• Split
  • Ballerina
  • Secret Life of Pets, The
  • Storks
  • Trolls
Koncerty

 

W dobie kryzysu, kiedy cięcia budżetowe dotykają głównie inicjatyw kulturalnych, cieszy entuzjazm ludzi, którzy mimo nieustannych bombardowań krytykantów, z pasją i zaangażowaniem realizują swoje idee i pomysły. Tacy ludzie sprawili, że w tym roku po raz drugi odbył się w Poznaniu Festiwal Filmu i Muzyki Transatlantyk.

Trudno jest porównywać poznański Festiwal z jakimkolwiek innym wydarzeniem tego typu na świecie. Z jednej strony to miejsce, w którym można obejrzeć niezliczone ilości filmów rzadko trafiających do szerszej dystrybucji – kino klasy B, filmy skandynawskie i niemieckie, dokumenty i filmy muzyczne i wiele, wiele innych. Z drugiej strony jednak jest to również festiwal muzyki, który daje możliwość uczestniczenia w koncertach muzyki filmowej, klasycznej, elektronicznej oraz podziwiania talentu młodych kompozytorów w dwóch konkursach (Instant Composition Contest i Film Music Contest). Do tego Transatlantyk wspólnie z Instytutem Rozbitek organizuje niezliczone spotkania z filmowcami, warsztaty i panele dyskusyjne poświęcone nie tylko sztuce filmowej, ale również ochronie środowiska, polityce i innym tematom o ogromnej wadze społecznej. Jakby tego było mało, prawdziwą furorę robi Kino Kulinarne, w niezwykły sposób łączące oglądanie filmów z eksploracją sekretnych zakątków kuchni całego świata.

Festiwal idei

Zgodnie z założeniami twórcy Transatlantyka – Jana A.P. Kaczmarka – poznański festiwal wykracza poza wszelkie ustanowione do tej pory ramy pokazując niedostrzegalne dotąd powiązania między polityką, biznesem, środowiskiem, sztuką, gastronomią i stając się prawdziwym „festiwalem idei”. Ta różnorodność nie jest jednak przymusowa. Każdy może wybrać te wydarzenia, które najbardziej go inspirują. Zresztą fizyczne uczestnictwo we wszystkich atrakcjach Festiwalu jest zwyczajnie niemożliwe, ze względu na ograniczenia czasowe. Jego bywalcy muszą bardzo uważnie zaplanować swoją przygodę z Transatlantykiem by skorzystać z najważniejszy dla nich atrakcji. W pewnym sensie to zmusza widzów do dokonywania świadomych wyborów dzięki czemu na seansach w kinach i na warsztatach nie pojawiają się przypadkowi ludzie. Z drugiej strony jednak poważnym problemem w zaplanowaniu własnego harmonogramu uczestnictwa w Festiwalu jest zbyt późno ukazujący się program. Podobnie jak w ubiegłym roku, także teraz o dokładnych miejscach i czasie konkretnych wydarzeń można było dowiedzieć się raptem na tydzień przed otwarciem Transatlantyka. Nad tym elementem organizatorzy powinni w przyszłym roku bardziej popracować.

Tegoroczna edycja Festiwalu już w zapowiedziach nieco odstawała od jego hucznej inauguracji w ubiegłym roku. Co prawda organizatorzy tym razem dużo uważniej dobrali sponsorów i patronów medialnych, czego efektem były transmisje na żywo w TVP Kultura z gali otwarcia i zamknięcia Festiwalu. Jednocześnie nie zabrakło też artykułów w prasie i wywiadów w programach śniadaniowych. Jednak z drugiej strony program tegorocznego Transatlantyka oraz nazwiska zaproszonych gości były zdecydowanie mniej spektakularne niż w ubiegłym roku. Całe wydarzenie było też o kilka dni krótsze. Pod tym względem najwidoczniej dał o sobie znać wszechobecny kryzys, który nie oszczędził programowo również innych tego typu Festiwali (m.in. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie). Podczas Transatlantyka dało się nawet słyszeć głosy publiczności drwiąco komentujące fakt, że gwiazdą Festiwalu jest „ta słynna aktorka grająca matkę Kate Wislet w Titanicu”… (mowa oczywiście o Frances Fisher).

Festiwal filmu i odrobiny muzyki...

Zdecydowanie mniej satysfakcjonująca była też część muzyczna Festiwalu. Najwięcej emocji pod tym względem dostarczyła gala otwarcia, gdzie na scenie zgromadzono akordeonistów z Motion Trio, Marcina Wyrostka i orkiestrę L’autunno. Energiczna mieszanka tematów filmowych wykonywanych przez orkiestrę symfoniczną, argentyńskich przebojów akordeonowych i minimalistycznych kompozycji Motion Trio zagwarantowała naprawdę udany wieczór. Na tym jednak muzyczne uniesienia na Transatlantyku się zakończyły.

