|
I
stało się! Po trzech latach Bourne zamienił się w filmową trylogię, na co
wszyscy od jakiegoś czasu czekali. Muszę przyznać, że moje oczekiwania względem
"The Ultimatum..." są spore, tym bardziej po rewelacyjnej części drugiej. To samo
zresztą tyczy się muzyki Johna Powella, który po prostu powalił mnie
partyturą do "The Supremacy...".
I o ile na film właśnie dzisiaj wchodzi na ekrany naszych kin, tak
partyturę można było już dostać od dość dawna. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości,
iż sprawdza się ona w filmie bardzo dobrze, więc już dziś mogę wypowiedzieć
się na temat płyty. Tym bardziej, że jest o czym pisać, gdyż odrobinę
zawiodłem się na tej pozycji...
Najpierw jednak suche fakty - płyta zawiera 10 kompozycji i trwa niecałą
godzinę. Co za tym idzie jest więc najdłuższą pozycją trylogii, zawierającą
się w najmniejszej ilości utworów. Niestety ta ilość nie do końca przedkłada
się na jakość. Generalnie obyło się bez większych zmian w stosunku do
poprzedniej części - jest elektronika i powracają stare tematy w nowej
szacie. Powell dorzuca też coś świeżego... Ja jednak celowo zacznę od końca,
czyli od Moby'ego. On także powraca ze znaną piosenką "Extreme
Ways" stawiając tym samym "kropkę nad i" oraz spinając wszystkie trzy
filmy własną muzyczną klamerką. Nie ma wątpliwości, iż utwór ten już
bezpowrotnie kojarzyć mi się będzie z Jasonem Bourne. Tu jednak został on
trochę podrasowany i teraz brzmi nieco inaczej - dla mnie niekoniecznie lepiej,
wolę pierwotną wersję. Z drugiej strony i ta nie jest zła, mimo że jednak trochę
za bardzo elektroniczna. Zdecydowanym plusem tej wersji jest dodanie żeńskiego głosu w
refrenie. Coś za coś w tym wypadku.
Powell także proponuje nam podobne ultimatum, gdyż w jego partyturze również
tracimy jedno na poczet drugiego. To co zyskujemy, to przede wszystkim
fenomenalny motyw Bourne'a w wydaniu zwycięskim. Co ciekawe fanfary te - obecne
głównie w kapitalnym "Jason is Reborn", a także wcześniej w
"Coming Home" - rozpisane są w dużej mierze na skrzypce, a w
dalszej części na elektronikę rzecz jasna. Nie ma tu więc tradycyjnych, w
takich przypadkach, trąbek czy instrumentów dętych (jedynie w tle usłyszeć
można tuby zdaje się). W ogóle fanfary te są troszeczkę na modłę tematu
Johna McClane'a lub też końcówki "The Fugitive" Howarda. We
wszystkich tych przypadkach nie mamy bowiem do czynienia z prawdziwymi
fanfarami, a raczej takimi podkreślającymi jedynie zwycięstwo. Nie do końca
są więc one optymistyczne i ta nutka goryczy, tudzież jakiegoś żalu i
przede wszystkim niepewności (szczególnie w "Die Hard") jest obecna
cały czas, nadając im oryginalnego wydźwięku. I taki właśnie jest według
mnie "Jason is Reborn" - przynosi raczej ulgę, a nie radość ze
zwycięstwa, a jego niepewność oznacza też, że to wcale nie musi być
koniec...
Drugą ciekawą rzeczą jest nadanie tej płycie lekko orientalnego i
egzotycznego klimatu, co Powell zaprezentował nam już po trosze w "Bourne
Supremacy", w temacie "Goa". Rewelacyjny i wgniatający w ziemię
kawałek "Tangiers" (według mnie najlepszy na krążku) jest świetnym
rozwinięciem tego pomysłu. Tym razem (ze względu na miejsce akcji, a więc
Tangier) pachnie Afryką i Bliskim Wschodem, a nie Indiami, jak poprzednio. Słyszymy
więc parę elementów takich jak świetnie wprowadzający w całość flet czy
dzwoneczki w tle. Cała reszta wspomaga się na kapitalnych skrzypcach i
elektronice, które łączą w sobie pomysły z "To The Roof",
"Berlin Foot Chase" i "Bim Bam Smash" z poprzedniej odsłony
filmu. Pomimo wyraźnego chwilami kopiowania jest to jednak bardzo oryginalny
utwór, któremu trudno szczędzić pochwał, bo jest po prostu rewelacyjny. Jeśli
chcecie maksymalnego kopa i akcji, to udajcie się wprost do Tangieru ;).
