|
Poznań – według
ostatniego rankingu "Przekroju" najlepsze miejsce do życia w
Polsce. Wspaniały rynek, słynne koziołki na ratuszu czy Katedra Św.
Piotra i Pawła to tylko niektóre z atrakcji, jakie możemy zobaczyć w
największym mieście Wielkopolski. Z pewnością można się w nim
zauroczyć, ale czy rzeczywiście jest tak wspaniałe? Nie jestem w
stanie tego ocenić, gdyż spędziłem w nim niespełna jeden dzień.
Natomiast jestem pewien jednego. Dwudziestego ósmego czerwca każdy fan
Johna Williamsa chciał znaleźć się w Poznaniu. Wtedy to bowiem nad
jeziorem Malta odbył się plenerowy koncert muzyki tego genialnego
kompozytora.
Impreza
została zorganizowana z okazji dni patronów Poznania - Piotra i Pawła,
a dyrygentem został młody i świetnie się zapowiadający Wojciech
Rodek. Niesamowity klimat koncertowi miała zapewnić obecność grup
fanów Star Wars - Polish Garrison, Eagle Outpost i Szare Miecze. Dzięki nim, przed sceną można było dostrzec między innymi
żołnierzy Republiki i Imperium, a nawet rycerzy Jedi. Natomiast na
scenie pojawił się sam Lord Vader, który sprawdzał jak orkiestra
radzi sobie z wykonaniem jego tematu. Sam fakt, że odegrane miały
zostać utwory z "Supermana", "Harry’ego Pottera",
"Poszukiwaczy Zaginionej Arki" i
"Gwiezdnych Wojen" gwarantował rozrywkę najwyższej klasy.
W końcu są to najbardziej znane prace Williamsa. Niestety dokładny
program koncertu nie był znany i dopiero próba odbywająca się na około
dwie godziny przed rozpoczęciem imprezy uchyliła trochę rąbka
tajemnicy.
Koncert
poprowadził Marek Hendrykowski, znany miłośnikom muzyki filmowej w
największym mieście Wielkopolski bardzo dobrze. Człowiek ten już
niejednokrotnie przewodził imprezom Filharmonii Poznańskiej związanym
z tą gałęzią sztuki. Tego dnia zapoznawał licznie zgromadzoną nad
Maltą publiczność z osobą Johna Williamsa. Zwrócił uwagę na wiele
podobieństw pomiędzy jego biografią, a biografią
Krzysztofa Komedy i podkreślał jak ważną dla Amerykanina była
praca przy aranżacji muzyki do filmowej wersji "Skrzypka Na Dachu".
Prowadzący opowiadał bardzo ciekawie i zajmująco. Spisał się świetnie,
czego niestety nie mogę powiedzieć o organizatorach. Ci kompletnie
zawalili kwestię miejsc dla publiczności, każdy kto liczył na jakieś
krzesło srogo się przeliczył. Kilkuset ludzi (w tym Tadeusz
Mazowiecki, który miał w poniedziałek odebrać honorowe obywatelstwo
Poznania) musiało siedzieć na gołej ziemi...
Koncert rozpoczął się od
niezwykle mocnego akcentu - "Tematu Głównego" z "Supermana".
Wykonanie poznaniaków wykrzesało mnóstwo energii, sam aż nie mogłem
powstrzymać uśmiechu na mojej twarzy, kiedy rozbrzmiała fantastyczna
fanfara. I choć wersja, którą usłyszałem nad Maltą, odbiega nieco
jakością od oryginału, filharmonicy nie mają się czego wstydzić. W
końcu Londyńska Orkiestra Symfoniczna jest uważana za najlepszą
orkiestrę na świecie. Niestety był to jedyny utwór z "Supermana"
zaprezentowany podczas koncertu. Miałem nadzieję, że usłyszę więcej
fragmentów ścieżki dźwiękowej z tego filmu, wszak jest to partytura
bardzo bogata w wyśmienite tematy. Poza tym jestem przekonany, iż
jedna z najbardziej podniosłych kompozycji Johna Williamsa - "The
Planet Krypton" otworzyłaby imprezę jeszcze efektowniej.
Następna
w kolejce była muzyka z Harry'ego Pottera. W tej części koncertu
odegrano znacznie więcej utworów, mimo to wszystkie pochodziły tylko
z jednego filmu - "Kamienia Filozoficznego". Wielka szkoda, gdyż
pozostałe partytury Williamsa z tej serii wcale nie są gorsze. A zaczęło
się oczywiście od tajemniczych dźwięków znanego wszystkim
Potteromaniakom "Prologu". Szkoda, że podczas odgrywania kompozycji
było jeszcze widno. Po zachodzie słońca, w innej atmosferze temat
Hedwigi prezentowałby się z całą pewnością dużo ciekawiej... Mimo
to utwór miał w sobie wystarczająco magii, by zauroczyć słuchaczy.
Później było niestety trochę gorzej, odegrano fragmenty mocno
ilustracyjne i przez to mniej magiczne, jak np.: "Fluffy's Harp".