Ogromnym zawodem był koncert muzyki Marka Ishama. Mimo, że odbył się w pięknej sali Teatru Wielkiego w Poznaniu, kompozytor osobiście grał na trąbce i towarzyszyła mu wspomniana wcześniej orkiestra L’autunno wraz z chórem zabrakło tego wieczoru jakiejkolwiek magii. Z jednej strony to trochę wina samej muzyki – twórczość filmowa Marka Ishama niestety w ogromnej większości nie nadaje się do grania podczas koncertów. To muzyka, która za pomocą prostych i bezpośrednich środków spełnia określone funkcje filmie - najczęściej jako nieco rozmyte, przyjemne i pulsujące tło. Isham często też miesza instrumenty akustyczne z elektroniką a swoje kompozycje buduje na prostych rytmach i powolnych zmianach harmonii, które niekiedy zastępują linię melodyczną. Jego ulubionym instrumentem solowym jest trąbka – na której sam doskonale gra – wprowadzająca przeważnie nostalgiczny i nieco dekadencji klimat (warto tu wspomnieć „Czarną Dalię”). Niestety jest to też muzyka dość statyczna, banalna rytmicznie i niezbyt porywająca melodycznie.

Z wyjątkiem kilku kompozycji pochodzących z filmów familijnych, koncert Marka Ishama podczas tegorocznego Transatlantyka był zwyczajnie usypiający. Chociaż nawet usnąć się nie dało z powodu niemiłosiernie szumiącej maszyny do robienia dymu, która wywoływała uśmiechy politowania nawet wśród muzyków orkiestry (szczególnie wiolonczeli). Zresztą jednym z powodów niepowodzenia koncertu była również orkiestra, która przygotowania do tego wydarzenia potraktowała chyba niezbyt poważnie. Co chwilę zdarzały się pomyłki, niedociągnięcia, fałsze, o wejściach w złych momentach całych sekcji instrumentów już nie wspominając. Czarę goryczy przelała kompletnie sypiąca się perkusja w jednej z ostatnich kompozycji. Nienajlepszym pomysłem było też umieszczenie orkiestry na środku głębi sceny, tak że za nią znajdowała się ogromna przestrzeń zaplecza. Efekt tego był taki, że waltornie, tuby i perkusje niemal wcale nie docierały do publiczności ginąc w czeluściach pudełkowej sceny. Trudno się dziwić, że po takim koncercie publiczność nie prosiła o bisy…

Ostatnim muzycznym akcentem Festiwalu była gala zamknięcia, podczas której zaprezentowano wyłącznie kompozycje Krzysztofa Pendereckiego i Beethovena. Taki dobór repertuaru był dość oczywisty. Tego wieczoru nagrodą Glocal Hero Award zostało bowiem nagrodzone małżeństwo państwa Pendereckich, a Elżbieta Penderecka jest twórczynią Wielkanocnego Festiwalu Ludwika Van Beethovena. Podczas gali wręczono również nagrody dla zwycięzców konkursów muzycznych, które odbyły się w czasie trwania Festiwalu oraz nagrodę publiczności dla jednego z filmów. Był to bardzo przyjemny i niemal rodzinny wieczór – głównie za sprawą Jana A.P. Kaczmarka, który w bardzo bezpośredni i ciepły sposób poprowadził całą galę. Jednak oprawa muzyczna mogła nie przypaść wszystkim do gustu – szczególnie awangardowe kompozycje Krzysztofa Pendereckiego.

Przede wszystkim warsztaty...

Dla mnie jednak prawdziwym sercem Transatlantyka nie były pokazy filmów czy koncerty, ale warsztaty Transatlantyk Master Classes. Oprócz kompozytorów, producentów można było spotkać na nich także scenarzystów, operatorów i ekologów. Wszyscy oni dzielili się swoją wiedzą i doświadczeniem, prowadząc niekiedy trudne ale i ważne dyskusje z publicznością. Mnie oczywiście najbardziej ciekawili kompozytorzy: Mark Isham, Richard Bellis, Rolfe Kent i Peter Golub. Jeszcze przed Festiwalem pojawiały się opinie, że tegoroczni goście nie będą w stanie przebić spotkań z Christopherem Youngiem i Georgem S. Clintonem, które odbyły się rok wcześniej. To akurat okazało się prawdą. Żaden z warsztatów prowadzonych przez kompozytorów w tym roku nie miał w sobie tyle energii, smaczków i pokrzepiającej mocy co spotkania z twórcami „Ghost Ridera” i „Austina Powersa”. Wynika to jednak z różnic osobości wspomnianych kompozytorów. Chris Young urzekał swoją bezpośredniością, rozdając na prawo i lewo swój adres, numer telefonu i uściski. George S. Clinton natomiast sypał nieustannie dowcipami i anegdotami z życia osobistego. Tegoroczni goście byli zdecydowanie bardziej wstrzemięźliwi.

