Zwykło się
uważać, że wszystko co posiada metkę "made in China" lub "made in
Korea", to tandetna podróbka, na którą wymagający konsument nie powinien
zwracać uwagi. Niestety często ten stereotyp ekstrapoluje się także na różne
dziedziny sztuki. Bo w końcu jeśli istnieje możliwość wyboru między
amerykańską a koreańską tandetą, to większość bez wahania wybierze tę
pierwszą opcję. Nawet gdyby ta druga okazała się najdroższą produkcją
telewizyjną, jaka kiedykolwiek powstała w Azji, bijącą na tym kontynencie
wszelkie rekordy popularności. Niewiele zmieniłby też fakt, że efekty
specjalne do tego widowiska przygotowała słynna WETA, odpowiedzialna między
innymi za wizualną stronę "Władcy Pierścieni" i "King
Konga". Gdyby
nie stereotypy, zapewne nie tylko ja zachwycałbym się pewnym serialemtelewizyjnym wyprodukowanym w Korei Południowej,
zamiast męczyć się z kolejnym sezonem "Prison Break"...
"The Story Of The Great King And
The Four Gods" to 24-odcinkowy serial fantazy luźno oparty na koreańskiej
mitologii. Opowiada on o legendarnym królu Jooshin, którego strzec mieli
czterej bogowie. Po 2000 lat oczekiwań narodziny króla oznajmiła kometa, która
przebudziła uśpione symbole strażników. Od tego momentu zaczyna się niezwykła
historia pokazująca dzieciństwo, dorastanie i niełatwą drogę ku chwale
wybrańca, na której towarzyszą mu niesamowite przygody, miłość, zdrada i
niekończące się wojny. To wspaniałe widowisko pełne jest wzniosłych
emocji, monumentalnych bitew, heroizmu i wzruszeń. Projekt marzeń dla każdego
kompozytora muzyki filmowej...
Muzykę
do tak ogromnego i drogiego projektu, wyprodukowanego w Korei, mógł napisać
tylko jeden kompozytor – ceniony na całym świecie i ubóstwiany w Azji, Joe
Hisaishi. Po przesłuchaniu "Wojny i Pokoju" Jana A.P. Kaczmarka, kilka
tygodni temu byłem przekonany, że to najlepsza ścieżka dźwiękowa roku.
Okazuje się, że nieco się pospieszyłem. Po tym jak w moje ręce wpadło
najnowsze dzieło Hisaishiego, powoli zacząłem zmieniać zdanie. W końcu
obejrzałem wszystkie odcinki "The Story Of...", i mój faworyt roku
uległ całkowitej zmianie. Najnowsze dzieło Japończyka to bez wątpienia
najlepsza ścieżka dźwiękowa roku 2007 – przynajmniej w swojej kategorii.
Jest tutaj wszystko co entuzjasta muzyki filmowej może sobie wymarzyć. Piękne
tematy miłosne, motywy drogi, potężna muzyka akcji, wspaniałe tematy
przygodowe i złowrogie melodie czarnych charakterów. Wszystko to oczywiście
ubrane w doskonałe orkiestracje i ubarwione orientalnymi brzmieniami. Innymi słowy
– kolejny epicki Hisaishi na najwyższym poziomie.
Kino azjatyckie jest bardzo specyficzne,
jeśli chodzi o pokazywanie relacji międzyludzkich. Mimo że w "The Story
Of..." pojawiają się wątki miłosne, nie zobaczymy w tym serialu ani
jednego namiętnego pocałunku między kochankami, o scenach łóżkowych już
nie wspominając. To na muzyce spoczywa obowiązek zbudowania uczucia, między
dwojgiem wpatrzonych w siebie ludzi. Ogromna sugestywność i siła muzyki
Hisaishiego, sprawia że serial zyskuje niezwykłego kolorytu, a jego ścieżka
dźwiękowa doskonale radzi sobie także bez obrazu.
Jak to u tego kompozytora zawsze bywa,
zachwycają wyraziste i mocne tematy. Znów można odnieść wrażenie, że każda
z tych melodii wręcz opowiada nam o postaci czy wydarzeniu, którym jest
przypisana. Wrażenie to potęguje piosenkowa struktura większości kompozycji.
Można tutaj znaleźć zarysy zwrotek i refrenów, które sprawiają, że cała
muzyka staje się bliższa słuchaczowi i bardziej przewidywalna. Jednak z
drugiej strony Hisaishi ciągle zaskakuje świetnymi i oryginalnymi pomysłami
– ciekawe połączenie instrumentów akustycznych z elektroniką, etniczne
wstawki, egzotyczne chóry czy nieszablonowa rytmika. Przy tej muzyce zwyczajnie
nie można się nudzić. Kiedy minie już pierwsze zauroczenie bogactwem i
dynamiką tej muzyki, można zagłębić się w drobne smaczki, nawiązania i
archetypy, które Japoński kompozytor czerpie z wszystkich kontynentów.
