|
Trzeba
przyznać, że Hollywood rzadko naprawia swoje błędy – szczególnie,
jeśli idzie o kwestie muzyczne, które często przybierają za oceanem
kuriozalne rozmiary. A jednak od czasu do czasu zdarza się cud i
głos ludu zostaje wysłuchany – tak jak w przypadku drugiej odsłony
przygód żelaznego Tony’ego Starka, przy produkcji której
podziękowano niesławnemu panu Djawadi za dalszą współpracę i
sięgnięto znowu po "epickiego wyjadacza" Johna Debneya. Zaraz, zaraz
– znowu? A tak, bowiem to właśnie Debney miał początkowo zilustrować
pierwszy film, jednak przeszkodził mu w tym mocno napięty grafik,
którego nie zdołał zgrać z reżyserem Jonem Favreau – z którym zrobił
zresztą kilka wcześniejszych filmów. Ale co ma wisieć, nie utonie, a
co się odwlecze, to nie uciecze i oto Debney zawitał w końcu na
kompozytorski stołek. I co?
I od razu słychać
różnicę. Beznamiętne, chaotyczne (acz nawet pasujące do filmu)
zlepki muzyki zostały zastąpione w pełni orkiestrowymi,
pełnokrwistymi tematami z elementami rockowymi. Iron Man w końcu
otrzymał swoją własną, mocną nutę, którą łatwo z nim zidentyfikować
(przepięknie klasyczny, podręcznikowy wręcz "I Am Iron Man"), a
ilustracja zyskała tożsamość i w końcu jest czego posłuchać. Co
prawda Debney w pewnych aspektach kontynuuje, tudzież nawiązuje do
pomysłów poprzednika i pod paroma względami sporo z nich czerpie (w
obu ilustracjach na gitarze elektrycznej gra Tom Morello z Rage
Against The Machine), ale zdołał też dodać dużo od siebie i nadać
całości konkretnego charakteru, jednocześnie nie pozbawiając jej
przysłowiowych jaj.
Sam kompozytor bardzo chwali
sobie robotę, jaką wykonał za niego Djawadi (choć może to tylko
zwykła dyplomacja zmieszana z koleżeńską życzliwością...) i
przyznaje, że zarówno on, jak i reżyser oraz producenci nie
narzucali sobie przy drugim filmie żadnych muzycznych wymogów. Co
więcej – Debney miał podobno całkowicie wolną rękę przy tworzeniu
ilustracji. A jednak obie partytury są na tyle podobne, że niekiedy
wręcz się zazębiają. Oczywiście kompozycja Debneya jest bardziej
zróżnicowana stylistycznie oraz brzmieniowo, korzysta on prawie cały
czas z dużej orkiestry z naciskiem na sekcję dętą i smyczki,
elektronikę traktując jedynie jako frapujący dodatek; a i wyraźnie
słychać różnicę w klasie obu kompozytorów. Niemniej trudno
całkowicie oddzielić od siebie obie prace – koneksje narzucają się
same, szczególnie we fragmentach akcji.
Bo
to właśnie akcja jest najmocniejszą stroną drugiego Ajron Mena –
takie utwory, jak obie wersje "Sledgehammer", nieco bondowskie
"Black Widow Kicks Ass" (które ponoć najprzyjemniej się Debneyowi
tworzyło, ze względu na inspiracje aktorką Scarlett Johansson ;),
oraz najdłuższe na płycie "Monaco" i "Iron Man Battles The Drones"
stanowią solidne filary całej płyty. To ostre, porządne, hard
rockowe granie, które jednakoż zostawia w tyle podobne kompozycje z
pierwszej części (choć zapewne znajdą się przeciwnicy takiej muzyki
– im jednak w ogóle odradzam sięganie po ten album). Aż miło
posłuchać...
Należy też wyróżnić posępny
klimat całości, który sprawia, że muzyka brzmi tu znacznie
poważniej, a chwilami nawet dostojniej od pierwowzoru. Kompozytor
podkreśla zresztą ciągle w wywiadach, iż jego ilustracja jest
znacznie bardziej mroczna i złowroga względem pierwszej – głównie za
sprawą postaci Ivana, który został scharakteryzowany typowym, acz
trafnym w sumie połączeniem pokaźnych, męskich chórów z rosyjską
myślą ludową. Największe wrażenie robi to w otwierającym film i
album "Ivan's Metamorphosis", potem zaczyna powoli ginąć w natłoku
akcji, mimo iż same chóry powracają co jakiś czas w nieco innych,
lżejszych, bądź krótszych adaptacjach.
Niestety Debney chyba za
mocno skupił się na na powyższych detalach bad guya i metalobicia,
gdyż cała reszta albumu jest zwyczajnie słaba. Mało w niej
dramaturgii wijącej się obojętnie gdzieś w tle, przewodzi nudny i
nijaki underscore, który w większości drażni, a pojawiająca się z
rzadka strona liryczna jest zbyt sztampowa i płaska, nawet jak na
letni blockbuster (lajtowy temacik Nicka Fury to jakaś popierdółka).
W dodatku odsłuchu nie ułatwia długość płyty, z której przynajmniej
1/3 należałoby wyrzucić w... cóż, w diabły. Całość ubarwiają co
prawda sympatyczne przerywniki w postaci np.: "Monaco Drive" (znów
aluzja do 007 – bardzo ciekawe jak sprawdziłby się Debney w
przygodach słynnego agenta) czy "Make Way For Tomorrow Expo", ale są
one zbyt krótkie i brzmią jak wyjęte z innej bajki (końcowy utwór
bonusowy to już absolutne kuriozum pod tym względem).
Bez dwóch zdań zmiana
kompozytora wyszła muzyce na dobre. Niestety, jako całość muzyka ta
dalej szału nie robi. Być może wina leży po stronie samego filmu,
którego druga odsłona jest aż nadto chaotyczna, przepakowana i
wtórna. Sam Debney wyszedł jednak ze swojego zadania z tarczą i mam
nadzieję, że dane mu będzie rozwinąć skrzydła w kolejnej części,
która z pewnością powstanie – w końcu trzeba kuć żelazo póki
gorące...
P.S. Oczywiście
istnieje też soundtrack z piosenkami – tym razem w całości autorstwa
grupy AC/DC, która to mocno film promowała. Z tego też względu
wspomniany soundtrack można było nabyć jeszcze przed wypuszczeniem
filmu do kin (także w edycji kolekcjonerskiej – wraz z dvd,
książeczką, plakatem, komiksem i naklejkami), natomiast opisywany
score dopiero w dwa miesiące po jego premierze.
Autor
recenzji: Mefisto
Przeczytaj także:
|