Niestety cała reszta akcji wypada w kontekście płyty dość średnio. Jestem
przekonany, że sprawdza się ona w filmie. Tu jednakże albo nudzi albo jest za
ciężka albo też, jak w przypadku "Waterloo", zbyt długa i
skomplikowana, przez co przypomina słynne bariery dźwięku z Media Ventures.
Nie przemawia do mnie ani "Assets and Targets", ani "Man Versus
Man", a wspomniane "Waterloo", które trwa ponad 10 minut męczy
mnie w połowie. Mogę zrozumieć, że jest tu momentami nazbyt głośno i
chaotycznie, ale z reguły brakuje jakiejś zachęcającej melodii i
rytmiki, tego pazura jak w "Tangiers". Są chęci, są nowe pomysły
("Assets and Targets" ma naprawdę sympatyczny wstęp) ale to wszystko
przypomina mi bardziej "Tożsamość Bourne'a" aniżeli jego
"Krucjatę...".
Powell tworząc kilka nowych melodii zapomniał odrobinę o emocjach, jakie
serwował w poprzedniej części, przez co wszystkie te utwory (dodajmy, że nie
są krótkie) przestają wciągać w połowie. I to właśnie one wymagają
najwięcej samozaparcia, to dla nich trzeba film obejrzeć, żeby bardziej
docenić. Choć przed filmem trudno mi nie docenić takich elementów, jak
gitara i coś na kształt kościelnych organów w tle "Assets and Targets"
albo posępne skrzypce w "Man Versus Man". Widać zresztą wyraźnie,
że w tych kompozycjach Powell usilnie stara się połączyć pomysły z
pierwszej i drugiej części, co nie zawsze wychodzi dobrze dla słuchacza.
Znacznie bardziej przystępne dla tegoż są te spokojniejsze ścieżki.
Tajemnicze i na wpół dynamiczne "Six Weeks Ago" czy "Thinking
of Marie" bardzo ładnie wprowadzają nas w klimat filmu i słucha się ich
z zainteresowaniem, choć też zapewne sporo tracą bez ruszających się obrazów
w tle. Poza tym one także powielają to, co już słyszeliśmy - z niewielkimi
zmianami oczywiście. Z tych wszystkich zmian i utworów najbardziej podobał mi
się (poza wymienionymi wcześniej "Coming Home" i "Jason is
Reborn") "Faces Without Names". To bardzo smutna, niemal żałobna
wersja tematu głównego, która w drugiej części wprowadza opisane powyżej
fanfary, które tu naturalnie nie są jeszcze w stanie tak wybrzmieć, żeby na
to miano zasłużyć. To raczej wprowadzenie w tą melodię, bardzo piękną
zresztą.
Jak napisałem na początku - zawiódł mnie trochę ten score. Być może
oczekiwałem zbyt wiele, a być może w pełni można go docenić tylko podczas
filmu. Z drugiej jednak strony czego można oczekiwać po finale trylogii i to
tak dobrej, jak "Bourne..."? Naprawdę ciężko mi stwierdzić i wysnuć jakiś
konkretny wniosek, przynajmniej jeszcze nie teraz. Posłużę się za to pewną
frazą, jaka wpadła mi w oko na jednym z muzycznych portali: to score, który
robi jednocześnie jeden krok w przód i jeden w tył. I rzeczywiście, to coś
pomiędzy "Tożsamością...", a
"Krucjatą Bourne'a". Może nie do końca odpowiednio
wyważone i nie spełniające oczekiwań, ale podoba mi się.
Autor
recenzji: Mefisto
Przeczytaj
także:
|