poprosiłem jeszcze Godfrey’a Reggio, aby takie samo zdjęcie przekazał także Philipowi Glassowi, ponieważ nie liczyłem już na to, że dane mi będzie spotkać jeszcze kompozytora osobiście.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Kiedy wróciłem na miejsce właśnie rozpoczynał się koncert. Tradycyjnie jako pierwszy na scenę wszedł Philip Glass. Dopiero, kiedy on zajął miejsce przy swoim keyboardzie, pojawił się Michael Riesman i Maya Beiser, która dźwigała za sobą swoją wiolonczelę. W ten sposób rozpoczął się ostatni już koncert z serii Qatsi, którą można było oglądać przez trzy lipcowe wieczory na dachu Starego Browaru w Poznaniu. Podobnie jak w przypadku poprzednich dwóch koncertów niewielka część ścieżki dźwiękowej była odtwarzana z playbacku. Tradycyjnie był to niski męski głos śpiewający tytuł filmu. Jako ciekawostkę mogę dodać, że ten mrożący krew w żyłach bas to powielony elektronicznie głos niejakiego Alberta de Ruitera.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Muzyka, którą można było usłyszeć na koncercie bardzo różniła się od tego, co można usłyszeć na płycie czy w oryginalnej wersji "Naqoyqatsi". Przede wszystkim nie było tutaj orkiestry, która mogłaby wiernie odegrać to, co Philip Glass skomponował pierwotnie do filmu Reggia. Całość muzyki była wykonywana przez zespół "The Philip Glass Ensemble" a zatem dominowało brzmienie elektroniczne. Jednym brzmieniowym odniesieniem do pierwowzoru była wiolonczela Mayi Beiser. Poza tym pojawiały się także nowe linie melodyczne, które mile zaskakiwały. Mimo wielkiej różnicy między wykonaniem koncertowym a tym, co można znaleźć na płycie ogólny charakter muzyki i jej rola w filmie została doskonale zachowana. Można wręcz powiedzieć, że niektóre rozwiązania instrumentalne prezentowały się dużo lepiej niż na oryginale. Połączenie obrazu Reggia i pulsującej muzyki Glassa w tej postaci było bliskie hipnotycznej wizji z "Koyaanisqatsi".

