|
W twórczości
niemal każdego kompozytora następuje moment wypalenia, czyli czas,
w którym jego głos indywidualny przestaje brzmieć z wystarczającą siłą,
a wszelkie pomysły zostały już zrealizowane. Inwencja tkwi wtedy zawieszona w
próżni, zaś artysta jest jak zagubiony ślepiec na pogorzelisku, rozpaczliwie
wołający o pomoc Polihymnię, lecz jego krzyki rozchodzą się tylko bez echa
w eterze. Nie ominęło to także wielkiego Hansa Zimmera, choć kwestia kryzysu
twórczego Niemca jest dosyć kontrowersyjna. Jedni uznają, że w ogóle go nie
ma, inni natomiast sprzeczają się o chwilę jego powstania. Ja osobiście uważam,
iż kompozytor powiedział w muzyce filmowej już wszystko, co miał do
powiedzenia i raczej nie ma co liczyć na żaden przełom.
Zimmer od dłuższego
czasu błąka się między hollywoodzką modą, wymaganiami producentów,
oczekiwaniami fanów i własnymi aspiracjami, a do tego dochodzi jeszcze jakieś
jego starcze, artystyczne niespełnienie. Niemiec zdaje się bardzo chcieć, aby
uważano go za reformatora muzyki, kogoś, kto w swojej pomysłowości wyznacza
dla niej nowe kierunki rozwoju, stając się Wagnerem XXI wieku. Zupełnie,
jakby nie zdawał sobie sprawy, że jest jednym z najciekawszych, a także niewątpliwie
najdonioślejszych głosów w muzyce filmowej. W wyniku tego skromność oraz
dystans do własnej pracy, z których tak słynął Hans, zostały zepchnięte w
ciemną otchłań. Kompozytor zaczął rozpowiadać na prawo i lewo, na jakie to
błyskotliwe wpada pomysły i jak poważnie, metodycznie, zgodnie ze swoją
wyrafinowaną myślą muzyczną podchodzi do komponowania, a najgorsze, że
zawsze rozgrywa się to w obrzydliwej, medialno-komerycjnej otoczce. Tymczasem
Niemiec od czasu rozkwitu swojej kariery non stop wałkuje prawie to samo, co
nie jest tylko kwestią jego wyrazistego stylu. Nie jest on jednak "selbstplagiatorem"
pokroju Hornera czy Silvestriego, ponieważ nie kopiuje swoich pomysłów dosłownie,
nuta w nutę, choć i to się czasem zdarza. Dotyczy to raczej architektury
formalnej utworów, zagadnień rytmicznych oraz budowy tematów. Zimmer
wszystkie swoje melodie opiera o tę samą harmonię. Wiele z nich mogłoby wręcz
być wzajemnymi kontrapunktami (np. "Gladiator" i
"Piraci…"). Co
ciekawe prawie wszystko robi w d-moll, jakby nie mógł przesunąć tonacji
jednym kliknięciem myszy. A najlepsze, że wychodzi mu to doskonale i zawsze
robi wrażenie. To zdumiewające, ile tematów można zbudować na bazie tych
samych funkcji harmonicznych, zorganizowanych w obrębie takiego samego
szkieletu rytmicznego. Za to trzeba Hansa podziwiać. Za ten jego niezwykły
talent kombinatorski. Ale w końcu ilość kompilacji musi się wyczerpać i
trzeba szukać nowości. Co wtedy?
Wtedy przybywają "Anioły i
Demony", które w kwestii wprowadzania innowacji są jednak doskonałym
potwierdzeniem powiedzenia "chcieć nie znaczy móc". W poszukiwaniu nowości Hans wybrał
się niedaleko, bo głównie na własne podwórko. Paradoksalnie, chcąc
urozmaicić własną twórczość, sięgnął po swoje wcześniejsze dokonania.
Po pierwsze reaktywował staroświecką, popową elektronikę, w którą niegdyś
ochoczo stosował w filmach akcji. Trzeba przyznać, że to dość błyskotliwe
i przyjemne dla słuchacza zagranie. Szczególnie dobrze sprawdza się w utworze
otwierającym płytę – "I60 Bpm". Ten przedpotopowy "plastik", choć
oczywiście lekko unowocześniony, wywołuje tu wręcz sentymentalne odczucia.
Sama ścieżka uwidacznia zaś zimmerowski talent do komponowania oraz
efektownego przetwarzania chwytliwych i zarazem funkcjonalnych motywów akcji,
czyli "jak wałkować to samo przez sześć i pół minuty, żeby się nie
znudziło".