Cały serial ma ponad 24 godziny długości, a zawarty na płycie materiał jest
jedynie drobnym wycinkiem muzyki Hisaishiego. Mamy tutaj najważniejsze tematy,
przypisane czołowym wydarzeniom i postaciom filmu. Każda z tych melodii to
istny majstersztyk, który doskonale spisuje się w obrazie, zupełnie nic nie
tracąc poza nim. Ilość zawartych tu tematów w Hollywood posłużyłaby do udźwiękowienia
kilkunastu filmów. Monumentalne "Opening" jest zapowiedzią epickiej
muzyki, przy której można puścić wodze fantazji. Piękne tematy, dwóch głównych
bohaterek (Sujini i Kiha) doskonale pokazują różnice między tymi postaciami.
Przejmujący i podniosły temat Damkoka pełen jest odniesień do tradycyjnej
muzyki wschodu, co pięknie pokazuje oddanie głównego bohatera – przyszłego
króla Jooshin – swojemu ludowi. Z kolei mroczny temat Hwacheonhwe doskonale
obrazuje bezwzględność i zło, drzemiące w potomkach Klanu Tygrysa, którzy
od 2000 lat planują przejęcie władzy nad światem. Jednak absolutnym arcydziełem
na tej płycie jest kompozycja "Victory", będąca chyba najlepszym tematem
przygodowym od czasów "Indiany Jonesa". Synkopowy rytm, na który opierają
się rewelacyjne przebiegi harmoniczne wręcz hipnotyzuje, dynamika i moc jaką
uwalnia ogromna orkiestra symfoniczna pod batutą Hisaishiego wprost poraża a
finalna transpozycja powala. Żadna kompozycja z, bardzo podobnej stylistycznie,
"Przysięgi" Klausa Badelt
nie jest w stanie tego przebić. Słuchając tego utworu w głowie pojawia się
tylko jedna myśl – Joe Hisaishi to geniusz. Bezapelacyjnie najlepszy utwór
filmowy, jaki powstał w roku 2007!
Oczywiście wszystkie zachwyty nad
geniuszem Hisaishiego muszą mieć jakąś granicę. W "The Story Of..."
kompozytor wyraźnie się powtarza i cytuje swoje poprzednie dzieła. Jeden z
tematów to nieco zmieniona melodia z "Tomcia
Palucha". Także temat
przewodni wydaje się dziwnie znajomy, choć jego pierwowzór trudno
jednoznacznie ustalić. Trochę zaskakująca jest tez melodia w utworze "The
First Love". Mimo że to niezwykle przejmujący i wprost rozdzierający serce
temat, to trudno nie zauważyć, że kilka jego początkowych nut, bardzo
przypomina "Braveheart"... Jednak przy wyszukiwaniu takich kopii, zapożyczeń
i plagiatów trzeba jednak wziąć pod uwagę, że Joe Hisaishi komponował
muzykę do serialu trwającego ponad dobę. Bogactwo materiału tematycznego
jest tutaj ogromne i nie powinny dziwić drobne ułatwienia czy ściągi, które
zastosował kompozytor.
Joe Hisaishi to geniusz i z tym
przekonaniem od kilku lat promuję jego twórczość. Takie płyty jak ta,
utwierdzają mnie w tych działaniach i pozwalają na nowo cieszyć się muzyką
filmową. "The Story Of..." to muzyczna opowieść, w którą się można
w nieskończoność zgłębiać i odkrywać kolejne imponujące linie
instrumentów, ciekawe motywy czy formy. Jednak wyśmienita warstwa techniczna
jest tutaj tylko nośnikiem ogromnych emocji. Niektóre z nich są jednoznaczne
i już przy pierwszym przesłuchaniu wywołują ciarki na plecach. Są tu jednak
także
kompozycje, które znaczenie zyskują dopiero po obejrzeniu całego serialu. Zwłaszcza
końcowe, bardziej melancholijne kompozycje, bez znajomości historii i specyfiki filmu, mogą wydać się
słabsze. Jednak kiedy pozna się już pełen wymiar muzyki Hisaishiego i rolę
jaką spełnia ona w filmie, nawet nieco kiczowata piosenka na końcu, zyskuje
nowego znaczenia. Tylko ktoś, kto nie zna tej płyty, może nie uznać jej za
jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych tego roku. Dlatego gorąco namawiam
do zaopatrzenia się w ten krążek jak i obejrzenia samego serialu. Poświęcony
im czas, absolutnie nie będzie stracony.
P.S.: W recenzji można obejrzeć film, z
koreańskiej telewizji, podpatrujący Joe Hisaishiego podczas komponowania muzyki
do "The Story Of The Great King And
The Four Gods".