|
Jedną z
najbardziej rozczarowujących cech współczesnej muzyki filmowej jest jej
przewidywalność. Znając gatunek filmu można bowiem w większości przypadków bez
problemu odgadnąć charakter ścieżki dźwiękowej. Kino sensacyjne należy do
najbardziej przewidywalnych obszarów muzyki filmowej, który wręcz poraża ilością
szablonów i bezmyślnych kalek. Trudno znaleźć kompozytorów, którzy potrafią
stworzyć świeżą i niebanalną ilustrację filmu akcji, zwłaszcza kiedy tryumfy
święcą takie nazwiska jak Djawadi, Jablonsky czy Tyler. W tym temacie niewiele
nowego potrafił powiedzieć też John Murphy, który swoim ostatnim dziełem –
"Armored" – powiększa grono bezkształtnych i anonimowych ścieżek dźwiękowych.
Film opowiada o grupie ochroniarzy
zamierzających okraść konwój z grubymi pieniędzmi, który sami powinni
zabezpieczać. Kiedy świadkiem ich oszustwa staje się przypadkowy bezdomny, cały
plan bierze w łeb, a najmłodszy z ochraniarzy buntuje się przeciw bardziej
doświadczonym i zdeterminowanym kolegom. "Armored" to twarde kino akcji, z
którego testosteron wylewa się litrami, tylko nieznacznie ustępując ilości
sztucznej krwi. I to właśnie na tym banalnym kluczu oparta jest cała ścieżka
dźwiękowa. Wykorzystując najprostsze metody podnosi ona poziom adrenaliny we
krwi, napędza film i stara się przedrzeć przez ścianę efektów dźwiękowych –
strzałów, pisku opon i zgrzytu metalu. John Murphy zdaje się kierować niezbyt
wysublimowaną zasadą: więcej, głośniej, mocniej.
W
filmie dominują zatem ostre gitary elektryczne, głośne perkusjonalia i dudniąca
elektronika. Jedynie kompozycje otwierające i zamykające album stanową
odpoczynek od bezkształtnego jazgotu całej reszty. W tych dwóch utworach można
nawet doszukać się prostego tematu, który mógłby muzycznie identyfikować film.
"Morning" jest też dobrym przykładem stylu Johna Murphy, który przypomina, że to
właśnie ten kompozytor odpowiedzialny jest za
"Miami Vice" i "28 dni
później". Można się tutaj doszukiwać inspiracji twórczością Massive
Attack – ciężkie brzmienie elektroniki, perkusja i smyczki tworzą zaiste masywną
konstrukcję, która ma w sobie nawet nieco magnetyzmu. To chyba jedyny fragment
tej ścieżki dźwiękowej, który nie uszkodzi bardziej wrażliwego ucha.
Cała reszta muzyki w "Armored" to przede
wszystkim akcja – ciężka, drapieżna i głośna. Odróżnienie od siebie kolejnych
utworów graniczy z cudem. Można odnieść wrażenie, że jedyny pomysł na kształt
całości to ostre, męskie szarpanie drutów. Hipnotyczny rytm dyktowany masywną
elektroniką jest jedynym elementem tej muzyki, który porządkuje całość. Gitary
poddają się temu powolnemu pulsowi, potęgując wrażenie ociężałości i męskości.
Niestety w filmie taka ścieżka dźwiękowa zdaje egzamin w różny sposób. Pulsując
nieustannie z podobnym natężeniem nie oddaje dramatyzmu scen akcji, często nie
reagując wręcz na najbardziej spektakularne wydarzenia. Muzyka po prostu jest i
robi hałas. Świetnym tego przykładem
jest scena pościgu dwóch opancerzonych furgonetek, która mimo kilku zwrotów
akcji, muzycznie jest monotonna do bólu. Podobnych fragmentów w filmie jest
niestety więcej.
Niewiele jest osób, którym warto by
polecić soundtrack z "Armored". To ciężka i mało ambitna muzyka, która nie
wyróżnia się niczym szczególnym. Kreuje duszną, ciężka atmosferę, która
ukierukowuje film w stronę typowo męskiego, twardego kina. Bez skruchy można ją postawić na jednej półce z
ostatnimi dokonaniami Briana Tylera czy Ramina Djawadi. W minimalnym stopniu
spełnia swoją funkcję w filmie, niewiele oferując poza nim. Sprawia wrażenie
napisanej w dwa tygodnie, niezbyt przemyślanej i opartej wyłącznie na intuicji
kompozytora. To zdecydowanie za mało żeby, choćby za kilka miesięcy, ktokolwiek
pamiętał o "Armored". Dlatego spokojnie można sobie podarować jej lekturę.
Autor recenzji:
Łukasz Waligórski
Przeczytaj także:
|