|
Kiedy mowa
o długoletnich, artystycznych związkach reżyserów z kompozytorami, błyskawicznie
pojawiają się takie nazwiska jak Spielberg i Williams, Burton i Elfman czy
Shyamalan i Newton Howard. Do tej czołówki niewątpliwie należy też duet
stworzony przez Hayao Miyazakiego i Joe Hisaishiego. Obaj artyści spotkali się
po raz pierwszy w 1982 roku podczas pracy nad filmem
"Nausicaä z doliny wiatru". Po jego sukcesie ich drogi jednak na chwilę
rozeszły się. Miyazaki zajął się przygotowaniami kolejnego filmu i
organizowaniem Studia Ghibli, a Hisaishi stworzył solowy krążek
"alpha-BET-City". Kompozytor stał się również popularny w świecie filmu, o czym
świadczą liczne ścieżki dźwiękowe powstające w kolejnych latach. Do ciekawszych
z pewnością należy "Arion" – anime z roku 1986 będące dzieckiem Studia Sunrise,
największego konkurenta Ghibli. Pokazuje to, że mimo sukcesu
"Nausicaä..." i możliwości jakie dzięki temu
zyskał japoński kompozytor, nie planował on lojalności wyłącznie animacjom
Miyazakiego.
Niemniej to właśnie Joe Hisaishi został
autorem ścieżki dźwiękowej do kolejnego anime Studia Ghibli pod tytułem "Laputa –
podniebny zamek". Tym razem fabuła filmu została osadzona w alternatywnej
przeszłości. Miyazaki stworzył świat pozbawiony zaawansowanej technologii, w
którym maszyny latające przypominają gigantyczne owady zasilane silnikami
parowymi a ludzie prowadzą spokojne, małomiasteczkowe życie. Bohaterami filmu są
dzieci (Pazu i Sheeta), próbujące odnaleźć legendarne, latające miasto –
Laputę. Ochotę na zgromadzone tam bogactwa i potężną broń mają też piraci oraz
wojsko. Obraz ten, bardziej niż "Nausicaä..."
inspirowany kulturą Zachodu, wykorzystuje między innymi mit Atlantydy i
nieuniknionego upadku utopii. Niewielka odmiana nastąpiła też w muzyce Joe
Hisaishiego, który tym razem zdecydowanie więcej czerpie z klasycznych wzorców.
"Laputa…"
powstała w roku 1986, a więc tylko dwa lata po
"Nausicaä..." – oba te filmy łączy bardzo wiele w kontekście sposobu ich
realizacji i komunikacji z widzem. Mimo widocznych wpływów kultury zachodniej,
zarówno w treści filmu jak i warstwie muzycznej, "Laputa…" ciągle oparta jest na
charakterystycznej, japońskiej wrażliwości. Ścieżki dźwiękowej Hisaishiego,
podobnie jak w "Nausicaä...", jest zatem
niewiele i pojawia się jedynie w najważniejszych momentach filmu. Nie
przeszkadza dialogom, ale podkreśla akcję i stanowi swoisty refren między
kolejnymi aktami obrazu. Dzięki bogatej i chwytliwej tematyce w rewelacyjny
sposób ubarwia rysunki Miyazakiego czyniąc z nich animowany poemat. W jego
zrozumieniu pomagają inspiracje Zachodem, z których nieśmiało
czerpie tutaj Hisaishi. Niektóre z zastosowanych przez niego rozwiązań wręcz
naśladują disnejowskie archetypy, oparte skądinąd na europejskiej klasyce (np.
muzyczne zilustrowanie poranku w "A Morning Of The Slag Racine").
Dwa lata dzielące oba filmy pokazują też
w jaki sposób rozwinął się warsztat Hisaishiego. Tym razem znacznie większy
udział w ostatecznym brzmieniu mają 'żywe' instrumenty. Japończyk nadal podpiera
się elektroniką i stylistyką popularną w latach 80', ale ich funkcja jest
stricte koncepcyjna. Wszelkie 'sztuczne' dźwięki są bowiem przypisane zaginionej
cywilizacji Laputy i podkreślają jej mistyczną otoczkę ("Robot Soldier
(Resurrection ~ Rescue)", "An Omen To Ruin"). Identycznie jak w poprzednim
filmie Miyazakiego, ten typ muzyki pogłębia niezwykłość nowego świata nie tylko
swoją treścią ale i formą. Niemniej to właśnie brzmienie orkiestry stanowi
większość tej ilustracji odpowiadając za lirykę i dramatyzm filmu. Staje się ona
głównym nośnikiem emocji a całej historii nadaje głębi. To właśnie dzięki temu,
nawet po ponad 20 latach, jest to ścieżka dźwiękowa, której słucha się bardzo
dobrze. Jej bogactwo tematyczne, prezentowane przez ponadczasowe brzmienie
orkiestry symfonicznej, jest znacznie łatwiej dostrzegalne niż w przypadku
hermetycznej stylistycznie "Nausicaä z doliny wiatru".
Chyba najbardziej oczywistym
wyznacznikiem stylu japońskiego kompozytora jest umiejętność tworzenia pięknych
i chwytliwych melodii. Ta zdolność uwidoczniła się już na początku jego kariery
w "Nausicaä...". Pod tym względem "Laputa –
podniebny zamek" brzmi bardzo podobnie, ujawniając kilka pięknych i długich
tematów, które doskonale identyfikują film i jego najważniejsze punkty. Są to
proste melodie, napisane w taki sposób, że bez problemu mogłyby stać się
piosenkami. I to właśnie ta cecha muzyki Hisaishiego zjednuje mu najwięcej
zwolenników. Komponowane przez niego melodie wręcz opowiadają przypisaną im
historię – wypełnione treścią i emocjami nieśpiesznie budują poetykę filmu, do
którego powstały. W "Lapucie..." można się o tym przekonać słuchając
"The Girl Who Fell From The Sky" czy "Laputa: Castle In The Sky" – dwóch suit
doskonale opisujących istotę i przesłanie tego anime.
"Laputa – podniebny zamek" to druga
wspólna praca Hayao Miyazakiego i Joe Hisaishiego, która pokazuje rozwój obu
tych twórców. Z odwagą patrzą oni na zachodnią kulturę, wykorzystując niektóre
jej elementy, ale jednocześnie mocno trzymając się korzeni. Dzięki temu ich
dzieło zyskuje miano animowanego poematu, który dostarcza rozrywki, ale niesie
też ze sobą głębsze przesłanie unikając disnejowskiej bajkowości. Wszystko to
dzieje się w ramach specyficznej, japońskiej wrażliwości, czasem niestety trudnej do
zrozumienia dla zachodniego widza. I to właśnie dlatego w roku 1999 Joe Hisaishi
został poproszony o napisanie nowej wersji ścieżki dźwiękowej do amerykańskiej
wersji filmu…
Autor recenzji:
Łukasz Waligórski
Przeczytaj także:
|