|
Najnowsza
produkcja Roberta Zemeckisa jest najprawdopodobniej najlepszym przykładem filmu
stworzonego na potrzeby pokolenia MTV. Każda inna potencjalna grupa docelowa może
nie zaakceptować łączenia legendy z najnowocześniejszymi technikami
komputerowymi i mocno przebrzmiałą dawką akcji, wymagającej od widza nie
lada wyrozumiałości. Dorośli nie zgodzą się na taką formę, kojarzącą im
się – całkiem słusznie! – z wcześniejszym obrazem reżysera,
"Ekspresem polarnym" (przypomnę tylko, że była to nawet zacna świąteczna
bajka). Z kolei dla młodszych widzów "Beowulf" zdecydowanie jest zbyt
brutalny. Zostaje więc grupa pośrednia, ale i z niej wykreślić trzeba co
wybredniejszych. Bo nie ukrywajmy – dzieło to wysokich lotów na pewno nie
jest. Producentom którzy wydali na film przeszło 150 milionów dolarów, na
pociechę pozostaje wersja trójwymiarowa, która wzbudziła spore
zainteresowanie
Gdy film słaby,
w skromnym gronie filmowych melomanów, zawsze pojawia się pytanie, czy tonący
obraz, pociągnie za sobą ścieżkę dźwiękową, czy też może obroni się
sama? W przypadku "Beowulfa", score Alana Silvestriego zdaje się lokować
gdzieś pomiędzy, ni to tonąc, ni to pływając samodzielnie. To taki trochę
"Van Helsing 2" - raz lepszy a raz gorszy. W przeciwieństwie jednak do
ilustracji filmu Stephena Sommersa, największym problemem "Beowulfa" nie
jest brak wyważenia, a straszna wtórność
Już po przesłuchaniu
pierwszych pięciu minut płyty, nie skrywa ona przed słuchaczem żadnych
tajemnic. Jedynie temat przewodni otwierający soundtrack w skróconej aranżacji
w "Beowulf Main Title", i później rozbrzmiewający w pełnej krasie w
"What We Need Is a Hero", może przynieść pewne zaskoczenie. Nie będzie
miało ono jednak większego znaczenia w kontekście ogólnej oceny partytury.
Silvestri wbrew temu co można by się spodziewać po muzycznej ilustracji
wczesnośredniowiecznej legendy, w temacie przewodnim, poświęconym tytułowemu
herosowi, korzysta z mocnego brzmienia elektrycznych gitar, które w połączeniu
z męskim chórem, robią wrażenie jakby napisano je na potrzeby jakiegoś
zwiastuna filmowego. Na szczęście orkiestracje są dobrym kontrargumentem
przeciw temu niemiłemu uczuciu. Ale to już norma, że Silvestri sporą wagę
przywiązuje do poziomu technicznego swojej muzyki. Choć muszę tu z
nieukrywanym smutkiem dopowiedzieć, że poziom aranżacyjny odbiega od
dotychczasowej twórczości kompozytora.
Zastosowane
przez Silvestriego połączenie dwóch światów jest pomysłem oryginalnym
tylko jak na niego samego, bo w świecie muzyki filmowej podobne hybrydowe
zabiegi są już normą, jeśli nie modą. Przecież całkiem nie tak dawno temu
Zimmer napisał rockowo brzmiący "The Kraken" do "Skrzyni
umarlaka", której
akcja rozgrywa się mniej więcej w XVIII wieku, a Coppola do "Marii
Antoniny", swojej interpretacji losów francuskiej królowej, żony Ludwika
XVI, dobrała popowe, punkowe (i inne) piosenki. Czym jest gitara w połączeniu
z Ciemnymi Wiekami w czasach takich kolaży? Wracając do tematu głównego:
Najlepiej wsłuchać się w niego w "What We Need Is a Hero", gdzie bogatszy
jest od "Main Title" o kilkadziesiąt sekund i dwa – nazwijmy je –
podtematy Beowulfa. Motyw ten oraz jego rozwinięcia silnie nawiązują do "Van
Helsinga", różniąc się od niego w zasadzie tylko wspomnianymi gitarami
elektrycznymi. Poza tym styl jest identyczny, począwszy od heroicznego i
monumentalnego męskiego chóru, przez prowadzące temat waltornie, aż po
charakterystyczne dla kompozytora pod względem rytmiki kotły w tle. Naturalnie
wszystko podrasowane samplami, co nadało całości przebojowości. Pod względem
melodii temat główny przypomina partyturę z "Powrotu
Mumii", jednak
brzmieniowo, czuć obecność "Van
Helsinga". "Conan" z pewnością to
nie jest.