Niemniej i tym razem nie zabrakło ciekawostek, które uczestnicy tych spotkań zapamiętają na dłużej. Pod tym względem najlepsze opinie zebrała seria warsztatów z Richardem Bellisem, który co prawda nie uchodzi za gwiazdę muzyki filmowej, ale jest za to doskonałym wykładowcą potrafiącym w fascynujący sposób o  niej opowiadać. Jego hipnotyczny głos i niemalże ojcowski ton sprawiły, że ten mało znany twórca zyskał ogromną sympatię wszystkich, którzy mieli okazję go poznać.

Mark Isham podczas spotkania z młodymi filmowcami po prostu opowiedział o swojej karierze – pełnym muzyki domu rodzinnym, fascynacji elektroniką, grze na trąbce i pierwszych filmach. Można było dowiedzieć się między innymi w jaki sposób kompozytor samodzielnie pogłębiał swoją wiedzę na temat orkiestracji mimo braku wykształcenia muzycznego. Podobny sposób prowadzenia warsztatów wybrał Rolfe Kent, który wspomagając się fragmentami swoich filmów opowiadał o wyzwaniach jakie stawiali przed nim reżyserzy. Sporym zainteresowaniem cieszyły się zjęcia jego notatek, dokładnie opisujących strukturę tworzonej muzyki - długość kompozycji, ich umiejscowienie w filmie, charakter, komentarze reżysera, wykorzystane tematy itp. Wszyscy kompozytorzy prowadzący swoje spotkania z młodymi twórcami byli niezwykle otwarci i chętni do rozmów. Nie uciekali przed fanami, którzy prosili o dziesiątki autografów i bez oporów pozowali do zdjęć.

Fani muzyki filmowej mogli poznać inne jej oblicze również podczas konkursów rozgrywających się podczas Festiwalu. Największą popularnością cieszył się bez wątpienia Transatlantyk Instant Composition Contest, podczas którego młodzi artyści musieli improwizować na fortepianie podkładając muzykę pod krótkie fragmenty filmów. W jury konkursu zasiedli: Jan A.P. Kaczmarek, Rolfe Kent, Vasco Haxel, Peter Golub i Leszek Możdżer (który zapewne był odpowiedzialny za obecność większości nastolatek wśród publiczności). Poziom był niezwykle wyrównany, ale łatwo dawało się zauważać prawdziwe talenty, które ponadprzeciętnie radziły sobie z tworzeniem muzyki na żywo do obrazu.

Podobnie było w przypadku drugiego konkursu – Transatlantyk Film Music Contest. Każde z dziesięciorga finalistów stworzyło wcześniej muzykę do dwóch fragmentów filmów na swój własny sposób (animacja „Great Escape” i fragment „Hachiko”). Porównywanie pomysłów i rozwiązań muzycznych różnych kompozytorów w konkretnych momentach filmu było naprawdę fascynujące. Każda z tych ilustracji różniła się od pozostałych, a mimo to doskonale spełniała swoje zadanie. Również w tym konkursie jury miało trudne zadanie z wyłonieniem zwycięzców.

Niezatapialny...

Nie da się wymienić wszystkich atrakcji, jakie w tym roku zaoferował publiczności Transatlantyk. Programowo Festiwal sprawiał wrażanie słabszego niż w ubiegłym roku. To jednak wcale nie oznaczało, że jego uczestnicy poczuli zawód. Po raz kolejny wszystkich zachwyciło Kino Kulinarne, które niekiedy szokowało a innym razem wywoływało spazmy rozkoszy. Doskonałym pomysłem było również przekształcenie Kina Plenerowego w Kino Łóżkowe – w tym przypadku organizatorzy zabłysnęli doskonałą współpracą ze sponsorem kilkudziesięciu łóżek (VOX Meble), z których każde miało swój własny projektor, ekran i głośniki (zaledwie tydzień po Festiwalu mebel pojawił się w najnowszym katalogu producenta).

Wśród podsumowań Transatlantyku nie zabrakło głosów malkontentów, którzy wytykali mało ekscytujący program, medialne przereklamowanie gości specjalnych i pustki podczas wieczornych koncertów w Klubie Festiwalowym. Trudno jednak odmówić temu Festiwalowi niepowtarzalnej, niemalże rodzinnej atmosfery i magii, które sprawiają, że to sierpniowe wydarzenie stanowi świetny sposób na spędzenie urlopu – niczym długo wyczekiwane, coroczne spotkanie z przyjaciółmi, dobrym kinem i jedzeniem. Póki co Transatlantyk pozostaje mimo wszystko niezatapialny.

Autor relacji: Łukasz Waligórski?
Zdjęcia: Tomasz Wiech, Michał Łuczak


Komentarze

Jacek 03-09-2012, 10:38

Niestety muszę się zgodzić - koncert Ishama był lekką porażką. Sam kompozytor dawał z siebie wszystko, ale cała reszta była przeciwko niemu - orkiestra, scena....


Patryk 03-09-2012, 23:09

Pełna zgoda. Fajny festiwal, dużo atrakcji, w sumie nieliczne i niewielkie wpadki (np. kompletny brak tłumaczenia), filmowo pierwsza klasa, warsztatowo również, muzycznie dosyć przeciętnie... Warto było spędzić kilka dni w Poznaniu.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Komentarz