|
Nazwisko
Jamesa Hornera od paru ładnych lat wśród miłośników muzyki filmowej
wiąże się z grymasem zawodu na twarzy. Amerykanin nie dość, że w
tworzeniu popadł w uzależnienie od kombinacji klawiszy "ctrl c +
ctrl v", to jeszcze udało mu się uniknąć kary, na którą w gruncie
rzeczy sobie zasługuje – odesłania go przez producentów hollywoodu
do lamusa. Może tam miałby okazję gruntownie przemyśleć swoje
działania i po czasie powróciłby w chwale zostawiwszy za sobą zapach
stęchlizny? Tak się jednak nie stało i wszystko wskazuje na to, że
nie stanie. Kompozytora poza lenistwem cechuje bowiem jeszcze spryt.
Przejawia się on w umiejętnym maskowaniu nieświeżego zapachu
tworzonych dzieł, jakby poprzez spryskanie ich sporą dawką
dezodorantu.
Jest jednak jedna niedawna
kompozycja Jamesa Hornera, przy której w moim odczuciu sięgnął on
nieco wyżej niż do półki z dezodorantami, bo aż (a z drugiej strony
tylko) do tanich perfum. Mam na myśli muzykę do filmu "Chłopiec w
pasiastej piżamie" z 2008 roku w reżyserii Marka Hermana. Dzieło to
powstałe na podstawie opowieści dla dzieci autorstwa Johna Boyna
przedstawia historię przyjaźni dwóch ośmioletnich chłopców. Jednym
jest Bruno – syn niemieckiego oficera, zarządcy obozu
koncentracyjnego; drugim żydowski chłopiec przesiadujący po tej
gorszej stronie ogrodzenia – Szmul. Fakt, że historia przedstawiona
w filmie widziana jest oczami dziecka, wpłynął także na jego warstwę
muzyczną.
I tutaj bezsprzecznie Horner
dowiódł swojego bogatego doświadczenia i intuicji w komponowaniu.
Podzieliwszy swoją partyturę na dwie części, pierwszą z nich oparł
na prostych tematach, które mają na celu oddać naiwne widzenie
świata przez głównego bohatera, by w drugiej, wraz z nadejściem w
filmie dramatycznych wydarzeń, zaburzyć ten dziecięcy spokój
mrocznymi dźwiękami.
Najważniejszy
z tematów prezentuje otwierający płytę "Boys Playing Airplanes".
Wyłania się on delikatnie z początkowo stonowanych uderzeń w
klawisze fortepianu by później wspomagany smyczkami, i
drugoplanowymi dęciakami zaprezentować się w pełnej krasie. Słucha
się tej melodii z niekłamaną przyjemnością, a do tego posiada ona w
sobie odpowiednią dozę emocji, które przypisać możemy małoletniemu
Brunonowi - niewinność, radość, pogodę ducha. Szkoda tylko, że nie
jest to w pełni powiew świeżości, gdyż motyw ten jest zapożyczony z
wcześniejszej kompozycji Hornera do filmu "Dzieci Swinga".
Wybaczamy mu jednak ten
grzeszek, bo w końcu jest to kawałek na naprawdę dobrym poziomie, i
wędrujemy dalej. "Exploring The Forrest" po ciekawym brzmieniowo
początku zamienia się niestety w końcówce w strasznie miałki
underscore. Sytuacja ta nie zmienia się znacząco aż do drugiej
minuty kolejnego na płycie "The Train Ride To A New Home", gdzie
znowu słychać temat główny. Niestety powtarza się tu wcześniejsza
sytuacja i utwór znów kończy się po prostu nieciekawie. Nieco
ożywienia - paradoksalnie - wprowadza oniryczny w klimacie "The
Winds Gently Blow Through The Garden". Przede wszystkim przykuwa on
moją uwagę przemieszaniem delikatnego, magicznego fortepianu z
wprowadzającymi pewną dozę napięcia przeciągłymi smyczkami. Nie ma
jednak co ukrywać, że utwór mógłby spokojnie być krótszy. To samo
tyczy się "Dolls Are Not For Big Girls, Propaganda Is" które
zwyczajnie nie prezentuje sobą nic nowego po poprzedzającym go "An
Odd Discovery Beyond the Trees". Obydwa utwory prowadzone są przez
ładny, zwiewny wokal, co podoba się w pierwszym z nich, ale w
kolejnym już przynudza.