Oczywiście koncert miał też ciekawsze fragmenty, jak chociażby
"Nimbus 2000" - utwór oparty na temacie z "Mr. Longbottom Flies",
przygotowany przez Williamsa na koncert "Film Night At Tanglewood
2007". Z tego samego koncertu pochodziła również odegrana przez
poznaniaków wersja kompozycji "The Quidditch Match". Od oryginału
różniła się tym, że trwała dwie minuty i została zaaranżowana
tylko na dęte blaszane. Żałuję, że ograniczono się tylko do tak krótkiego
fragmentu tego utworu. Choć "The Quidditch Match" nie jest łatwy
do zagrania, to w całości, dzięki swojej dynamice wgniótłby w ziemię
publiczność zgromadzona nad Maltą. Godna pochwały była poznańska
wersja, opartego na zawadiackim temacie "Diagon Alley And The
Gringotts Vault". To samo muszę powiedzieć o ostatnim "Harry's
Wondrous World", podczas którego Wojciech Radek dyrygował tak
intensywnie, że nawet strącił nuty pierwszemu skrzypkowi.
Mniej więcej od odegrania
motywu z "The Quidditch Match" pogoda nad Maltą zaczęła się psuć.
Nad scenę zaczęły nadciągać ciemne chmury, nie wróżące nic
dobrego. Widząc to organizatorzy zdecydowali się przejść od razu do odgrywania kompozycji z "Gwiezdnych Wojen" (pierwotnie miał być to
ostatni punkt programu). Wtedy
to też pojawiły się, zapowiadane postaci z filmów Lucasa. Poznańska
wersja przebojów Williamsa musiała się im spodobać, ponieważ żaden
z filharmoników nie zginął od miecza świetlnego ;) A Lord Vader był
wręcz zachwycony, gdyż po skończonym utworze uklęknął przed
dyrygentem. Ja również nie mam zastrzeżeń do wykonania, było
dynamiczne i efektowne. Podczas "Main Theme" nie mogłem oprzeć się
przed tupaniem nogą do rytmu, a liryczne dźwięki tematu księżniczki
Lei, pozwoliły mi się rozmarzyć. Mimo wszystko najbardziej zapamiętam
"Yoda's Theme", podczas którego lunął siarczysty deszcz. Część
osób oczywiście szybko uciekła spod sceny, ale najbardziej wytrwałym
nic nie przeszkadzało delektować się wspaniałą muzyką... Orkiestra
też zmokła. Choć scena była częściowo zadaszona i tak ogromne ilości
wody dostały się na nią. Można powiedzieć, że zła pogoda zepsuła
część koncertu, ja jednak uważam, iż uczyniła go tylko bardziej
niezwykłym i pamiętnym. Szczególnie, że orkiestra nie zrażona
nieoczekiwaną atrakcją, zagrała też mój ulubiony utwór całej
serii - "Throne Room and Finale", w wersji dłuższej, znanej z
"End Credits" z "Zemsty Sithów".
Dyrygent
podbudowany gromkimi brawami ze strony publiczności, zdecydował się
na odegranie jako bis "End Credits" z "Poszukiwaczy Zaginionej
Arki" (skoro wszyscy i tak byli już mokrzy to co im szkodziło zagrać
jeden utwór więcej). Wykonanie tego słynnego marszu stało na naprawdę
wysokim poziomie, porównywalnym nawet z oryginałem. Żałuje tylko, że
była to jedyna kompozycja z Jonesowej trylogii odegrana nad Maltą.
Zapewne nie tylko ja z chęcią posłuchałbym również
"Scherza Na Motocykl i Orkiestrę" z "Ostatniej
Krucjaty".
Jeden z najbardziej
charakterystycznych marszy muzyki filmowej był jednocześnie ostatnim
utworem koncertu. Całość trwała niespełna półtorej godziny, z
pewności nikt z widowni nie pogniewałby się gdyby impreza potrwała dłużej,
ale i tak nie było źle. Choć pogoda nie dopisała, a organizatorzy
trochę zawiedli, wydarzenie będę bardzo miło wspominał. Co prawda
program koncertu mógł być lepszy, ale wszystkim dogodzić się nie
da. Osobiście, wyrzuciłbym kilka czysto ilustracyjnych kompozycji z
Pottera i zamienił je na fragmenty bogatej tematycznie ścieżki dźwiękowej
z "Supermana". Jestem też niepocieszony, że zaprezentowano
partytury tylko z IV i V części "Gwiezdnych wojen",
gdyby orkiestrze towarzyszył chór, poznaniacy mogliby odegrać
"Duel Of The Fates" i "Battle Of The Heroes" - jedne z
najbardziej dynamicznych utworów Williamsa ostatnich lat. Mimo to
filharmonicy spisali się świetnie, a sam pomysł promowania muzyki
filmowej na świeżym powietrzu jest godzien pogratulowania. Na sam
koniec powiem tylko tyle: Brawo poznaniacy! Byle więcej takich imprez.
Autor relacji: Bartosz
Kuśmierz
|