• Hacksaw Ridge
  • Kubo and the Two Strings
  • Jungle Book, The
  • Pete’s Dragon
  • Sully
Koncerty

 

Dopiero co zakończył się wspaniały festiwal w dawnej stolicy Polski, a na horyzoncie już pojawił się koncert ‘filmówki’ w obecnej. Pierwsze emocje nie zdążyły więc jeszcze wybrzmieć, a już była szansa na kolejne. Niezwykłe, szczególnie, że Warszawa nie rozpieszcza nas zbyt często pod tym względem – ostatni większy koncert filmowy jaki pamiętam miał miejsce dokładnie... pięć lat temu. Czy od tego czasu coś się zmieniło? I czy warto było w ten letni, niedzielny wieczór pojawić się w Sali Kongresowej?

Przyznam, że tym razem z odpowiednią rezerwą poszedłem na, zapowiadany już od jakiegoś czasu z wielką pompą, koncert. Miał na to wpływ głównie program (tu przyznam, że w 100% rzetelny – publiczność dostała dokładnie to, co stało w książeczce, ni mniej, ni więcej), nie grzeszący ani oryginalnością, ani świeżością – ot, zwykła nagonka na tłumy, dzięki najbardziej znanym nazwiskom i tematom. Ale nawet tak ograne hiciory, jak „Star Wars” czy „Superman” zawsze przyjemnie usłyszeć, bo to po prostu dobra muzyka. Mimo wstrzemięźliwości emocjonalnej po cichu liczyłem więc na solidną porcję roboty, przy której miło spędzę czas. Niestety znów byłem zmuszony się rozczarować.

Naprawdę nie cierpię ganić ludzi odpowiedzialnych za tego typu wydarzenia – z dwóch powodów. Po pierwsze zawsze są one potrzebne. A po drugie wiem ile czasu, pracy, znoju i zaangażowania, często setek rąk, musi pójść w taką inicjatywę. Jednakże ta, choćby nie wiem jak szczytna by nie była, nie może być robiona na ostatnią chwilę i po łebkach – szczególnie w momencie, w którym Kraków tak wysoko podniósł poprzeczkę (i z którym Warszawa zresztą współpracuje, o czym później). Tym razem jednak wielu ciepłych słów pod adresem niedzielnej imprezy skierować nie mogę – niemniej od takich właśnie zacznę (głównie dlatego, by nie wyjść na totalnego zgreda ;).

Do czego absolutnie nie mogę się przyczepić, to orkiestra i wykonanie przezeń muzyki – niektóre fragmenty były łatwiejsze, inne trudniejsze, ale wszystkie zostały odegrane tak dobrze, jak to tylko możliwe, zważywszy na warunki. Jasne, że pewne odejścia od oryginałów były, ale tego nie da się uniknąć i wierność nie jest tu wcale wyznacznikiem. Polskie orkiestry zawsze były, są i przypuszczalnie dalej będą cenione i chwalone na całym świecie i Polska Orkiestra Radiowa nie jest tu wyjątkiem. Także dyrygent, Maciej Sztor nie zawiódł, prowadząc muzyków jak po sznurku. Może to nie ta sama liga, co Diego Navarro i też nie te same emocje, ale większych zastrzeżeń mieć nie można. Podobnież i prowadząca imprezę Magda Miśka-Jackowska z radia RMF Classic była jak zwykle przygotowana, jak zawsze czarująca i... o niebo lepiej ubrana, niż w Krakowie. Jednak nawet jej piękna, czerwona suknia nie zdołała zakryć mankamentów niedzielnego koncertu.

