|
Vangelisa
nie trzeba chyba przedstawiać żadnemu fanowi muzyki filmowej, a i pośród osób
nie zorientowanych w temacie ten pseudonim (artysta naprawdę nazywa się
Evangelos Odysseus Papathanassiou) w wielu wypadkach nie jest obcy. Pochodzący
z Grecji kompozytor tworzy bowiem nie tylko na potrzeby filmów, ale wydaje również
solowe albumy, a w przypadku "Wyprawy do raju" niejako połączył te
dwa elementy swojej twórczości zmieniając sporo w muzyce z
filmu Ridleya Scotta, na rzecz słuchalności albumu. Jeśliby męczyć bardziej
dogłębnie przypadkiem zaczepionego przechodnia w temacie Vangelisa, myślę,
że co trzeci zapytany o najbardziej znane mu dzieło Greka, wymieniłby właśnie
"1492: Conquest of Paradise". Pozostałe dwie osoby powiedziałyby:
"Blade Runner", albo "Rydwany Ognia". A nawet jeśli ktoś
stwierdziłby, że pierwsze słyszy o takim człowieku, to z pewnością gdyby
dać mu do osłuchania motyw "Conquest of Paradise", powiedziałby:
"Aaa, jasne, że znam to!".
Racją
jest, że muzyka z filmu o Krzysztofie Kolumbie należy do najpopularniejszych
osiągnięć artysty. Co więcej, śmiało można powiedzieć, że jest to jedna
z najpopularniejszych partytur filmowych w całej historii. Po dziś dzień płytę
bez większego problemu można znaleźć w sklepie, a i w radiu od czasu do
czasu da się usłyszeć najbardziej rozpoznawalny z całej płyty motyw "Conquest
of Paradise". To głównie za sprawą tej właśnie ścieżki cały album
odniósł ogromny komercyjny sukces, a samemu Vangelisowi przyniósł nominację
do Złotego Globu... aż i tylko.
Podobno
pierwotnie muzykę do "Wyprawy do raju" napisać miał nie kto inny
jak Hans Zimmer, który wcześniej współpracował ze Scottem przy
"Czarnym Deszczu" i "Thelma i Louise". Ostatecznie jednak
wybór padł właśnie na Vangelisa, dla którego też nie była to pierwsza współpraca
z reżyserem, dla którego stworzył wcześniej słynnego "Blade Runnera".
Ciężko ocenić, czy stało się dobrze nie znając materiału Niemca
(album Zimmera krąży podobno gdzieś w sieci p2p), ale śmiem twierdzić, było
to bardzo fortunne zrządzenie losu, ponieważ soundtrack Greka jest, krótko mówiąc,
wyśmienity!
Styl
Vangelisa, a więc bogate korzystanie z elektroniki, pasuje bardziej do kina
science-ficion pokoju właśnie "Blade Runnera", niż epickiego filmu
historycznego, jakim jest obraz o odkryciu Nowej Ziemi. Można więc powiedzieć,
ze Scott wiele ryzykował powierzając napisanie muzyki właśnie jemu. Tym większa
moja wiara w to, że do tej decyzji przyczyniły się jakieś siły wyższe. Na
albumie dostajemy bowiem wyśmienicie skompilowaną porcję niezwykle
klimatycznej muzyki. Kompozytor nie zaufał jedynie samej elektronice, ale wplótł
w swoje dzieło instrumenty symfoniczne i sporo partii chóralnych i wokaliz, które
nadają całości bardziej epickiego tonu. W efekcie otrzymujemy płytę
niepowtarzalną, w której znajdujemy doskonałą symbiozę "starego z
nowym". Łącząc ze sobą dwa odmienne muzyczne światy Vangelis znalazł
złoty środek, dzięki czemu po latach od jej powstania, muzyka ta w żadnej
mierze nie brzmi staroświecko czy tandetnie, ale nadal pobudza wyobraźnię i
zachwyca bogactwem tematów. Pokusić się można o stwierdzenie, że muzyka ta
przerasta wręcz (jakby nie patrzeć świetny) film, a już na pewno to głównie
ona czyni go wartym uwagi i zapadającym w pamięć.
