|
To czego
kompozytorzy muzyki filmowej boją się chyba najbardziej, to zaszufladkowanie
do jednego gatunku filmowego. Tworzenie ścieżek dźwiękowych staje się wtedy
jedynie rzemiosłem, pozbawionym jakichkolwiek wyzwań. Dlatego też każdy
kompozytor stara się dbać o różnorodność swoich projektów, tak aby pokazać
wszechstronność i ten "zmysł kameleona", pozwalający dostosować
się do każdego gatunku filmowego. Jednym z takich kompozytorów jest David
Arnold, który po serii kilku hałaśliwych ścieżek dźwiękowych do filmów o
Jamesie Bondzie, został zaangażowany do dramatu pod tytułem "Amazing
Grace". Obraz ten opowiada historię XVIII-wiecznego, brytyjskiego działacza
politycznego, Williama Wilberforce’a, który przeszedł do historii jako czołowy
wróg niewolnictwa. Swoją kampanią doprowadził on ostatecznie do
delegalizacji tego zjawiska w skali światowej. Przy okazji film pokazuje
historię powstania jednej z najsłynniejszych pieśni religijnych -
"Amazing Grace" napisanej przez Johna Newtona w roku 1772.
Płyta
z muzyką z "Amazing Grace" zaczyna się fenomenalnie. Delikatne
partie chóralne, nakładając się na siebie, tworzą piękne harmonie, do których
z czasem dołącza fortepian, smyczki i sekcja dęta drewniana. To, dość
spore, odejście Arnolda od dotychczasowego stylu, zwiastuje naprawdę
ciekawe wrażenia. Cała ścieżka dźwiękowa jest oparta właśnie na takim,
dość klasycznym, zestawieniu instrumentów. Nie ma tutaj żadnej elektroniki,
którą Arnold wciskał w niemal wszystkie poprzednie swoje partytury. Wynikająca
z tego różnica w brzmieniu i ładunku emocjonalnym muzyki jest ogromna.
Dominującym
uczuciem podczas słuchania tego krążka jest nostalgia. Kompozytor nieustannie
oscyluje między takimi emocjami jak smutek, nadzieja i lęk. Niewiele jest
tutaj entuzjastycznych i patetycznych wybuchów orkiestry mogących wcisnąć słuchacza
w fotel. Sekcja dęta blaszana pojawia się w zaledwie kilku kompozycjach wyrażających
wzruszającą radość. Nie ma w nich żadnej przesady i pompatyczności, która
przerysowywałaby te emocje. Atmosfera i uczucia, jakie kreuje muzyka Arnolda
wydają się dzięki temu bardzo prawdziwe i słucha się ich z autentycznym
zaangażowaniem.
Mimo
że na ścieżce dźwiękowej Davida Arnolda nie pojawia się melodia z pieśni
"Amazing Grace" to ładnych tematów tu nie brakuje. Na pierwszy plan
wysuwa się oczywiście świetny temat przewodni, ale także cała reszta jest
bardzo melodyjna i przyjemna dla ucha. W pewnym sensie można nawet powiedzieć,
że najnowsze dzieło amerykańskiego kompozytora brzmi bardzo... słowiańsko.
Kilkukrotnie można odnieść wrażenie podobieństw chociażby do starszych
dzieł Jana A.P. Kaczmarka, jak "Trzeci
cud". Mamy tutaj podobne rozwiązania instrumentalne, wysuwające na
pierwszy plan takie instrumenty jak fortepian, klarnet czy flety. Do tego
dochodzą drobne podobieństwa harmoniczne i niezwykle intymna, nostalgiczna
atmosfera, z której tak znany jest polski kompozytor. Niektóre partie
fortepianu ("Devious Plan") mogą skojarzyć
się też z bardziej emocjonalnym materiałem "King
Konga" Jamesa Newtona Howarda. Jednak mimo tego wszystkiego, Arnoldowi
udało się zachować świeżość i unikalność wykluczającą jakiekolwiek
oskarżenia o inspiracje i zapożyczenia. To wyłącznie przypadkowe podobieństwa
zauważane chyba tylko dla nielicznych.
Niestety
całość nie ustrzegła się też wad. Jedną z nich jest monotonia,
niewybaczalna w przypadku płyty. Mimo że muzyka Arnolda jest przyjemna i słucha
się jej naprawdę dobrze, to brakuje w niej jakiegoś punktu zaczepienia –
kompozycji, do których chciałoby się szczególnie często wracać. Podczas
odsłuchu płyty, tak na dobrą sprawę trudno się zorientować, którego utworu
się właśnie słucha. Niemal wszystkie one są bardzo podobne,
ograniczone to takiego samego instrumentarium i klimatu, zlewają się w jedną
całość. Po świetnym wrażeniu jakie robią początkowe kompozycje, później
jest już nieco usypiająco. Jest to o tyle niekorzystne, że prawdziwy urok tej
muzyki można poznać dopiero po kilkukrotnym jej przesłuchaniu, a rzucająca
się na pierwszy rzut ucha monotonia temu nie sprzyja. Mimo to warto się przemóc
i poświęcić temu krążkowi kilka godzin więcej, bowiem "Amazing
Grace" to nie tylko chwalebna pozycja w hałaśliwej filmografii Davida
Arnolda, ale też kawałek, niebanalnej muzyki filmowej, który warto znać.
Autor recenzji: Łukasz Waligórski
|