Kompozytor poświęca
głównemu bohaterowi jeszcze trzy utwory, które razem z tematem głównym można
rozdzielić do jednej z dwóch grup – patetycznej i lirycznej. Na szczęście
w "Beowulfie" udało się umiejętnie wyważyć oba te typy muzyki, dzięki
czemu zachowano równowagę, której "Van
Helsing" może tylko pozazdrościć.
Stawia to całą partyturę nieznacznie wyżej od ilustracji do obrazu Sommersa.
Temat heroiczny głównego bohatera pojawia się jeszcze w "I'm Here to Kill
Your Monster", gdzie prezentowany jest nam też fragmentarycznie action score,
będący istotną częścią soundtracku, oraz w "He Was the Best of Us", będącym
zresztą swoistą suitą wszystkich motywów, poświęconą wspaniałemu
wikingowi.
Liryczna
warstwa "Beowulfa", choć niewątpliwie bogata, odbiega od tego co Silvestri
napisał dla "Van Helsinga" (przepiękne "Reunited") czy nawet "Tomb
Ridera". Może się jednak podobać, tym bardziej, że ów temat emocjonalny
prezentowany jest na płycie w kilku ciekawych odmianach. Po raz pierwszy słyszymy
go w "I Am Beowulf", później jest "He Has a Story To Tell", "Full of
Fine Promises" oraz oczywiście "He Was the Best of Us"". Harmoniczne i
spokojniejsze od heroicznych tematów, różnią się od nich także chórem, który
z męskiego zmienia się teraz w kobiecy. Emocje dodatkowo podkreślają
subtelne brzmienia smyczków i wiolonczeli. A żeby nie było za dużo liryki,
tematy poświęcone uczuciom poprzecinane są na płycie często długimi
kompozycjami spod znaku action score. Czasami nawet za długimi ("Beowulf
Slays the Beast"), mimo że w porównaniu z filmem mocno skróconymi. Podobnie
jak Zimmer, Arnold czy Doyle, Silvestri pisząc muzykę akcji stara się by nie
miała ona charakteru czysto ilustracyjnego, jak np. u Williamsa, a bardziej
idzie w kierunku wpadającej w ucho melodii. Jednak ciężko jest się nią w pełni
cieszyć, gdy 100-osobowa orkiestra wspomagana elektroniką atakuje słuchacza z
mocą bomby atomowej. Gdyby jeszcze temat był tego wart.
Obok tematów
akcji oraz poświęconych głównemu bohaterowi, kompozytor napisał także dwa
tematy dla głównego przeciwnika Beowulfa, Grendela oraz jego uwodzicielskiej
matki. Pierwszy lawiruje między muzyką akcji a suspensem, ostatecznie budując
atmosferę grozy i zniszczenia, co ilustrują urywane wejścia chóru i nagłych
uderzeń bębnów ("First Grendel Attack") oraz przeciąganych smyczków i
skopiowanej z "Van Helsinga" muzyki akcji prowadzonej przez waltornie ("Second
Grendel Attack"). Znacznie ciekawiej wypada motyw matki potwora, gdzie
Silvestri komponuje bardzo ciekawy, budujący napięcie suspens przywołujący
wspomnienie "Nagiego instynktu" – chyba najbardziej korzystne nawiązanie
w całej ścieżce dźwiękowej, jedyne w pełni uzasadnione i udane. W obu
filmach mamy do czynienia z silnymi i pewnymi siebie kobietami, które w
pojedynkach z mężczyznami umiejętnie korzystają ze swojego seksapilu. "The
Seduction" fenomenalnie to oddaje dzięki użyciu harfy, smyczków i fletu, które
dodatkowo wzbogaca miejscami żeński chórek.
Soundtrack
uzupełniają trzy piosenki – dwie umiejscowione wśród muzyki
instrumentalnej, stylistyczne do niej nawiązują dzięki melodiom opartym na
tematach przewodnich oraz aranżacji instrumentalnej, za którą odpowiadał sam
Silvestri (słowa napisał Glen Ballard, a wykonała je Robin Wright-Penn). Dzięki
temu nie kłócą się one z resztą płyty i spełniają rolę pauzy od
mrocznego klimatu i głośnej muzyki akcji. Większych zalet nie ma się co
doszukiwać. Trzecia piosenka to już, jak przystało na Hollywood, popowa
ballada Idiny Menzel rozbrzmiewająca podczas napisów końcowych. Od
beznadziejnej przeciętności ratuje ją tylko wstęp ładnie łączący ją ze
scorem. Tak jest tylko przeciętna. Jak zresztą cały soundtrack, który zdaje
się nie wychylać ponad żadne normy, ale też nie spadać poniżej ich.
Autor
recenzji:
Jakub
Kośla
|