|
Każdy,
kto chociaż trochę interesuje się muzyką filmową powinien zapamiętać rok
1995. To wtedy światło dzienne ujrzały takie partytury jak "Wyspa piratów"
Johna Debney'a, "Waterworld" Jamesa Newtona-Howarda, czy
"Karmazynowy przypływ" Hansa Zimmera. Ponad tym zacnym gronem zasiada
jednak absolutny król okresu. James Horner oraz dwie jego wielkie ścieżki dźwiękowe
do "Braveheart – waleczne serce" i "Apollo 13". Wtedy też,
Horner napisał muzykę między innymi do animacji "Balto", do
"Jumanji" z Robinem Williamsem, oraz do filmu o przyjacielskim duchu
pod tytułem "Kacper". Tematem tej recenzji jest jednak wydanie promo
"Apollo 13". Film w reżyserii Rona Howarda traktuje o jednym z lotów
programu Apollo, którego celem było lądowanie na Księżycu. Niestety z
powodu awarii, misja nie powiodła się. Przez kilkadziesiąt godzin załoga i
obsługa naziemna robiła wszystko by nie dopuścić do tragedii, a statek
sprowadzić bezpiecznie na Ziemię. Jak przystało na tego reżysera, film jest
bezpieczny w swoich decyzjach, nie ma tu jakichkolwiek niepoprawności, a flaga
amerykańska łopocze w tle. Całkowicie zrezygnowano z politycznej otoczki i
powiązań z aferą Watergate. Niemniej, "Apollo 13" to przykład
sprawnego reżyserskiego rzemiosła, świetnej gry aktorskiej i fenomenalnych
efektów specjalnych, oraz oczywiście przepięknej muzyki.
Jej
charakter określa już otwierający płytę temat główny. Jest stonowana,
miejscami melancholijna, ale przede wszystkim patriotyczna, jak i sam film. Środki
zastosowane w partyturze nie wybiegają poza to, do czego nas Horner już zdążył
przyzwyczaić: subtelny chór, orkiestra z małą pomocą elektroniki,
tradycyjnie tajemniczy wokal Annie Lennox, oraz solówki na trąbkę Tima
Morrisona. To właśnie te ostatnie dwa elementy dodają wydaniu najwięcej
smaku. Partie wykonywane przez piosenkarkę niestety nie są zbyt częste. Tak
naprawdę to pojawiają się jedynie w... dwóch
utworach (sic!): "End credits" oraz świetnym "Dark side of the
Moon". Jej głos jest niesamowity, potrafi uspokoić, ale i...
zaniepokoić, wprowadzić niesamowite uczucie zawieszenia, niemal mistyczne. Aż
chciałoby się częściej posłuchać efektów jej pracy z kompozytorami muzyki
filmowej. Trąbka Morrisona już tak nie czaruje, ale wprowadza odrobinę świeżości
zawsze tam, gdzie akurat jest to potrzebne – niesamowitym wyczuciem wykazał
się tutaj Horner. Najbardziej zapada w pamięć w najlepszym utworze na płycie
i zdecydowanie moim faworycie w całej twórczości tego artysty. Chodzi oczywiście
o ponad 10-minutowy kolos, jakim jest "All systems go / The launch".
Ten utwór można słuchać w nieskończoność. Ilustruje oczekiwanie na start,
odpalenie rakiet oraz wyjście z atmosfery Ziemi na orbitę. Odtwarzając go można
zamknąć oczy i wyobrazić sobie dokładnie to, co zaserwował nam film.
Prawda, dawka patosu może w tym momencie przyprawić o zawrót głowy, ale jeśli
ktoś nie ma uczulenia, może się załapać na kawałek niezwykłej muzyki.
Horner bawi się najróżniejszymi motywami i technikami. Korzysta z nie
nachalnych syntezatorów oraz chłopięcego chóru, które podkreślają
wojskowe bębenki i sekcja smyczkowa. Całość utrzymana jest w bardzo epickim
stylu, z elementami znanymi z innych produkcji sci-fi i z nieco militarystycznym
tłem, podkreślającym wyniosłą, amerykańską wymowę.
Ważną
rolę w tej ścieżce dźwiękowej odgrywa rasowy underscore. Ten kompozytor
zawsze budował napięcie w taki sam sposób, łatwo tu więc o nawiązania do
chociażby "Raportu pelikana" - wytrawniejsze ucho może mieć problem
z akceptacją braku oryginalności. Z drugiej jednak strony zarówno na płycie,
jak i w filmie, sprawdza się ten zabieg wyśmienicie. Subtelne smyczki i cicha
perkusja: to musi się podobać. Najlepszym przykładem są agresywny "Carbon
Dioxide", "The Darkside of the Moon", oraz "Into the
LEM" ze skromnym tematem akcji. Najjaśniejszą gwiazdą action score'u na
płycie jest zdecydowanie "Master Alarm". Kapitalnie zgrane poszarpane
wejścia fortepianu z szybkimi werblami i smyczkami w tle. Najważniejsza jest
jednak sekcja dęta na pierwszym planie, która podkreśla już i tak
dramatyczne i dynamiczne tło. Niesamowita rytmika i aż trudno nie wspomnieć o
Goldsmithie – który zdaje się nakręcać ten temat. Ale nie under-, ani
action score są tu najważniejsze, choć niewątpliwie stanowią bardzo znaczące
elementy. Podstawą wielkości tej płyty jest bogata linia melodyczna, harmonia
i wyczucie kompozytora. Gdy "Braveheart – waleczne serce" obfitował
w najróżniejsze tematy i ich aranżacje, "Apollo 13" jest znacznie
skromniejszy, subtelniejszy, a przy tym nie tak żałośnie rozklekotany w
swoich melodramatycznych szarżach, jak to zwykle u Hornera bywa.
Oprócz
wydania promo, istnieje jeszcze oficjalne, zubożone do trochę ponad pół
godziny score'u, do którego dodano piosenki z tamtych czasów. Co ciekawe, w
zestawieniu, oba wypadają bardzo równo – na wysokim poziomie. Wydanie z
piosenkami nie znudzi osób, które z muzyką filmową za bardzo nie mają do
czynienia, piosenki zostały umiejętnie dobrane, nie są to jakieś popowe
gnioty, tylko oddające ducha lat 70' przeboje, które świetnie się słucha
także dziś. Promo wzbogacono między innymi o spokojną aranżację tematu głównego,
"Lunar Dreams", oraz trzeci po "All systems go / The launch"
i "Master Alarm" najlepszy utwór soundtracku, "Four More Amps".
Utwór kapitalnie wprowadza nas w swój temat. Ujawnia po każdym akcie, co raz
to nowy smyczkowy akcent, później trąby, aż wreszcie werble i dzwony, które
ostatecznie układają się w temat ilustrujący pracę nad zdobyciem
potrzebnych do przeżycia załogi amperów jednego z głównych bohaterów.
Cudo!
Autor recenzji:
Jakub Kośla
|
 |
01.
|
Main Title
|
|

|
02.
|
Lunar Dreams
|
|

|
03.
|
All Systems Go / The Launch
|
|

|
04.
|
Docking
|
|

|
05.
|
Master Alarm
|
|

|
06.
|
Into The L.E.M.
|
|

|
07.
|
The Dark Side of the Moon
|
|

|
08.
|
Carbon Dioxide
|
|

|
09.
|
LManual Burn
|
|

|
10.
|
Four More Amps
|
|

|
11.
|
Re-Entry & Splashdown
|
|

|
12.
|
End Credits
|
|