"Black Smoke" wyznacza nam
środek płyty. To tutaj po raz pierwszy główny temat przysłonięty
zostaje przez mroczniejsze tony. W drugiej połowie "Evening Supper –
A Family Slowly Crubles" nie ma on już w sobie nic z beztroski i
przygody. Notabene utwór ten spokojnie mógłby zaczynać się właśnie
od piątej minuty, kiedy to wchodzi wspomniany motyw. Te osiem minut
na płycie to zdecydowanie za dużo.
Horner nie byłby oczywiście
sobą, gdyby nie wykorzystał "swoich" ulubionych czterech nutek,
które to doprowadzają mnie do stanu wyrywania sobie włosów z głowy.
Dlatego też utwór "The Funreal" zazwyczaj pomijam przy słuchaniu
płyty, gdyż nie uśmiecha mi się przedwcześnie wyłysieć.:) W gruncie
rzeczy nic nie tracę, bo jest to do bólu nieciekawa kompozycja,
zdecydowanie najsłabszy punkt płyty.
W dużej mierze to za
sprawą końcowych utworów album pozostawia słuchacza z uczuciem
satysfakcji z poświęcenia mu pięćdziesięciu minut uwagi. "The Boy's
Plans, From Night To Day" daje nam jeszcze chwilkę wytchnienia i
promyk nadziei przed finałem.
Ten następuje w najlepszym
na płycie "Strange New Clothes". Horner nie wysila się tutaj w
poszukiwaniu szczególnie oryginalnych rozwiązań, stawiając jeszcze
raz na doświadczenie i intuicję, które ponownie nie zawodzą. Z
elegancją używając smyczków najpierw długo buduje napięcie, a od
połowy utworu konstruuje prosty, ale bardzo poruszający, narastający
temat towarzyszący tragicznemu rozwiązaniu historii.
I tutaj uwaga odnośnie
działania muzyki w filmie. O ile w końcówce wszystko współgra ze
sobą wyśmienicie, o tyle przez cały wcześniejszy czas trwania filmu
muzyka wydawała mi się być gdzieś obok. Nie tyle ukryta, bo jest ona
w filmie doskonale zauważalna, ale właśnie jakoby na odrębnym
poziomie percepcji. Aż do finałowej sceny nie odniosłem wrażenia
spójności tych dwóch dzieł w jedno, przemawiające wspólnym językiem.
Oczywiście jest to subiektywne odczucie, ale moim zdaniem "Chłopiec
w pasiastej piżamie" jest kompozycją, która swoje walory w pełni
prezentuje na płycie (vide ostatni na playliście, prezentujący
wszystkie tematy "Remembrance, Remembrance"). Album zyskałby nieco
na skróceniu co poniektórych utworów, ale w ostatecznych
rozrachunku, a już na pewno na tle ostatnich dokonań kompozytora,
jest to pozycja potrafiąca dostarczyć sporej satysfakcji. Szkoda
tylko, że ambicje Hornera skończyły się na tanich perfumach. Za dużo
tu jeszcze zapożyczeń i pójścia na łatwiznę, żeby mówić o renesansie
jego twórczości, ale wystarczająco świeżości, żeby ilustrację filmu
Hermana wskazać jako zarodek "lepszych czasów" Amerykanina.
Jak słychać w udanym
"Avatarze" zarodek ten powolutku
się rozwija. Tymczasem ode mnie dla "Chłopca..." mocne trzy nutki –
warto posłuchać, mimo kilku wad.
Autor
recenzji:
Damian Słowioczek
|