|
Mimo
że muzyka filmowa jest moją pasją to nie wyobrażam sobie
unikania kontaktu z innymi gatunkami muzycznymi. Zresztą samo
obcowanie ze ścieżkami dźwiękowymi wymusza na słuchaczu
wytworzenie bardzo eklektycznego gustu. Muzyka filmowa jest zawsze
ściśle związana z filmem, a ten może przecież podejmować najróżniejsze
tematy. Może opowiadać romantyczne historie sprzed wieków,
dramatyczne z teraźniejszości, ale i śmieszne z przyszłości..
Muzyka niczym kameleon upodabnia się do realiów filmu, jednocześnie
intensyfikując jego odbiór. Wszystko to sprawia, że pod pojęciem
muzyki filmowej kryje się każdy gatunek muzyczny, który jest w
stanie zadziałać w odpowiednim filmie – od klasyki, przez jazz,
country aż po techno. Tym samym człowiek mówiący, że pasjonuje
się muzyką filmową, tak naprawdę interesuje się muzyką całego
świata, akceptując tylko jeden możliwy podział – na muzykę
dobrą i złą. W moim mniemaniu do tej pierwszej bez wątpienia
należy twórczość pewnego angielskiego piosenkarza - Gordona
Matthew Sumnera - znanego pod pseudonimem Sting.
Przygoda
Stinga z muzyką filmową jest niemal tak długa jak cała jego
kariera. Nie mam tutaj na myśli muzyki instrumentalnej, ale oczywiście
piosenki. Artysta ten jako posiadacz niezwykłego głosu, charyzmy i
ogromnego talentu wielokrotnie komponował lub tylko wykonywał
piosenki filmowe. Jedną z najsłynniejszych pozostaje bez wątpienia
"Shape Of My Heart" pojawiająca się na końcu filmu
"Leon zawodowiec". Ale nie można też zapominać o "It’s
Propably Me" z "Zabójczej
Broni 3" czy "All For Love" zdobiącej
"Trzech Muszkieterów". Jednak w roku 1995 Sting otrzymał
po raz pierwszy propozycję skomponowania całej ścieżki dźwiękowej
do filmu. Obrazem tym miał być dokument pod tytułem "The
Living Sea". Był to projekt o tyle niezwykły, że miał być
jednym z pierwszych pokazywanych w trójwymiarowym kinie IMAX. Obraz
ten miał ukazywać życie pod powierzchnią morskiej wody i piękno
podwodnego świata.
Na
ścieżce dźwiękowej oficjalnie skomponowanej przez Stinga znalazły
się przede wszystkim odświeżone i przearanżowane hity jego
autorstwa. Tym samym znajdziemy tutaj takie piosenki jak "Fragile",
"Why Should I Cry for You?", "Mad About You" czy
w końcu "One World". Nie mogło zabraknąć także słynnej
instrumentalnej kompozycji Stinga pod tytułem "Saint Agnes and
the Burning Train" - tutaj w oryginale. Prosta gitarowa
melodia, która na płycie "Soul Cages" miała być krótkim
przerywnikiem między piosenkami z czasem stała jedną z
najbardziej rozpoznawalnych kompozycji artysty. Trudno tutaj
dyskutować z jakością piosenek Stinga, które przez niemal cały
świat zostały uznane za niezwykle piękne i zdecydowanie warte
uwagi. Sam jestem miłośnikiem twórczości tego piosenkarza, więc
w zasadzie nie powinienem mieć złej opinii na ich temat... a
jednak.
Wszystko
przez przeróbki, którym te niezwykle piękne piosenki tutaj uległy.
Niemal wszystkie one zostały przearanżowane tak, aby bardziej
wiarygodnie opowiadały historię podwodnego świata. Generalnie nie
ingerowano w same piosenki, a jedynie podorabiano im dłuższe początki
i zakończenia, które niejako wykorzystują, swego rodzaju,
archetyp tego typu kina. Mamy, więc tutaj sporo elektroniki i pogłosu
kojarzącego się z "Wielkim Błękitem" czy
"Atlantis" Erica Serra, ale i delikatne hawajskie klimaty
i instrumentarium, które wprowadzają pewien pierwiastek egzotyki
jak chociażby w "Why Should I Cry For You". Zresztą sposób
wykorzystania tej właśnie kompozycji jest tutaj dość ciekawy.
Przede wszystkim warto zauważyć, że jej tytuł pojawia się na płycie
trzykrotnie – pod numerami 2, 7 i 10. Różnice między tymi
trzema wersjami polegają głównie na ich długości i drobnych