Tym największym był dźwięk – zwyczajnie kiepski, nieefektowny i źle rozmieszczony. Na tyle źle, że podczas niektórych utworów słychać było... czyjś przyśpieszony oddech. Poza tym – co częściowo spowodowane kształtem i budową Kongresowej, oraz skromną liczebnie orkiestrą – większość fragmenów brzmiała zwyczajnie płasko i rozchodziła się po kościach. Nawet największy ‘kozak’ wśród tematów, czyli „Marsz Imperialny” nie miał tej mocy, jaką powinien – a przecież na sali obecny był sam Darth Vader i jego szturmowcy (oraz inne postacie z „Gwiezdnych Wojen”, co zawdzięczamy polskiemu garnizonowi Legionu 501 oraz oddziałowi Eagle Outpost z Rebel Legionu), więc Moc była teoretycznie obecna. Dlatego też najlepsze wrażenie zrobił na mnie, najskromniejszy z całej stawki „Forrest Gump”, którego finał zabrzmiał nad wyraz majestatycznie i potężnie. Dziwne to, zważywszy, że to przypuszczalnie przez dopinanie kabelków koncert opóźnił się o dobre 20 minut. A skoro już przy tym jesteśmy, to i czasowo nie było zbyt różowo – niespełna 80-minutowy koncert finalnie dobił do dwóch godzin, co przy braku przerw i bisów jest nie lada wyczynem. Miały na to wpływ tyleż wspomniane problemy techniczne, co przestoje w środku, podczas których raczono zebranych informacjami na temat danych utworów i związanych z nimi ciekawostkami. I chyba każdy się ze mną zgodzi, że to było akurat niepotrzebne przeciąganie całości, nawet biorąc pod uwagę fakt, że zawsze miło popatrzeć na i posłuchać Magdy Miśki.

Kolejnym technicznym mankamentem, który często niezamierzenie śmieszył, okazały się szumnie zapowiadane fragmenty filmów. Raz, że były one zapodane bez ładu i składu, często kiksując względem muzyki właśnie granej (chyba największy babol miał miejsce przy „Parku Jurajskim”, w którym kadry z lądowania helikoptera na wyspie pokazano na długo przed tym, zanim wybrzmiały nuty z tematu „Journey To The Island”); a dwa, że często pojawiały się dosłownie na kilka-, kilkanaście sekund, tym samym wprowadzając chaos miast zapowiadanej atrakcji. Szczytem złego smaku był w tym przypadku „Superman” – rozumiem, że nie udało się wykupić praw do fragmentów filmu z Christopherem Reeve, czy choćby zdjęć z tegoż, niemniej fotka jakiegoś płaczka, który wyciąga ręce przed siebie, jakby bronił się przed złym dotykiem publiczności, to zwykła wpadka, która nie powinna mieć miejsca.

I można by było przymknąć jeszcze oko na niektóre z powyższych potknięć, gdyby nie trzy rzeczy, które zawieść nie powinny i które bardzo mnie uderzyły – chyba nawet bardziej, niż zły dźwięk. Przede wszystkim kawałek z „Titanica”, który powtórzył niejako ‘sukces’ statku-giganta, okazując się strategiczną wtopą i to bynajmniej nie z powodu wykonania muzyki Hornera. Był to bowiem jeden jedyny fragment w całym koncercie, w którym pojawiła się solistka, jednak nie było jej nam dane zobaczyć! Obdarzona tyleż ładnym głosem, co urodą Anna Lasota zwyczajnie przemknęła po scenie, jak jakaś modelka, po czym... schowała się za orkiestrą! I nawet wszechobecne kamery, które co chwila pokazywały na ekranie muzyków przy pracy, nie były w stanie wyłapać jej w pełnej krasie. Doprawdy zagwozdka. Również finał rozczarował pod każdym względem, brzmiąc niczym kiepski żart pijanego wujka Stefana. Wiązanka tematów wiązanką tematów, ale jaki jest sens umieszczać w programie (obojętnie w jakiej formie) temat z „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”, skoro pojawia się on na ledwie 15 sekund? I czemu łączyć go z równie krótkim fragmentem z pierwszej części „Harry’ego Pottera”? Nie wiem. I nawet fakt, że wszystkie te motywy wyszły spod ręki jednego człowieka takiego zabiegu nie tłumaczy. No i wspomniany już brak bisów jest dla mnie czymś niewytłumaczylnym – szczególnie, że głodna tychże publiczność zgotowała orkiestrze naprawdę długie owacje na stojąco, do czego zresztą zachęcali prowadzący. Zamiast tego artyści popatrzyli jedynie po sobie, po czym... zawinęli się i wyszli. A to wszystko za jedyne 180 zł od osoby (bądź nieco tańszych, acz i tak w porównaniu z Krakowem iście złodziejskich, 120 zł w dalszych rzędach). Cóż...

