|
Jak
historia filmu długa i szeroka, kino zawsze toczyło batalię z telewizją.
Początki należały oczywiście do tego pierwszego, ale gdy w latach pięćdziesiątych,
odbiorniki telewizyjne w amerykańskich domostwach stały się rzeczą normalną,
dominacja srebrnego nad małym ekranem nie była już tak oczywista. Późniejsze
premiery wielkich, kinowych widowisk, jak chociażby "Ben Hur", na nowo ożywiły
zainteresowanie kinami, co pozwoliło na rodzaj koegzystencji z telewizją.
Nastały późne lata 90’ i początek XXI wieku, kiedy to przemysł kinowy
notuje spadek widzów, a na domiar złego, telewizja wytacza przeciw kinom
wielkie działa. Seriale. Nie mówimy tu jednak o jakichś przeciętnych
sitcomach, czy telenowelach, ale wysokobudżetowych przedsięwzięciach
telewizyjnych jak "LOST – Zagubieni", czy "Battlestar Galactica", lub
złożonych, wielowątkowych dramatach typu "Herosi" albo "4400" właśnie.
Rosnąca ilość fanów pobudza zmysł zysku u szefów kanałów telewizyjnych,
więc robią wszystko by kuć żelazo póki gorące. I tak do naszych sklepów
trafiają wszelkiej maści gadżety, bardziej lub mniej kolekcjonerskie wydania
DVD, ich reedycje itd., oraz... ścieżki dźwiękowe.
Jednym
z ostatnich wydań serialowych soundtracków jest "The 4400". Jest to opowieść
o ludziach, którzy lata temu zaginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, by
teraz powrócić. Okazuje się, że zostali oni uprowadzeni przez... kosmitów.
Władze, obawiając się reakcji społeczeństwa na to niesamowite wydarzenie,
postanowiły poddać wszystkich 4400 porwanych szczegółowym obserwacjom. Jako
że nie wykazały one nic nadzwyczajnego, wszystkich wypuszczono i pozwolono
odzyskać niegdyś utracone życie. Nikt jednak nie przewidywał tego co wtedy
się stanie. Ludzie ci bowiem zaczynają objawiać nadprzyrodzone umiejętności,
jak czytanie w przyszłości, niszczenie cudzych domostw, czy uzdrawianie. Nie
byłoby to takie złe, gdyby wykorzystywali je w zacnych celach. Niestety, niektórym
nie w głowie czynienie dobra. Pojawia się więc pytanie, czy uprowadzeni nie
stanowią zbyt dużego zagrożenia dla ludzkości. Tym bardziej, że zaczynają
zwalczać siebie nawzajem.
Album
z "4400" to kompilacja dwunastu kawałków; jedenastu piosenek i jednego
utworu instrumentalnego. To profesjonalnie dobrany zestaw, świetnie sprawdzający
się w połączeniu z obrazem i ładnie współgrający ze sobą. Ani razu odsłuchując
tą płytę, nie ma się wrażenia, że ten, czy tamten element nie pasuje do
reszty układanki. Nie ma jednak ponad to z czego się cieszyć. Pozycje są
ograne, świetnie znane i zwyczajnie... nudne. To po prostu nic nowego, takie
muzyczne deja vu, choć z pewnością nie znacie wszystkich pozycji. Wystarczy,
że znacie podobne brzmienia, inne propozycje danego zespołu itd. Do diaska,
wystarczy że radia słuchacie raz na tydzień. Nijak to się ma do tajemniczej
przecież historii, pełnej znaków zapytania, zagadek i niespodzianek. W zamian
mamy popowo-softrockową składankę bez specjalnego wyrazu i kolorytu. Nadaje
się na prezent dla zagorzałego fana serialu, albo kogoś kto lubi muzyczne tło
dla codziennych czynności. Taka lekka dla ucha niezobowiązująca muzyczka
rodem z list przebojów.
Na
płycie znalazły się więc hity minionych lat, przy których nadal podryguje
pospólstwo. Ja też, Ty też i Wy także. Maroon 5 wyśpiewuje swoje miłosno-rozterkowe
"She Will Be Loved", Thirteen Senses wpada w ucho "Into the Fire", a Ivy
nuci relaksacyjny refrenik w "Worry About You". W zasadzie najciekawiej robi
się na końcu, gdy do głosu dochodzą ostatnie trzy utwory. W pierwszej
kolejności zaskakuje obecność jednego z najwspanialszych kobiecych głosów
jazzowych lat 40’ i 50’, Billie Holiday ze swoim klasykiem "Cheek to Cheek".
Z kolei następne dwie pozycje to już kompozycje instrumentalne: "Salvation"
Johna Van Tongerena zwraca na siebie uwagę silnym basem i melodią mocno kojarzącą
się z "Nara" E.S. Posthumus z płyty "Unearthed". Najważniejsza w
kontekście serialu i samej ścieżki dźwiękowej wydaje się być temat główny,
czyli czołówka. Otwiera i zamyka on soundtrack w dwóch różnych wersjach:
wokalnej i instrumentalnej. Niby intryguje, ale odkąd ją usłyszałem, raczej
zastawiam się, gdzie kiedy ja to już słyszałem, niż rozpływam się nad
melodią i jej brzmieniem.
Pozostaje
pytanie, czy warto wydać dniówkę na płytę, która specjalnie nic nie
wniesie do życia przeciętnego słuchacza? Jeśli nie masz radia, albo MTV
tudzież VIVA'y, a lubisz gdy czasami pogrywa Ci coś cicho podczas gotowania,
albo sprzątania – to jak najbardziej. W innym razie – nie bardzo.
Autor
recenzji:
Jakub
Kośla
|