|
Zwykło
się mówić że "co dwie głowy to nie jedna" i trudno się
z tym nie zgodzić. Siła połączonych umysłów potrafi zdziałać
naprawdę wiele. Niestety jeśli chodzi o muzykę filmową, to jakoś
nie zawsze ta reguła wydaje się poprawna. Kiedy przypomnieć sobie
wspólne wysiłki Briana Tylera i Klausa Badelta przy "Constantine"
czy Hansa Zimmera i Jamesa Newtona Howarda przy "Batman:
Początek", to w końcu żadne arcydzieła nie miały
miejsca. Jest jednak taka ścieżka dźwiękowa, która zdaje się
jednak tę słynną regułę potwierdzać – chociaż może nie do
końca...
"Ostatni
Mohikanin", bo o tej muzyce mowa, został przez wielu obwołany
absolutnym arcydziełem. Jego popularność ciągle mnie zdumiewa i
zaskakuje, bo - od razu to zaznaczę - nic nieziemskiego i
nadzwyczajnego w nim nie słyszę. A mimo to niemal za każdym razem
kiedy nowo poznanym osobom przedstawiam się jako miłośnik muzyki
filmowej, jestem pytany o to czy mam muzykę z "Ostatniego
Mohikanina" i czy mogę ją pożyczyć. Zdumiewające. Przesłuchałem
tę ścieżkę dźwiękową dziesiątki razy i nigdy nie dałem się
porwać tym podniosłym tematom, lirycznym melodiom i idei współpracy
dwóch niezwykle utalentowanych kompozytorów... może dlatego że
taka współpraca nigdy nie miała miejsca?
I
to jest właśnie ten haczyk, który nie pozwala mi zakwalifikować
"Ostatniego Mohikanina", do reguły "co dwie głowy
to nie jedna". Tak się bowiem składa, że chociaż autorami
całej ścieżki dźwiękowej są Trevor Jones i Randy Edelman, żaden
ze znajdujących się tutaj utworów nie został skomponowany wspólnymi
siłami. Mimo że teorii na temat zatrudnienia dwóch kompozytorów
przy tym filmie jest wiele, to niezaprzeczalnym pozostaje fakt braku
kooperacji między oboma twórcami. Podobno jako pierwszy muzykę
napisał Trevor Jones, który z projektem pożegnał się z powodu różnic
natury artystycznej między nim a reżyserem – Michaelem Mannem.
Wtedy zatrudniono Randy’ego Edelmana, który otrzymał zadanie
niejako dokończenia pracy Jonesa. W praktyce oznaczało to
dokomponowanie muzyki do kilku scen, które prawdopodobnie uległy
zmianie i których muzycznie nie chciał już przerabiać poprzedni
kompozytor. Efektem takiej roszady jest pewne zróżnicowanie ścieżki
dźwiękowej, bowiem Edelman stworzył swoją muzykę od podstaw,
nie przejmując się tym co skomponował wcześniej Jones i
kompletnie do tego nie nawiązując. W filmie jest to mniej zauważalne
niż na płycie, którą zwyczajnie podzielono na dwie części...
Pierwszą
część stanowią kompozycje Trevora Jonesa, których jest tutaj
dziewięć. Jest to główny materiał tematyczny pojawiający się
na ścieżce dźwiękowej filmu. Kompozytor stworzył tutaj
niezwykle chwytliwy i prosty temat, który przerabia w kolejnych
kompozycjach na wszystkie sposoby i wychodzi mu to bardzo dobrze.
Dominują głównie bardzo dynamiczne i podniosłe klimaty. Poszczególne
utwory mają podobną strukturę polegającą na dokładaniu
kolejnych instrumentów i motywów, co sprawia wrażenie ewolucji.
Każdy utwór zdaje się zmierzać do jakiegoś celu, którym
zazwyczaj są podniosłe fanfary, dające wrażenie katharsis. Tylko
bardzo liryczne "The Kiss" zdaje się unikać tego
schematu ale temat przewodni i tak zostaje w nim po raz kolejny powtórzony.
Muzyka akcji, towarzysząca w filmie scenom walk i pogoni, oparta
jest raczej na standardowych rozwiązaniach, które jednak sprawują
bardzo dobrze. Mamy zatem rytm wybijany przez werble – kojarzące
się z wojskiem i walką – do tego sporo niskich basów potęgujących
nastrój grozy no i piękną melodię, która łatwo zapada w pamięć,
ale i podkreśla motorykę kompozycji. Żeby łatwiej dostrzec te
schematy wystarczy wsłuchać się w "Fort Battle" czy
"Massacre/Canoes".
Nie
brakuje tutaj też pewnych instrumentalnych smaczków, które
wprowadzają nieco egzotyki. Takim elementem jest tutaj ciekawa