Tak więc, odpowiadając na jedno z początkowych pytań, ku mojemu rozgoryczeniu przez te pięć lat nie zmieniło się zbyt wiele i podejście do tego typu imprez wciąż wydaje się archaiczne. Paradoskalnie jednak, to cokolwiek bym jeszcze złego nie napisał i tak należy podsumować tą imprezę pozytywnie. Czemu? Głównie dlatego, że taka promocja muzyki filmowej, jakkolwiek prymitywna i jadąca na schematach, jest potrzebna, by dotrzeć do ludzi (mimo kolejki przed wejściem sporo miejsc świeciło pustkami). Poza tym koncert ten spełnił swe zadanie i nawet jeśli nie wszystko wyszło jak należy, to jednak większość ‘niedzielnych’ widzów/słuchaczy wyszła z sali raczej zadowolona. No i należy też pamiętać, iż był to jedynie rozruch – koncert inauguracyjny, który stanowi wprowadzenie do całej serii kolejnych, oby bardziej dopracowanych prezentacji gatunku. Organizator koncertu, Grupa TRINITY wraz z patronatem, Deutsche Bank zapowiadają jeszcze w tym roku, również w Sali Kongresowej, m.in. muzykę z filmów Disneya oraz z trzech pierwszych części „Piraci z Karaibów”. Brzmi znajomo? To jest właśnie ta współpraca z Krakowskim Biurem Festiwalowym, o której wspominałem. Miejmy tylko nadzieję, iż nie będzie ograniczać się ona jedynie do odrzutów z krakowskiego giganta i z czasem warszawskie koncerty rozrosną się same w sobie. Ziarno właśnie zostało zasiane – pozostaje je tylko podlewać.

Liczę więc na to, że organizatorzy – którym zresztą dziękuję za zaproszenie – nie zrażą się zarówno moim cierpkimi słowami, jak i każdą inną krytyką (w końcu tak chwalony dziś przeze mnie Kraków zaczynał w bardzo podobny sposób, popełniając równie dużo błędów i zaliczając niemniejsze wpadki). Z radością będę wypatrywał kolejnych informacji na temat przyszłych koncertów i rozwoju tej koncepcji. Choć przyznam, że byłoby (nie tylko mi, ale i fa-so-la-si-do) bardzo miło, gdyby ludzie porywający się na takie eventy w końcu zrozumieli, że John Williams to tylko wierzchołek góry lodowej, a możliwości przyciągnięcia tłumów na koncerty filmowe są nieograniczone...

Program koncertu:

Alfred Newman – „Fanfara Fox”

John Williams:
„Gwiezdne Wojny”
„Szczęki”
„Park Jurajski”
„Superman”

Alan Silvestri – „Forrest Gump”

James Horner – „Titanic”

Hans Zimmer – „Gladiator”

Finał – wiązanka najpopularniejszych tematów Johna Williamsa: „Gwiezdne Wojny”, „Szczęki”, „Superman”, „Poszukiwacze Zaginionej Arki”, „Harry Potter”, „E. T.”

Autor relacji i zdjęć: Mefisto


Komentarze

Macie Sztor 07-12-2011, 23:00

Już się bałem, że nasza inicjatywa przeszła bez echa i bardzo się cieszę, że w końcu pojawiła się treściwa nota o tym wydarzeniu. Zdaję sobie sprawę z tego, że było parę niedociągnięć - to fakt, ale ten koncert powstał dzięki naszej pasji, determinacji i wiary we własne siły. Ja jako pomysłodawca a zarazem wykonawca tego koncertu spełniłem swoje marzenie. Zrobiłem coś co wydawało się nieosiągalne, a jednak. Wam również życzę podobnych osobistych sukcesów. M. Sz.


Dodaj komentarz

Nick
E-mail
Komentarz