|
Przy okazji recenzji wydania podstawowego wspomniałem o dość
rzadkim wydaniu complete – teraz mam je przyjemność opisać, gdyż w końcu
udało mi się to dorwać. Wbrew pozorom nie jest o nie tak trudno – bez większego
problemu można je kupić poprzez zagraniczne strony typu Amazon. Co jakiś czas
pojawia się też na Allegro czy Ebay. Znak czasów jak to się mówi ;).
Wydanie – jak na complete przystało – upakowane jest po brzegi i stanowi
niepomiernie większą radość ze znacznie większej ilości muzyki tu
zamieszczonej (co dwa cd to nie jedno ;). Niestety nie obyło się też bez
(drobnych) minusów, ale o tym za chwilę. Najpierw wszystko to co najlepsze...
I tu pojawia się problem, bo najlepsze jest właściwie
wszystko. To Blues Brothers, a to oznacza rhytm & blues (z dodatkami w
postaci jazzu i soulu) na najwyższym poziomie. Niemal każdy kawałek robi więc
niesamowite wrażenie i większość jest jak najbardziej warta, aby je odsłuchać.
I nie przeszkadza fakt, że tylko połowa z nich pojawia się w filmie –
reszta to po prostu wykonywane przez zespół klasyki, nie tylko bluesowe.
Klimat, poziom i wykonanie jest bowiem tak samo wysokie i nie pozostaje nic
innego, jak tylko dopisać sobie kolejną część filmu w myślach (nie pamiętając
przy tym o "Blues Brothers 2000"). Ponieważ utworów jest aż o 24 więcej
niż na podstawowym wydaniu, toteż możecie sobie wyobrazić, jakiego kopa daje
wydanko complete. Z tego też powodu trudno wybrać tu jakichś faworytów. Jest
jednak parę utworów, które wyróżniają się z tłumu swoją formą, wobec
czego to na nie zwrócimy większą uwagę i to one zapadną nam w pamięć.
Jedną z takich ścieżek jest absolutnie bezkonkurencyjne
"Rubber Biscuit" – wariacki utwór w stylu humorystycznym, gdzie żwawa
linia melodyczna miesza się z tekstem zapodanym "na sucho". W uszy rzuca się
także "Groove Me", czyli bluesowa przeróbka przeboju King Floyda. Nie
powinien nie spodobać się również "B" Movie Box Car Blues",
który – jak sama nazwa wskazuje – ma w sobie nieco filmowego klimatu z pięknych
lat 70. Na płytce drugiej nie można przegapić za to "Guilty" – świetnie
zaaranżowanej ballady, którą śpiewa Jake w ramach przeprosin ;) Odstaje ona
nieco klimatem od reszty, ale i tak się podoba. Podoba się też następujące
po niej "Perry Mason Theme", czyli odpowiedź na słynne "Peter Gunn
Theme" – tu klimat również jest nieco inny reszty utworów (trąbka
przywodząca na myśl piosenkę przewodnią z Jamesa Bonda), ale wrażenie
pozostaje równie duże.
To oczywiście tylko te najoryginalniejsze
melodie, co wcale
nie oznacza, że są najlepsze. Jak mówiłem cała płyta to nieśmiertelne
klasyki bluesowe i właściwie każdego z nich słucha się co najmniej bardzo
dobrze. Z plusów nadmienię więc jeszcze tylko "I Can't Turn You Loose",
którego brakło mi na wydaniu podstawowym – to ta melodia wygrywana na trąbkach,
która zaraz za "Peter Gunn Theme" stanowi kolejny motyw przewodni filmu. Tu
występuje dwa razy – jako "Opening" na cd 1 i "Closing" na cd 2, co
jest bardzo zmyślną klamerką, spajającą oba krążki. Należy także
nadmienić, że większość melodii jest wykonywana na żywo – są to
nagrania wzięte wprost z filmu i z trasy koncertowej. Wobec tego wyraźnie słychać
reakcje publiczności i typowe dla braci odzywki. Niektórzy mogą na to narzekać,
ale dla mnie to tylko podnosi klimat tego wydania i wyniesione zeń wrażenia.
Zresztą przy takim filmie/zespole, jak Blues Brothers taki zabieg był,
przynajmniej częściowo, nieunikniony – występy na żywo to wręcz jego
esencja i wielu wykonań po prostu nie wyobrażam sobie bez tych "odgłosów".
Jak wspominałem to wydanie nie jest pozbawione minusów
– niewiele ich, ale jednak są. Pierwszym jest melodia "Green Onions" –
ten klasyczny już kawałek także wykonywany jest na żywo, ale tym razem
muzycy się lekko zapędzili i zagadali go na śmierć, przez co radość z jego
słuchania odrobinę prysła. Na szczęście to jedyny taki przypadek, gdzie
sceniczne teksty i wykonanie na żywo okazały się gwoździem do trumny. Drugim
minusem jest lekka chaotyczność w playliście – osoby, które szukać tu będą
jakiejś chronologii sromotnie się zawiodą. Wszystko jest oczywiście spójne
i ładnie poprowadzone od początku do końca, ale nie próbujcie odnosić tego
albumu do kolejnych sytuacji widzianych w filmie, bo jest to po prostu niemożliwe.
Ostatnim minusem jest natomiast wykonanie poszczególnych utworów. Nie chcę się
tu czepiać, bo jakość stoi na bardzo wysokim poziomie, ale chwilami aż za
nadto słychać, który utwór wykonują Aykroyd i Belushi, a który ich
'koncertowi odpowiednicy'. Co wprawniejsze ucho może to lekko zirytować.
Na szczęście są to tylko drobne ryski na tym doskonałym wydaniu.
A jest to bez wątpienia jedno z lepszych wydawnictw, jakie
miałem przyjemność słuchać. Wydanie complete absolutnie nokautuje wydanie
podstawowe, bo ma po prostu więcej niesamowitej muzyki, więcej kapitalnego
klimatu i więcej Blues Brothers (którzy nawet na okładce są więksi ;)! Nie
ukrywam jednak, że jest to pozycja dla fanów. Rhytm & blues to jeden z
przyjemniejszych gatunków muzycznych, które łatwo "załapać". Ale też
pozostaje gatunkiem na tyle jednolitym brzmieniowo, że trzeba go naprawdę lubić,
aby móc słuchać takie płytowe kolosy, jak ten. Tak więc to głównie fani
tej muzyki i filmu Landisa (a jest ktoś, kto go nie lubi? Wystąp! ;) powinni
czym prędzej sięgnąć po wydanko complete. Pozostałym w zupełności
wystarczy podstawowy krążek. Ale – co ważne – każdy będzie zadowolony.
P.S. Można też spotkać tą płytę pod nazwą "The
Definitive Collection". Różni się ono nieznacznie
czasem trwania, a parę utworów ("Minnie The Moocher", "Sweet Home
Chicago") nagrano w innych – i w mojej opinii nieco gorszych – wersjach.
Teraz już na pewno widzicie światło!!
Autor
recenzji: Mefisto
Przeczytaj
także:
|