Pisać po
raz kolejny jak genialna jest ścieżka z tego filmu wytwórni Disney'a z pewnością
nie jest żadną zbrodnią. Ta muzyka po prostu na to zasługuje. Dokładnie
pamiętam, jaki byłem podekscytowany, gdy dziesięć lat temu wchodziłem do
domu mojego sąsiada wiedząc, że za chwilę obejrzę "Króla Lwa".
Kolega jako jedyny miał wtedy odtwarzacz wideo i do tej pory nie chce mi
powiedzieć jak zdobył kasetę jeszcze przed premierą filmu w polskich kinach.
Nieważne. Dla kilkuletniego chłopca ten film był wyprawą w nowy, niesamowity
świat. Dzika Afryka, egzotyczne zwierzęta i niezwykły patos. Kiedy oglądałem
ten film po raz pierwszy czułem się kimś wyjątkowym. Niezwykłość tego
filmu to według mnie w dużej mierze także muzyka. To ona sprawia, że banalna
z zasadzie historia nabiera takiego kolorytu i patosu. To właśnie wtedy zacząłem
spoglądać na muzykę filmową nieco baczniej. W efekcie ścieżki dźwiękowe
stały się moją pasją... Ostatnio wpadła mi w ręce kolejna płyta z muzyką
z tego filmu - Complete Score. Ujawniła mi ona nowe kompozycje Hansa Zimmera,
które okazują się jeszcze lepsze od tych, które pojawiły się na wydaniu
oryginalnym.
Płyta
zaczyna się pięcioma piosenkami, które można było usłyszeć w filmie. Są
to kompozycje na tyle wartościowe, że dzięki nim można doskonale sobie
wyobrazić sceny, z których pochodzą. Na mnie do tej pory niesamowite wrażenie
robi piosenka "Can You Fell The Love Tonight" i to właśnie ta w
wykonaniu - J. Williams i S. Dworsky. Do tej pory łezka mi się kręci, gdy ich
słyszę. Co prawda nie beczę tak jak Timon i Pumba po koniec tego utworu ale
według mnie jest to chyba najlepsza piosenka filmowa jaką miałem okazję słyszeć.
Utwory od 1 do 9 nie różnią się wcale od tych, które można usłyszeć na
Original Score. Jednak dalej sytuacja jest nieco inna. Otóż mamy tutaj nowe
kompozycje Hansa Zimmera, które reprezentują tak samo wysoki poziom jak wcześniejsze.
"Hyenas" to początkowo ponury i mroczny utwór, w którym raz po raz
można usłyszeć wiejący wiatr. Po dwóch minutach metrum zmienia się na
swobodnego walczyka (trzy-czwarte), aby po chwili niesamowicie przyspieszyć i
przerodzić się w dynamiczny marsz z domieszką chórów. Kolejny utwór to
"Living In The Exile" - kompozycja dość krótka rozpoczynająca się
nieco smutnym śpiewem chóru, któremu wtórują smyczki. Po niecałej minucie
pojawiają się nieco hawajskie dźwięki, które przechodzą w niezwykle
patetyczną melodię śpiewaną prze chór. "Hunting Friends" to już
następna bardzo dynamiczna kompozycja z szybkim rytmem, w której możemy usłyszeć
miejscami szczeknięcia hien i porykiwanie lwa. Po minucie wszystko się
znacznie wycisza i zaczynają nas koić spokojne dźwięki smyczków. Niekiedy
pojawia się subtelnie grany ten patetyczny motyw z poprzedniego utworu. Także
ta kompozycja kończy się tym motywem tyle, że o wiele spokojniej.
