|
Coś
ostatnio Afryka, jako kontynent drastycznych przemian i burzliwej historii,
cieszy się sporym powodzeniem w świecie filmu. Jeszcze nie tak dawno w kinach
rządzili dramat o wojnie domowej w Ruandzie ("Hotel Ruanda"),
niemiecki i brytyjski romans ("Biała
Masajka" i "Wierny
Ogrodnik"), nagrodzony Oscarem obraz slumsów w RPA ("Tsotsi"),
oraz historia poruszająca sprawę ingerencji Państw Zachodu w sprawy Afryki
("Tłumaczka"). Ten ostatni tytuł pojawi się w recenzji jeszcze
kilka razy, a to ze względu na swoją ścieżkę dźwiękową. Muzykę do filmu
Sydney'a Pollacka skomponował bowiem James Newton Howard, który po roku po raz
kolejny pracował nad projektem związanym z Czarnym Lądem, "Krwawym
diamentem", który jest tematem tej recenzji. "Tłumaczka" wymogła
na kompozytorze wplecenie w partyturę charakterystycznych dla Afryki dźwięków.
Ponieważ jednak większość akcji rozgrywała się w USA, tych akcentów było
raczej niewiele, a gdy już się pojawiały, zagłuszane były niejednokrotnie
przez elektronikę. Miejscami wyjątkowo agresywną. W przypadku filmu Edwarda
Zwicka konieczne było znacznie większe wykorzystanie etnicznych instrumentów
i śpiewów – historia w całości ma miejsce w Sierra Leone podczas wojny
domowej. I efekt jest znacznie lepszy.
Howarda
można aktualnie uznać za jednego z najlepszych kompozytorów swojego pokolenia
i to rzeczywiście słychać. Już poprzednia partytura twórcy, "Kobieta
w błękitnej wodzie" potwierdziła jego status. I chociaż
"Krwawemu diamentowi" daleko do ilustracji filmu Shyamalana, jest to
świetny score, melodyjny, rytmiczny, wymuskany technicznie i tematycznie. Nie mówiąc
już o tym jak dobrze się go słucha. Fakt, że miejscami wyraźnie inspirowany
jest twórczością Zimmera, w szczególności "Helikopterem w ogniu"
czy "Łzami słońca", ale można to śmiało wybaczyć, bo Newton
Howard zwrócił się w stronę Niemca właściwie tylko pisząc muzykę akcji
(poza jednym wyjątkiem). A jeśli już skopiować parę pomysłów, to
najlepiej od mistrza. Tym wyjątkiem jest otwierający soundtrack "Blood
Diamond Titles" z hipnotyzującym śpiewem Youssou N'Doura, który do złudzenia
przypomina fragmenty "Łez słońca", ale bije je na głowę swoją
wysmakowaną harmonią – jestem gotów porównać jej poziom ze wspomnianą
wcześniej "Kobietą...". Dalszy score w tej materii również
zaimponuje. Wprowadzenie w afrykańskie, egzotyczne klimaty uzupełnia
"Crossing The Bridge", już od początku racząc nas miłą dla ucha
melodią wygrywaną przez marimbę a dalej bębny i podkreślające je smyczki
oraz niezbędny flet. Utwór wieńczy zawodzący śpiew zwiastujący jakieś
przykre wydarzenia...
I
rzeczywiście, bo utwór płynnie przechodzi w trzeci track, "Village
Attack". Agresywny, naznaczony mocnym brzmieniem elektrycznych gitar
(kolejne skojarzenie z niemieckim kompozytorem, tym razem "Helikopter w
ogniu"). Howard podobnie jak w "Tłumaczce" przyłożył dużą
wagę do perkusji, której wykorzystanie nadaje muzyce pazura. To o tyle
stosowne, że reżyser nie oszczędzał widzowi brutalności. Szczególnie w
scenach masakr w małych wioskach, gdzie ginęły całe rodziny: ojcowie, matki
i dzieci - ludzie nie angażujący się w konflikt, całkowicie niewinni.