Ciężko
byłoby tu pisać osobno o każdym utworze, gdyż album jest wydany tak jakby był
jedną całością, pomiędzy poszczególnymi utworami nie mamy żadnych odstępów.
Chociaż oczywiście na pierwszy plan wysuwa się fenomenalny, wielokrotnie już
wspomniany przeze mnie temat "Conquest of Paradise", to nie można nie
wspomnieć o innych pięknych tematach, chociażby "Monastery Of La Rabida",
czy "City of Isabel". Praktycznie każdy utwór zwraca sobą uwagę,
więc równie dobrze mógłbym po prostu przekopiować tutaj całą track listę,
tylko po co? Tego po prostu trzeba posłuchać "od deski do deski".
Wracając jeszcze na chwilę do "Conquest of Paradise" - ten chór zna
chyba każdy, ale może nie każdy wie, że jest on wyśpiewany w wymyślonym języku
składającym się z improwizowanych wyrazów i sylab, które po prostu dobrze
ze sobą brzmią. To tak na marginesie, żeby pomóc w uniknięciu tracenia
czasu na wsłuchiwanie się w tekst w poszukiwaniu konkretnych treści, co sam długo
robiłem;)
Trzeba
przyznać, że wszystkie tematy mają tu dość prostą budowę, co świadczy
chyba jedynie o geniuszu Vangelisa, który w tak nieskomplikowanej formie
potrafi przekazać piękną, naładowaną emocjami treść. Jeśli chodzi o
emocje to towarzyszą nam przez cały czas – od uniesienia, poprzez zadumę i
niepewność, aż do nostalgii przy końcu. Jeśli już o końcu mowa, to muszę
wspomnieć o maleńkim minusie tej kompozycji, jakim jest nieco zbyt rozwlekły
"Pinta, Nina, Santa Maria (Into Eternity)". Nie psuje to jakoś
specjalnie odbioru płyty, ale w senny dzień może się zdarzyć, ze nie
dobijemy z Kolumbem do brzegu, mimowolnie ucinając sobie drzemkę. Swoją drogą
są trzy rzeczy, które polecam robić przy tej muzyce. Po pierwsze pykać w miłym
towarzystwie fajkę wodną, po drugie rozkoszować się wonią kadzidełek i
zajadać owoce egzotyczne (wprost z Nowej Ziemi, a jakże!), i po trzecie leżeć
bykiem rozkoszując się leniwą drzemką właśnie;).
Vangelisowi
udało się, przy pomocy nietypowych technik kompozytorskich dla tego rodzaju
kina, stworzyć muzykę, która doskonale radzi sobie w obrazie
przygodowo-historycznym. A na dodatek artysta nadał tej muzyce niespotykany
rys, po prostu czuje się, że włożył w swe dzieło kawałek własnej duszy.
Dzięki temu kompozycja ta urzeka swoją oryginalnością i kolorytem, pobudza
zmysły wspaniałym klimatem i co chyba najważniejsze – nigdy się nie nudzi,
a wręcz przeciwnie – pozostaje na długo w pamięci, często domagając się
ponownego odsłuchania. Z całą pewnością jest to jedno z tych nieśmiertelnych
dzieł, które przetrwają w ludzkiej pamięci przez wiele, wiele lat. Pozycja
obowiązkowa dla każdego miłośnika muzyki filmowej.
P.S.1:
Jeśli kogoś nie satysfakcjonuje oficjalny album, w którym muzyka w dość dużym
stopniu różni się od tej wykorzystanej w filmie, to warto wspomnieć, że
istnieje także bootleg, który zawiera ponad 40 utworów wzbogaconych o odgłosy
z filmu i trwa około dwóch godzin, prezentując chyba kompletny materiał
napisany przez Vangelisa na potrzeby filmu Scotta.
P.S.2:
Teksty pieśni można znaleźć na stronie: http://www.engelen.demon.nl/1492.htm
Autor
recenzji:
Damian Słowioczek
|