|
Piękno
tkwi w prostocie – to prawda, której jestem wyznawcą od bardzo dawna. Już
sam Picasso w swoich obrazach starał się udowodnić, że to właśnie prostota
jest największą sztuką. Za pomocą skromnych środków, kanciastych kształtów
i oszczędności barw w niezwykły sposób pobudzał on wyobraźnię widza.
Podobny zabieg można również spotkać w muzyce, także tej filmowej.
Kompozytorzy często stosując skromne instrumentarium i proste harmonie,
potrafią działać cuda i to właśnie takiego małego cudu w filmie "K-PAX"
dokonał Edward Shearmur.
Nie
będę ukrywał, że sam film należy do moich ulubionych. To naprawdę niezwykła
historia pewnego... osobnika, który utrzymuje, że ma na imię Prot i pochodzi
z planety K-PAX. Jako że taka tożsamość nie wydaje się nikomu wiarygodna
trafia on do szpitala psychiatrycznego pod opiekę doktora Marka Powella. Lekarz
bada Prota, a równocześnie próbuje udowodnić, że K-PAX nie istnieje i jest
tylko wytworem chorego umysłu jego pacjenta. Jednak po dłuższej obserwacji i
za sprawą serii dziwnych wypadków zaczyna nabierać coraz więcej wątpliwości...
Niezwykły
klimat tego filmu jest w ogromnej mierze zasługą muzyki Edwarda Shearmura. Ten
młody kompozytor stworzył tutaj muzykę niezwykle świeżą i chwytającą za
serce a jednocześnie banalnie prostą. Wykorzystując niemal wyłącznie
elektroniczne sample, fortepian i smyczki udało mu się wykreować muzykę
bardzo emocjonalną i poruszającą. Oczywiście taki dobór środków wyrazu
nie jest niczym oryginalnym, ani nowym. Mimo to pojawienie się właśnie takiej
muzyki w filmie, który można spokojnie nazwać dramatem jest pewną nową jakością.
To właśnie dzięki tym syntetycznym dźwiękom w obraz wkrada się poczucie
niesamowitości. Sama fabuła filmu i nasza logika podpowiada nam, że Prot
wcale nie jest żadnym kosmitą. W tej myśli utwierdza nas także dochodzenie
dr Powella, który przedstawia dowody choroby swojego pacjenta. Jednak bardzo
tajemnicza, ale jednocześnie lekka muzyka, sugeruje coś zupełnie innego.
Sprawia ona, że pewne zachowania Prota i związane z nim wydarzenia nabierają
swoistej magii.
Mimo
że jest to muzyka bardzo świeża, lekka i doskonale pasująca do filmu, to
niewiele jest w niej prawdziwej oryginalności. Mnóstwo tutaj nawiązań chociażby
do twórczości Thomasa Newmana. Pojawiający się w niemal każdym utworze
rozległy dźwięk fortepianu doskonale przywodzi na myśl takie ścieżki dźwiękowe
jak "American Beauty" czy "Skazanych na Shawshank". Poza tym
Shearmur zdaje się inspirować także innymi rozwiązaniami Newmana, które stały
się wyznacznikiem stylu tego kompozytora. Mam tutaj na myśli między innymi słynne
motywy rytmiczne – krótkie, trudne do zidentyfikowania i szybkie dźwięki,
tworzące coś na kształt bardzo rytmicznego kolażu różnych harmonii.
Doskonale jest to zauważalne w takich kompozycjach jak chociażby "Prot
Missing". Z kolei częste wykorzystanie marimby (a raczej sampli imitujących
ten instrument) bardzo przypomina niedawne dzieło Stephena Warbecka
- "Dowód".
Jednak
trudno też nie zauważyć, że Edward Shearmur w ramach pewnych ograniczeń,
jakie sam sobie narzucił, znalazł sporo genialnych rozwiązań. Decydując się
na pracę niemal wyłącznie na elektronicznych samplach narażał się na
ryzyko zbanalizowania dramatycznego podłoża filmu. Wszystkie te przyjemne i
magicznie melodyjki, które pojawiają się na początku płyty, ulegają jednak
w pewnym momencie stonowaniu. Całość zaczyna być bardziej mroczna i spokojna
a jednocześnie dramatyczna. Tą dramatyczną głębię Edward Shearmur osiągnął
błyskotliwie wprowadzając głos Melissy Kaplan między innymi w utworze
"Sarah". Jednym z najciekawszych i chyba najlepszych pomysłów
kompozytora było także połączenie w jednej melodii dźwięku fortepianu i
skrzypiec. Mogłoby się wydawać, że jest to zabieg banalny jednak słuchając
końcówki utworu "New Mexico" łatwo przekonać się o jego geniuszu.
Warto
wspomnieć też o kilku bardziej dynamicznych i przez to wyrazistych
kompozycjach. Zarówno "Grand Central" jak i "Taxi Ride" mają
nieco popowy wydźwięk. Znajdziemy tutaj wyraźny rytm, mnóstwo
elektronicznych szmerów i oczywiście fortepian. To właśnie te dwie
kompozycje najbardziej rzucają się w uszy podczas oglądania filmu. Nieco
odstają one też od charakteru reszty tej ścieżki dźwiękowej. W sytuacji
gdzie większość kompozycji cechuje skromność, tutaj otrzymujemy wręcz
przesyt, różnych elektronicznych dźwięków i beatów. Mimo to absolutnie nie
dyskredytuje to tych kompozycji, które nadal zachowują pewną świeżość i
łatwo wpadają w ucho.
Edward
Shearmur jest bez wątpienia jednym z najbardziej obiecujących kompozytorów w
Hollywood. Co prawda po świetnym "K-PAX" nie stworzył żadnej ścieżki
dźwiękowej, która wywołałaby takie poruszenie (jak chociażby "Klucz
do koszmaru") jednak przyszłość nadal stoi przed nim otworem.
Wybierając taką a nie inną koncepcję muzyki do "K-PAX" postąpił
dość ryzykownie. Trudno, bowiem ukazać ludzki dramat i związane z tym emocje
za pomocą syntetycznych dźwięków. Ostatecznie jednak Shearmur wyszedł tego
obronną ręką, tworząc jedną z najciekawszych i najlepszych ścieżek dźwiękowych
2001 roku. Jej głębia za zarazem niezwykła lekkość sprawiają, że za każdym
razem, kiedy wracam do tej płyty, to robię to z wielką przyjemnością. Tym
samym nie widzę powodów, dla których nie miałbym polecić tego albumu, więc...
serdecznie polecam!
Autor recenzji: Łukasz Waligórski
|
 |
01.
|
Grand
Central
|
|

|
02.
|
Good
Morning Bliss
|
|

|
03.
|
Taxi Ride
|
|

|
04.
|
Constellation
Lyra
|
|

|
05.
|
Blue Bird
|
|

|
06.
|
4th Of July
|
|

|
07.
|
Prot Missing
|
|

|
08.
|
Sarah
|
|

|
09.
|
New Mexico
|
|

|
10.
|
Powell's
Return
|
|

|
11.
|
July 27th
|
|

|
12.
|
Coda
|
|