Po drugie, na wzór swoich starych
projektów, wyraźnie uszczuplił instrumentację do poziomu sprzed "Piratów
2", ale zachowując uzyskaną wtedy większą klarowność i selektywność
brzmienia. Najlepiej słychać to w utworach "503" oraz "Science and
Religion". Pierwszy z nich, będący swoistą
reminiscencją "Chevaliers de Sangreal", ma jednak bardzo poważną wadę:
jest za krótki. Koncepcja tego utworu opiera się przecież na
instrumentacyjnych i dynamicznych przekształceniach jednego tematu, które
nawarstwiają się aż do punktu kulminacyjnego. Tutaj Zimmer zbyt szybko
wprowadził punkt kulminacyjny, dając mu do tego zbyt małą moc, przez co zakończenie
(nagłe, nieco bezsensowne) brzmi jakby Joshua Bell powiedział "Dobra!
Koniec! Nie gramy. Chodźmy coś zjeść". Swoją drogą zatrudnienie przez
Niemca tego wybitnego skrzypka jako solistę wydaje się być artystycznie
niezbyt uzasadnione. Poziom skomplikowania technicznego i emocjonalnego tej
partytury sprawia, że solistą mógłby być tu każdy inny skrzypek, a efekt
byłby ten sam. Na szczęście Hans nadrabia to
niedociągnięcie z "503" bardzo ładnym "Science and Religion", które
pokazuje, że Niemiec powinien się teraz zająć aktywniej kinem dramatycznym,
ponieważ liryczne utwory wychodzą mu ostatnio najlepiej, mimo ich trochę
pretensjonalnej, "pseudoreligijnej" wymowy.
Po trzecie Zimmer nie uchronił się
od już bardziej dosłownych zapożyczeń ze swoich poprzednich prac. Są tu więc
"Hannibal" na potęgę, "The Ring", "The Dark Knight"
oraz "The
Last Samurai" ("nota in notam" "The Way of Sword" w "Science and
Religion"!). Nie mogło także zabraknąć jego ulubieńców z muzyki
klasycznej, czyli Wagnera, Mahlera, Faure’a, Mozarta - którego wydawałoby się
już doszczętnie wykorzystał w "Piratach" i "Batmanach" - Góreckiego ("Immolation" – ile można?!), a także, dawno nie używanego, Orffa
("I60 Bpm"). Chcąc urozmaicić swoje prace, mógłby w końcu poszukać
inspiracji u innych mistrzów.
W pogoni za świeżością popełnił
także karygodny błąd – włożył rękę do słoja z ciastkami innych
kompozytorów muzyki filmowej, a mianowicie Powella (agresywna, afrykańska
perkusja) oraz tegorocznego zdobywcy Oscara A.R. Rahmana. Wykorzystał
zastosowaną przez niego w "Slumdogu" koncepcję elektroniczną dla
stworzenia mrocznego ambientu, np. w "God Particle". To kiepskie i fałszywe
zagranie. Po raz pierwszy bowiem Hans Zimmer nie brzmi, jak Hans Zimmer.
Na pewno wielkim plusem muzyki z
"Aniołów i Demonów" jest jej większa adekwatność do obrazu, swoją
drogą lepszego od poprzednika, choć niewiele. Twórcy filmu ograniczyli nieco
intelektualne uniesienia Roberta Langdona i przestali tak mocno eksponować
nieistniejącą atmosferę ezoteryczności, jaka ma rzekomo panować wokół
niesamowitych tajemnic. Tym razem postawili na akcję, co niewątpliwie wyszło
im na dobre i musiało znaleźć swoje odzwierciedlenie w muzyce. Mimo że
Zimmer użył w "Aniołach…" na szeroką skalę tematów z "Kodu…",
te dwie ścieżki znacznie różnią się od siebie wymową. "The Da Vinci
Code" jest elegijne, odświętne i pełne sakralnego czaru, co muzycznie
definiowało efekt, jaki chcieli osiągnąć producenci filmu, ale im nie wyszło.
"Angels & Demons" jest natomiast agresywne, mroczne i trochę
nieestetyczne. Lepiej współgra to z obrazem, lecz wciąż istnieje pewna
dysproporcja. Muzyka ponownie miejscami potęguje napięcie, którego nie ma
(np. ciężko się nie zaśmiać, gdy na ekranie zapala się reflektor samochodu
i wtedy nagle eksploduje chór z "Air"). Tym razem jednak w mniejszym
stopniu.
Jakie znaczenie mają zatem "Anioły
i Demony" w twórczości Hansa Zimmera? Przede wszystkim pokazują , że płomień
inwencji kompozytora już prawie zgasł, ale słuchanie kolejnych jego prac wciąż
sprawia przyjemność – to już chyba po prostu kwestia przystępnego,
rozrywkowego stylu Hansa. Pewne jest także, że kompozytor w złym miejscu
szuka nowości. Nie powinien przetwarzać swoich starych wynalazków i wiecznie
"międlić" tych samych klasyków. A już na pewno nie powinien się
inspirować innymi twórcami muzyki filmowej, która już z założenia jest
przecież wtórna. To jak kopiować kserokopiarkę.
Autor recenzji: Andrzej Szachowski
|