sekcja smyczkowa brzmiąca niczym jakaś irlandzka przygrywka.
Powtarzana nieustannie i monotonnie, kojarzy się w dość nietypowy
sposób z minimalizmem. Najistotniejsze jest jednak to, że ten
pojawiający się w "Promentory" motyw,
napędza całą kompozycję. Nadaje jej rytm i sprawia że aż chce
się tupać nogą, nie zwracając nawet uwagi na to że od ponad
czterech minut słucha się tego samego...
Druga
część płyty, to kompozycje Randy’ego Edelmana – kompozytora,
który dostał zadanie wykończenia oprawy muzycznej do
"Ostatniego Mohikanina". Już jego pierwsza kompozycja –
"The Courier" – pokazuje, że z tematem i stylem muzyki
Trevora Jonesa możemy się już pożegnać. Oczywiście nie jest to
jakaś kolosalna zmiana koncepcji, ale zarówno pod względem
instrumentarium jak i melodyki, Edelman poszedł w swoją stronę.
Brakuje już tutaj tego epickiego patosu poprzedniego kompozytora.
"The Courier" oparty jest na bardzo rytmicznej grze gitary
i ładnym temacie, który wygrywany jest przez różne sekcje
orkiestry – słychać nawet akordeon. Jest to zdecydowanie jeden z
najlepszych utworów na płycie, podobnie zresztą jak kolejny
autorstwa Edelmana – "Cora". Piękne i spokojne harmonie
wygrywane przez smyczki tworzą tutaj niezwykle romantyczny temat.
Mimo że pozornie niewiele się tutaj dzieje, to jest to najbardziej
emocjonująca kompozycja na płycie.
Od
tego momentu kończy się jednak wysoki poziom krążka. Kolejne
utwory Edelmana to już tylko bezbarwne i męczące tło, mające
niewiele do przekazania. Panuje tutaj wyłącznie klimat napięcia i
swego rodzaju niepewności. Poczucie grozy budują niskie
elektroniczne dźwięki, które przewijają się tutaj nieustannie
wprowadzając sporo mroku. Gdzieniegdzie pojawia się jakiś
bardziej wyrazisty dźwięk czy wybuch ("Pieces Of A
Story"), ale nie są one w stanie niczym zaimponować.
Jak
już wspominałem muzyka z "Ostatniego Mohikanina" obrosła
wręcz legendą. Wśród osób słuchających muzyki filmowej
okazjonalnie cieszy się sporą popularnością i niekiedy nawet
mianem arcydzieła. Jak dla mnie ta płyta nim nie
jest. Być może wiele osób oburzy się czytając takie
stwierdzenie, ale takie są moje prawdziwe odczucia względem tego
krążka. Jest to bardzo poprawna kompozycja oparta na kilku
schematach, które są tu realizowane ze sporym powodzeniem. Przez
połowę płyty jest nam serwowany zaledwie jeden - chociaż bardzo
dobry - temat, który różni się tylko aranżacjami i kontekstem.
Epatuje z niego epicka podniosłość i pewien liryzm, bardzo dobrze
obrazujący dramatyczną historię tytułowego "Ostatniego
Mohikanina". Z kolei końcówka płyty to niestety typowy
underscore, stanowiący jedynie nic nie znaczące wypełnienie
albumu, której nie ratuje nawet ładna, choć stanowczo za krótka
piosenka Clannadu. I mimo że Randy Edelman nie popisał się tutaj,
to najlepsze kompozycje na płycie, należą właśnie do niego. To
właśnie "The Courier" i "Cora" słucha się
tutaj najprzyjemniej. Można by dziesiątkami przytaczać ścieżki
dźwiękowe, zbudowane na podobnej zasadzie jednego tematu i różnych
jego wariacji, które prezentują o wiele wyższy poziom zarówno
techniczny jak i wykonania. Jednak "Ostatni Mohikanin" to
muzyka, która z pewnością nie zawiedzie tych, którzy w muzyce
filmowej poszukują mieszanki muzyki popularnej i klasycznej czy
elektronicznej i symfonicznej. To klasyk, który wypada znać.
Autor recenzji: Łukasz Waligórski
|
 |
01.
|
Main Title
|
|

|
02.
|
Elk Hunt
|
|

|
03.
|
The Kiss
|
|

|
04.
|
The Glade Part II
|
|

|
05.
|
Fort Battle
|
|

|
06.
|
Promentory
|
|

|
07.
|
Munro's Office/Stockade
|
|

|
08.
|
Massacre/Canoes
|
|

|
09.
|
Top Of The World
|
|

|
10.
|
The Courier
|
|

|
11.
|
Cora
|
|

|
12.
|
River Walk And Discovery
|
|

|
13.
|
Parlay
|
|

|
14.
|
The British Arrival
|
|

|
15.
|
Pieces Of A Story
|
|

|
16.
|
I Will Find You - Clannad
|
|