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Ciekawą sprawą było także to jak Maya Beiser poradziła sobie z zastąpieniem słynnego Yo-yo Ma. Dla artysty instrumentalisty odtwarzającego partie pierwotnie pisane dla innego, sławniejszego muzyka, zawsze ważną sprawą jest kierunek, w którym się pójdzie. Otóż z jednej strony można całkowicie zawierzyć interpretacji poprzednika i starać się ją kontynuować. Jednak z drugiej strony można spróbować stworzyć swoją wersję granej muzyki z skonfrontować ją tą pierwotną. Oba te zadania wydają się bardzo trudne do wykonania, ponieważ podejmując interpretację sławnego poprzednika można nie podołać jej wiernemu przedstawieniu a tworząc swoją własną zawsze naraża się na porównana, które rzadko są dla młodego muzyka korzystne. Słuchając grającej Mayi Beiser starałem się odgadnąć, którą drogą on poszła. Doszedłem do wniosku, że postanowiła stworzyć swoją wersję, co zmusza mnie do niechybnego porównania. No i niestety z tego porównania Maya nie wychodzi obronną ręką. Jej gra była bardzo widowiskowa i ciekawa wizualnie jednak także pełna gestów i ruchów, które nie miały odzwierciedlenia w grze. Wszystko to oczywiście oglądało się bardzo przyjemnie i tworzyło swego rodzaju show jednak, kiedy na chwilę zamknęło się oczy to czegoś w jej muzyce brakowało. Zdecydowanie lepiej w funkcji solisty na "Naqoyqatsi" prezentował się Yo-yo Ma, bo chociaż Maya Beiser nie sprawiła, że odbiór koncertu był gorszy to nie potrafiła go jak dla mnie polepszyć. Jej widowiskowa gra z pewnością spełnia swoją rolę podczas tradycyjnych koncertów jednak, kiedy słuchacz chce jednocześnie śledzić grających muzyków i film wyświetlany na ekranie to niekoniecznie takie zachowanie może się podobać.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Największe wrażenie podczas tego koncertu, jak i poprzednich zrobiła na mnie Lisa Bielawa. Jedna z dwóch członkiń zespołu "The Philip Glass Ensemble", która nie dość, że grała na instrumentach klawiszowych to jeszcze śpiewała pięknym sopranem. Najlepsze fragmenty koncertu to właśnie te, gdy dźwiękowi wiolonczeli Mayi Beiser towarzyszył śpiew Lisy. Ta niezwykła śpiewaczka jest wokalistką zespołu od roku 1992. Generalnie specjalizuje się z muzyce dawnej, ale także współczesnej. Śpiewała główne role w operach takich kompozytorów jak Anthony Braxton czy Michael Gordon. Z Philipem Glassem nagrała słynną płytę "Einstein On The Beach". Na koncertach "The Qatsi Trilogy" w śpiewie wspomaga ją swoim świetnym mezzosopranem Alexandra Montano, która niedawno grała tytułową rolę w operze Tan Duna "Marco Polo". Także inni członkowie "The Philip Glass Ensemble" posiadają równie bogaty dorobek, co pokazuje, że jest to zespół profesjonalistów, których słuchanie daje prawdziwą satysfakcję.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Koncert trwał około 85 minut i zwieńczony został wspólnym wyjściem na scenę całego zespołu, Mayi Beiser, Michaela Riesmana, Philipa Glassa i Godfrey’a Reggio. Wszyscy oni zostali nagrodzeni gromkimi brawami na stojąco. Jakimś zupełnie dziwnym zbiegiem okoliczności chwilę później znalazłem się za kulisami chcąc załatwić znajomemu z Finlandii zdjęcie z Philipem Glassem. Jednak podobnie jak to było na poprzednich dwóch koncertach także teraz muzycy byli otoczeni przez kordon ochroniarzy. Jednak w pewnym momencie podszedł do mnie członek ekipy koncertowej, który zobaczył mnie stojącego z aparatem i powiedział, że jeśli chcę zrobić kilka zdjęć to mam być za 10 minut na dole w restauracji "Piano Bar". Długo się ze znajomymi nie zastanawialiśmy i już po chwili czekaliśmy przed wejściem do tej restauracji. Jednak jako pierwszy na horyzoncie okazał nam się nie Philip Glass, lecz Jan A.P. Kaczmarek. Polski kompozytor bez wahania zgodził się na parę zdjęć. Jednak najbardziej zaskoczyło mnie to, że gdy się przedstawiłem pan Jan powiedział: "A to Pan! Byłem na Pana stronie!". Miłośnika muzyki filmowej samodzielnie tworzącego serwis internetowy nie może spotkać większy zaszczyt niż ten, który spotkał wtedy mnie. Zaraz po tym do ekipy VIP-ów, którzy zgromadzili się w "Piano Bar" dołączyli Michael Riesman, Maya Beiser, Godfrey Reggio i oczywiście Philip Glass. Moi znajomi mogli sobie wtedy spokojnie zrobić z nim zdjęcie i jeszcze wszyscy na dokładkę dostali autografy.

Kliknij, aby powiększyć!    Kliknij, aby powiększyć!

Podsumowując wszystkie trzy koncerty, których byłem świadkiem muszę wprost przyznać, że było to niezwykłe wydarzenie, które na długo pozostanie w pamięci. A kiedy już z niej wywietrzeje do będę mógł spojrzeć na te kilka świetnych zdjęć i na pewno wspomnienia wrócą. Jedyny zawód, jaki mnie w ciągu tych trzech dni spotkał był związany ze specjalnym spotkaniem, które odbyło się w niedzielne popołudnie. Na spotkaniu tym pojawili się zarówno Godfrey Reggio, Philip Glass jak i Jan A.P. Kaczmarek, który był jego moderatorem. A jestem z tego spotkania niezadowolony, bo mnie po prostu na nim nie było. W wyniku pewnych nieporozumień o miejscu i czasie spotkania dowiedziałem się zbyt późno, co strasznie mnie zdenerwowało. Z relacji naocznych światków wiem, że było ono bardzo kameralne i rozmowa toczyła się wokół pracy obu amerykańskich artystów nad trylogią Qatsi. Mimo tej drobnej rysy moje końcowe wspomnienia z pobytu Philipa Glassa w Poznaniu i tak pozostają bardzo pozytywne i z pewnością doładowały akumulatory mojej twórczości do dalszego pisania o muzyce filmowej. W tej chwili czekam już tylko na wiadomość kogo Międzynarodowy Festiwal Teatralny Malta będzie gościł w przyszłym roku. Może będzie to sporo koncertujący ostatnio Ennio Morricone albo John Debney ze swoją "The Passion Of The Christ Symphony"? Jedno jest pewne – nie może mnie tam zabraknąć. 

Autor relacji: Łukasz Waligórski


Komentarze

Obecnie brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Komentarz