No i oczywiście
"Simba Returns Home". Utwór rozpoczynający się dynamicznym i
optymistycznym, śpiewanym motywem, który po chwili cichnie, aby ustąpić
miejsca cichym i refleksyjnym smyczkom. Taki nastrój zadumy trwa do czasu 2:25
min, gdy po chwili ciszy zaskakuje nas wesoła melodyjka z pogranicza country i
muzyki hawajskiej grana na mandolinie. Kolejne cztery kompozycje to oczywiście
jak tytuły wskazują podkład instrumentalny do piosenek znajdujących się na
początku płyty. Można tutaj przekonać się, że o uroku tych piosenek świadczy
głównie muzyka Hansa Zimmera. Ja osobiście znalazłem tutaj wiele szczegółów,
które nie są słyszalne w wersjach śpiewanych - na przykład świetną partię
fortepianu w "Circle of Life". No i oczywiście można sobie pośpiewać,
jeśli ktoś zna słowa;-). Osiemnastym utworem na płycie jest alternatywna
wersja kompozycji "Simba Returns Home", która tym razem obejmuje
tylko ten dynamiczny i optymistyczny motyw pojawiający się w wersji
podstawowej, dlatego też całość trwa tylko około 40 sek. Ostatnia
kompozycja - "Suite From The Lion King" - to muzyczny przegląd
wszystkich motywów, jakie pojawiły się na ścieżce dźwiękowej z tego
filmu. Mamy tu zarówno sentymentalne i spokojne motywy grane przed smyczki, groźne
chóry i oczywiście nieco afrykańskich rytmów. Całość kończy się po 9
minutach niesamowitym motywem z piosenki "Circle Of Life".
Ostateczna
ocena nie może być inna niż maksymalna. Według mnie jest jak na razie
najlepsze dzieło Hansa Zimmera i każda kolejna jego praca jest tylko echem tej
ścieżki. Kompozytor obecnie popada z zły zwyczaj grzebania w swojej własnej
twórczości wydobywając to, co w niej najlepszego. Szkoda. Wracając jednak do
"The King Lion" nie wolno zapominać o licznych nagrodach, jakie ta
muzyka zdobyła - między innymi Oscar i Golden Globe. Pewien niedosyt
pozostawia jednak pominięcie pozostałych ścieżek dźwiękowych, które także
były wtedy nominowane do Oscara - w tym mojego ulubionego "Forrest Gumpa".
Ktoś powie, że Akademia nie mogła przyznać dwóch nagród. Owszem mogła.
Tak się składa, że od roku 1989 Disney zaoferował nowy rodzaj kina
animowanego, w którym pojawiały się świetne piosenki i niezwykła muzyka. I
tak kolejno Oscary za muzykę zdobywały filmy "Mała Syrenka",
"Piękna i Bestia", "Aladyn" (trzy Oscary dla Alana Menkena)
i w 1994 roku "Król Lew" Hansa Zimmera. Dopiero w roku 1995 Akademia
Filmowa zdecydowała się stworzyć dodatkową kategorię "Best Original
Musical or Comedy Score", w której od razu zwyciężył Alan Menken z
"Pocahontas" (czwarty Oscar). Można by gdybać, co by było gdyby tą
kategorię wprowadzono o rok wcześniej jednak obiektywnym faktem pozostaje, że
wtedy najlepszą ścieżką dźwiękową był właśnie "Król Lew".
Wracając jednak do tego konkretnego wydania, którego miałem ostatnio słuchać
to według mnie jego kolejnym plusem jest brak wykonań Eltona Johna. Nie znaczy
to, że nie lubię tego Pana, bo mam nawet jego ostatnią płytę, ale nie lubię,
kiedy ze soundtracku robi się kolejny album jakiegoś piosenkarza, który z
partyturą filmową nie ma wiele wspólnego. Coś takiego miało miejsce na ścieżce
dźwiękowej z filmu "Spirit: Stallon Of The Cimarron"
i nie mogę
tego wybaczyć Hansowi Zimmerowi i Bryanowi Adamsowi, ale to już inna historia.
Kończąc już te nużące wywody zrzędliwego miłośnika muzyki filmowej, za
jakiego się podaję, stwierdzam wszem i wobec, że "The Lion King - Complete
Score" jest soundtrackiem naprawdę wartym przesłuchania i bez przesady to
ścieżka wybitna. Pełna kolorów, świetnych motywów i doskonałych wykonań.
Wręcz perfecto.