|
W latach
90' amerykańscy dystrybutorzy poważnie zainteresowali się japońskimi filmami
animowanymi. Najodważniejszy na tym polu okazał się Disney, który postanowił
nawiązać współpracę ze Studiem Ghibli. W rezultacie w roku 1998 do amerykańskich
sklepów trafiła "Podniebna poczta Kiki". Jej sukces zachęcił Disneya do dalszego
czerpania z dorobku Miyazakiego, dlatego rok później postanowiono zainwestować w
"Laputa – Castle In The Sky". Te powstałe w
latach 80' anime zostało jednak uznane ze zbyt hermetyczne dla amerykańskiego
widza, dlatego zdecydowano się na kilka istotnych modyfikacji. Poza zmianą
tytułu filmu na "Castle In The Sky" ('la puta' to hiszpański wulgaryzm)
odświeżono też jego warstwę dźwiękową – i nie chodzi tu wyłącznie o dubbing.
Otóż poproszono Joe Hisaishiego, kompozytora ścieżki dźwiękowej do oryginalnej
"Laputy…", aby uzupełnił stworzoną w 1986 roku muzykę tak, by cały film stał się
przyjaźniejszy zachodniemu widzowi.
Japończyk podjął to wyzwanie, jednak już
na początku prac nad nową muzyką, okazało się, że uzupełnianie istniejącej
ścieżki dźwiękowej zupełnie mija się z celem. Jedynym wyjściem umożliwiającym
zachowanie integralności całej muzyki, było napisanie jej od nowa, tym razem
utrzymując ją w specyfice kina zachodniego. Głównym zarzutem przeciw wersji z
1986 roku, były fragmenty filmu, czasem trwające nawet 7 minut,
pozbawione muzyki. W japońskiej wersji "Laputy…", która trwała ponad 2 godziny
znajdowało się bowiem niecałe 60 minut muzyki. W amerykańskich filmach
animowanych, głównie disnejowskich, takie przerwy były wręcz nie do pomyślenia i
wywoływały niepokój widzów. Zadanie Hisaishiego polegało zatem na ujednoliceniu
brzmieniowym całej ścieżki dźwiękowej i wypełnieniu nią pustych miejsc w filmie.
Oczywiście zachowany został cały materiał tematyczny, do którego dołączyły też
kolejne melodie. Prace nad nową muzyką trwały ponad dwa miesiące i prowadzone były na dwóch
kontynentach. Po napisaniu całej partytury w kwietniu 1999, Joe Hisaishi nagrał
w Tokio wszystkie partie solowe fortepianu. Następnie poleciał do USA, gdzie w
maju nowa muzyka została nagrana przez Seattle Music Orchestra.
W
japońskiej wersji filmu, muzyka wykonywana była głównie przez orkiestrę
symfoniczną, jednak istotne jej fragmenty opierały się na brzmieniach
elektronicznych. Było to związane z koncepcją ścieżki dźwiękowej, która za
pomocą syntetycznych dźwięków miała ilustrować wszystko co związane z Laputą –
mitycznym, latającym miastem stworzonym przez pradawną cywilizację. W nowej
wersji muzyki paleta brzmieniowa została ograniczona wyłącznie do orkiestry (z
kilkoma drobnymi wyjątkami np. w "The Levitation Crystal"). Taki zabieg miał
dostosować ścieżkę dźwiękową do oczekiwań zachodniego widza, przyzwyczajonego do
jednolitego brzmienia filmów Disneya. Poza tym, jak przyznał sam Hisaishi, po 14
latach nie dysponował już bibliotekami dźwięków, których użył w pierwszej wersji
filmu, a ich odtworzenie byłoby zbyt pracochłonne.
Amerykańską wersję muzyki do
"Laputy…"
można rozpatrywać dwojako. Z jednej strony warto przyjrzeć się zmianom, jakich
dokonał Hisaishi i w jaki sposób zaadaptował swoje dzieło na potrzeby zachodniej
widowni. Dzięki temu dostrzega się różnice w roli muzyki filmowej w
produkcjach azjatyckich i hollywoodzkich. Jednocześnie jest to także przykład
muzycznej ewolucji kompozytora, którego warsztat ogromnie wzbogacił się przez te
14 lat. Porównując orkiestracje, rytmikę i ekspresję obu partytur można łatwo
dostrzec dzielącą je przepaść. Mimo unifikacji brzmienia, nowa
"Laputa…" jest
bogatsza i pełniejsza. To muzyka, w której można poczuć głębię. Jej rola w
filmie jest jednak nieco inna niż pierwotnie. Długie fragmenty stricte
ilustracyjne, sprowadzające się tylko do funkcji wycofanego za obraz narratora,
odbierają całości poetykę pierwowzoru. Słysząc w filmie muzykę 'od deski do
deski' zaczyna się traktować ją jako kolejny element dzieła, nie zauważając jej
wkładu w odbiór całości. W pewnym sensie traci ona na wyjątkowości w połączeniu
z obrazem, realizując disnejowskie klisze.
Jest jednak jedna istotna cecha, która
każe cenić nową wersję muzyki ponad jej pierwowzór – autonomia. Tym razem
całości o wiele lepiej słucha się bez znajomości obrazu. Bogactwo orkiestracji,
dynamika i tematyka nowej ścieżki dźwiękowej sprawiają, że ona jest bardzo
przyjemna dla ucha, a słuchana z płyty potrafi jeszcze bardziej zachwycić kunsztem
kompozytora. Jednocześnie to chyba pierwsza praca Hisaishiego, w której można
tak wyraźnie usłyszeć inspiracje Johnem Williamsem i innymi amerykańskim
klasykami. W swoim kolejnym filmie dla Ghibli ("Ruchomy zamek Hauru") Japończyk
pójdzie jeszcze dalej tym tropem nawiązując do Gershwina.
Niemniej "Castle In The Sky" to kolejne
dzieło posiadające liczne sygnatury charakterystycznego stylu Joe Hisaishiego.
Tematy oryginału brzmią tutaj jeszcze piękniej i bardziej majestatycznie. Muzyka
akcji podporządkowuje się zachodniej stylistyce porywając drapieżną rytmiką i
przytłaczając brzmieniem orkiestry. Najbardziej satysfakcjonujące są jednak,
dotąd niespotykane, drobne elementy orkiestracji, które zaskakują swoją
trafnością i prostotą. To muzyka wypełniona takimi małymi niespodziankami, które
zachęcają do jej uważnego słuchania. Jednocześnie trudno odmowić jej
przebojowości, która zwraca na nią uwagę już przy pierwszym przesłuchaniu.
Magnetyzm stylu Hisaishiego, mimo tak głębokich inspiracji zachodnimi
schematami, jest niezaprzeczalny. Poza tym "Castle In The Sky" jest, jak do tej
pory, jedyną pracą japońskiego kompozytora dla Hollywood - to kolejny dowód jej
niezwykłości. Innymi słowy to pozycja, po którą koniecznie trzeba sięgnąć.
Autor recenzji:
Łukasz Waligórski
Przeczytaj także:
|