|
Nie ulega wątpliwości,
że para Elfman-Burton należy do najbardziej udanych duetów kompozytor-reżyser
działających w Hollywood. Ich wspólne wysiłki przy takich produkcjach jak
"Batman", "Powrót Batmana", "Sok z Żuka" czy "Miasteczko
Halloween", odcisnęły trwałe piętno na kinematografii. Specyfika ich twórczości
przysporzyła każdemu z nich tyle samo fanów, co przeciwników. Dla Tima
Burtona środowisko krytyków stworzyło nawet pojęcie ekskluzywnego, lub też
poetyckiego, kiczu. To określenie jest optymalne również dla Danny’ego
Elfmana. W przypadku obu twórców, łączenie prostoty z baśniowym klimatem
daje niezwykle charakterystyczną formę wyrazu, która dla jednych jest
niesamowita i porywająca, a dla innych tandetna i banalna. Jednak czegokolwiek
by o tych dwóch panach nie powiedzieć, są oni niezaprzeczalnym dowodem na
istnienie kolaboracji idealnej. Sam Elfman powiedział kiedyś: "Ten człowiek
jest dla mnie idealnym partnerem. Oglądam film i dosłownie słyszę muzykę".
Edward "Nożycoręki" to,
obok "Batmana", chyba najbardziej reprezentatywny score Elfmana. Kompozytor
stworzył dzieło piękne, poruszające i pełne niespotykanej ekspresji.
Fenomen tej muzyki polega na tym, że potrafi ona dosłownie "opowiedzieć"
film. Słuchacz czuje się niemal jakby wkraczał w świat wykreowany przez Tima
Burtona. Z doświadczenia wiem, że odczuwa to nawet większość ludzi nie będących
fanami muzyki filmowej. Niewiele jest prac, które potrafią tak działać na
emocje.
Pierwszą rzeczą, która
"rzuca się w uszy" jest użycie przez kompozytora przepięknego dziecięcego
chóru, który odegrał olbrzymią rolę w wykreowaniu klimatu muzyki. Jego
eksploatacja jest tak duża, że w niektórych miejscach można go traktować
jako instrument wiodący. Taka aranżacja może wydawać się niego kiczowata,
ale w kontekście filmu, zabieg ten wydaje się być idealny. Któż sobie,
bowiem wyobraża tę muzykę bez chóru? Jest on nieodłącznym elementem tej
dokładnie przemyślanej kompozycji i bez niego straciłaby ona całą swoją
potęgę emocjonalną.
Płytę, podzieloną na dwie części
– "Edward Meets The World" i "Poor Edward" – rozpoczyna jeden z jej
najlepszych utworów – "Introduction (Titles"). Mamy w nim kontakt, z
zaaranżowanym na chór i delikatne orkiestrowe tło (duże wrażenie robią
"płaczące" smyczki), pięknym, porywającym tematem przewodnim, przewijającym
się przez prawie wszystkie utwory. Jest on bardzo prosty, ale niesie ze sobą
ogromną ilość uczuć. To bardzo charakterystyczne dla Elfmana, który z
"trzech nut na krzyż" potrafi wykrzesać istny żar emocji. Prostotę w
muzyce podzieliłbym na konstrukcyjną, czyli dotyczącą skomplikowania melodii
i emocjonalną. Prace Elfmana zaliczają się do tej pierwszej grupy.
Ścieżka numer dwa – "Storytime"
– przynosi nagłą zmianę klimatu, który z melancholijnego przechodzi w
bardziej entuzjastyczny. Utwór ten ilustruje scenę rozpoczęcia przez babcię
opowieści o Edwardzie Nożycorękim. Niemal czuje się ten nastrój domowego
ciepła. Takie zmiany klimatu są charakterystyczne dla tej części płyty.