zabiegach instrumentalnych. Poza tym, co wydaje się jeszcze
istotniejsze, tylko w tej pod numerem siódmym pojawia się głos
Stinga. Pozostałe są już wyłącznie instrumentalnymi
kompozycjami, które niestety nie brzmią tak dobrze jak oryginał.
Dość
ciekawe jest też “One World (Not Three)/Love Is the Seventh
Wave", które jest koncertową wersję przeboju Stinga... a dokładnej
dwóch. Tak się bowiem składa, że piosenka "One World"
powstała jeszcze za czasów kiedy Sting był członkiem The Police
i pojawiła się ona na płycie "Ghost In The Machine". Później
w wersji koncertowej połączono ją z inną piosenką artysty –
"Love Is The Seventh Wave" – i zamieszczono na krążku
"Bring On The Night". To właśnie ta wersja pojawia się
też na "The Living Sea". Na tle pozostałych kompozycji
zdecydowanie wyróżnia się ona swoją jakością, która z racji
na wykonanie koncertowe nie jest niestety najlepsza.
Oprócz
wszystkich tych piosenek, które każdy doskonale zna z repertuaru
Stinga, można znaleźć tutaj też kilka zupełnie nowych
kompozycji – napisanych specjalnie do "The Living Sea".
Pierwsza z nich to "Cool Breeze" – lekka, oparta o
fortepian melodia – bardzo spokojna i relaksująca. Także
"Ocean Waltz" został skomponowany przez Stinga specjalnie
do tego filmu. Jak sam tytuł wskazuje jest to walc – bardzo
smutny i nostalgiczny, w którym najważniejszy jest dźwięk gitary
i fortepianu. Cała reszta instrumentarium jest niemal identyczna
jak w "Cool Breeze". Kompozycją o identycznej genezie jak
dwie poprzednie jest "Tides". Jest to także utwór wyłącznie
instrumentalny, w którym pojawiają się identyczne instrumenty –
fortepian gitara, perkusja i mnóstwo elektroniki.
A
na sam koniec, jeszcze kilka słów o dwóch kompozycjach, które
pojawiają się na tym albumie, ale nie są autorstwa Stinga. Zarówno
"Arrival" jak i "Jellyfish Lake" zostały
skomponowane przez niejakiego Steve’a Wooda – pomysłodawcę,
producenta i jednego z muzyków grających na "The Living
Sea". Wood jako specjalista od instrumentów elektronicznych
wspólnie ze Stingiem zajął się przearanżowaniem jego kompozycji
i przy okazji skomponował dwa krótkie i niezwykle sympatyczne
utwory.
Jeśli
chodzi o całą płytę to zdecydowanie jest ona czymś wyjątkowym
w świecie muzyki filmowej. Przede wszystkim samo zaangażowanie
takiej postaci jak Sting, do komponowania ścieżki dźwiękowej
wydaje się bardzo intrygujące. Jednak efekt tego nie jest jakoś
szczególnie powalający. Bardzo lubię piosenki tego artysty,
jednak ich nowe aranżacje jakoś nie do końca przypadły mi do
gustu. Niektóre z nich po dodaniu tych wszystkich wstępów i zakończeń,
wydają się zbyt rozciągnięte i nieco nużące. Z kolei muzyka
instrumentalna, okazuje się trochę monotonna i bezcelowa. Są to
takie przyjemne, ale niekoniecznie chwytliwe melodie, także pod
względem instrumentalnym prezentujące się dość ubogo. Niemniej
panuje tutaj klimat, któremu trudno się oprzeć - są tu naprawdę
świetne i chwytające za serce momenty, jednak to nieco za mało...
Dlatego ostatecznie mogę polecić tę płytę tylko zatwardziałym
miłośnikom talentu Stinga. Ten album to jedna z licznych
ciekawostek świata muzyki filmowej, która jednak niczego szczególnego
do niego nie wnosi.
Autor recenzji: Łukasz Waligórski
|
 |
01.
|
Fragile
|
|

|
02.
|
Why Should I Cry for You?
|
|

|
03.
|
Cool Breeze
|
|

|
04.
|
Mad About You
|
|

|
05.
|
Ocean Waltz
|
|

|
06.
|
One World (Not Three) /Love Is
the Seventh Wave
|
|

|
07.
|
Why Should I Cry for You?
|
|

|
08.
|
Saint Agnes and the Burning
Train
|
|

|
09.
|
Tides
|
|

|
10.
|
Why Should I Cry for You?
|
|

|
11.
|
Arrival - Steve
Wood
|
|

|
12.
|
Jellyfish Lake - Steve
Wood
|
|

|
13.
|
Fragile (reprise)
|
|