Kompozytor musiał to uchwycić w swojej partyturze, oddając dramatyzm wydarzeń
i zarazem budować napięcie oraz podkreślać tempo sekwencji akcji. Inspirowanie się więc "Helikopterem w ogniu", gdzie podobnie były
przedstawione realia wojny, było bardzo trafne. "Fall of Freetown"
oraz "Diamond Mine Bombed" brzmią więc już zupełnie jakby Zimmer
maczał w nich palce. Żywiołowość, znakomite orkiestracje i to co stanowi o
największym podobieństwie do Niemca – czyli zaskakująca słuchalność.
Muzyka akcji "Krwawego diamentu" jest najzwyczajniej w świecie
doskonale przyswajalna. Rytmiczne uderzenia bębnów wtórujące zmasowanemu
atakowi pełnej orkiestry do której w ostatnim wymienionym utworze dochodzi
jeszcze zawodzący męski głos podkreślający dramatyzm ilustrowanych scen...
To po prostu wpada w ucho i na długo pozostaje w głowie.
| |

|
|
James Newton Howard podczas nagrania "Blood
Diamond"
|
Nie
byłby to jednak James Newton Howard gdyby zabrakło kompozycji stricte
emocjonalnych, tak jak chociażby kultowa już "Tarawa" z "Cedrów
pod śniegiem". Co prawda "Solomon Finds Family" czy
"London" nie dorastają ładunkiem emocjonalnym do wspomnianego tytułu,
ale ich odsłuchanie i tak robi swoje. Oba tematy są jeszcze powtarzane
kilkukrotnie na płycie. Drugi z nich można by określić mianem tematu głównego
łączącego w sobie pewnego rodzaju optymizm ale i melancholię. Wzruszający
chórek podkreśla etniczny wymiar muzyki, a wieńczące utwór bębny wywołują
wcale nie irytujące uczucie wzniosłości. I choć przywodzą na myśl "My
Name Is Lincoln" z "Wyspy",
to biją pracę Jablonsky'ego na głowę, chociażby ze względu na żywą
orkiestrę z krwi i kości a nie bezpłciowe sample. Bardzo spokojny utwór
towarzyszy wątkowi rodzinnemu, ale także miłosnemu, "Maddy & Archer"
odstaje jednak od reszty stylem, bo pozbawiony jest całkowicie elementów
afrykańskich. Do tego, napisany na pianino i skromne smyczki jest przygnębiająco
smutny. Zdecydowanie ciekawiej wypada wspomniane "London", czy "Goodbyes,".
W opozycji do optymizmu i smutku stoi jeszcze przygnębienie jakie kompozytor
buduje w najmroczniejszej kompozycji filmu, "G8 Conference".
Najgorzej
na płycie prezentują się trzy wieńczące ją piosenki. Jak to zwykle bywa w
takich przypadkach, nie bardzo pasują do ścieżki dźwiękowej, a to czy się
podobają, zależy tylko od słuchacza. Pierwszy kawałek to "Ankala"
Sierra Leone's Refugee All Stars. Przyznam szczerze że liczyłem raczej na coś
w rodzaju twórczości zespołu Worldbeaters, którą szeroko wykorzystano w
chyba najlepszym "afrykańskim" soundtracku, czyli w "Duchu i
mroku" Goldsmitha. Zamiast tego mamy jednak lekkostrawną przyśpiewkę, której
towarzyszy gitara. Przedostatnia pozycja soundtracku to coś na kształt afrykańskiego
rapu – dla fanów gatunku. Za to na finał, wydawca zafundował nam średnio
udany mix rapu i metalu. Podobne brzmienia mogliśmy słuchać już we
francuskich filmach akcji, gdzie taki agresywny hip hop robi furorę. Lubię
brzmienie elektrycznej gitary, ale zdecydowanie w innych rękach (np.
Beltrami'ego - "Resident Evil"), a nie podrzędnych hip hopowców.
Niestety, Howard ma pecha do podobnych zestawień jego score'u z niezbyt szczęśliwie
wybranymi kawałkami muzyki popularnej (vide "Kobieta
w błękitnej wodzie", którą wieńczą instrumentalne wybryki
natury). Na szczęście w żadnym razie nie psuje to odbioru "Krwawego
diamentu", który spokojnie zaliczam do ciekawszych tytułów roku.
Przynajmniej w swoim gatunku.
Autor
recenzji:
Jakub
Kośla
|