Przykładowo, po uspokajającym "Storytime", mamy tajemnicze "Castle on
the Hill" z mrocznym zakończeniem opisującym pojawienie się Edwarda, a po
baśniowym "Etiquette Lesson", skoczne "Edward the Barber". To
nieprzypadkowy zabieg, mający na celu, podobnie jak w filmie, ukazanie
kontrastu pomiędzy tandetnym, plastikowym miasteczkiem zamieszkanym przez
wiecznie uśmiechniętych ludzi i chłodnym, zagubionym, cichym Edwardem Nożycorękim.
Utwory "The Cookie Factory",
"Ballet de Suburbia" oraz "Beautiful New World/Home Sweet Home" są
niczym etykieta z napisem "Danny Elfman", gdyż doskonale definiują jego
niezwykle charakterystyczny styl. Polega on na pozornym ilustrowaniu akcji w
sposób sztampowy, z wykorzystaniem kliszowych tematów oraz rozwiązań
orkiestrowych, a w rzeczywistości ironizowaniu i ukazywaniu wszystkiego w
krzywym zwierciadle. Dla przykładu w ociekającym radością i tym samym niemal
doprowadzającym do mdłości, "Beautiful New World/Home Sweet Home",,
kompozytor nabija się z kolorowego miasteczka, do którego przybywa Edward, a
także z amerykańskiej egzaltowanej wesołości.
Na szczególną uwagę zasługuje
przepiękny "Ice Dance". To jeden z najbardziej urzekających, ale i
najbardziej kiczowatych utworów, jaki został kiedykolwiek napisany. Słuchając
go, ma się wrażenie lotu wśród wirujących płatków śniegu. Bardziej
dynamiczna wersja tej melodii, lecz przez to zabierająca jej trochę uroku,
pojawia się w "The Grand Finale" z ogłuszającym "wybuchem" orkiestry
w 1 min 50 sek. i pięknymi partiami zapętlających się smyczków. Nie mogę również
zapomnieć o zabawnym utworze zamykającym część "Edward Meets The World"
– "Edward the Barber", którego żywa i dynamiczna partia na smyczki rodem
z "Tańców węgierskich" Brahmsa, należy do moich ulubionych momentów na
płycie.
Część pt. "Poor Edward"
otwiera, chyba zupełnie niepotrzebny, utwór "Esmeralda", trwający
zaledwie nieco ponad 20 sek. Ta partia płyty jest znacznie mroczniejsza ("The
Tide Turns", "The Final Confrontation") i bardziej dramatyczna,
nostalgiczna ("Death!", "The Grand Finale", "Farewell").
Najciekawszym utworem jest tu moim zdaniem "The Tide Turns", w którym
znajdziemy wiele ciekawych aranżacji, w szczególności perkusyjnych, Pokazuje
to ewolucję stylu kompozytora w pisaniu muzyki akcji, zapoczątkowanym w "Batmanie",
znacznie rozwiniętym w "Powrocie Batmana" i sfinalizowanym w świetnym
"Mission Impossible".
"Edward Nożycoręki" to pozycja obowiązkowa dla każdego fana
muzyki filmowej i prawdziwy rarytas dla fana Danny’ego Elfmana. Kompozytor
kunsztownie zilustrował dzieło Tima Burtona, muzyką wnoszącą do niego wiele
emocji i działającą z niemal taką samą siłą także bez obrazu. O dużym
poziomie artystycznym tej pracy świadczy chociażby fakt, iż z technicznego
punktu widzenia, uznawana jest ona za kicz, a mimo to jest bardzo wysoko ceniona
przez krytyków. Słuchanie "Edwarda Nożycorękiego" przypomina, bowiem
odprężający masaż uszu, wykonywany przez ponętne masażystki. Aż wstyd, że
takie, jestem nawet skłonny powiedzieć "wybitne" dzieło, nie otrzymało
chociaż nominacji do Oskara, ale na szczęście mało to kogo obchodzi. Gorąco
polecam!
Autor recenzji: Andrzej Szachowski
|