|
Bracia
Wachowscy wywołali gigantyczne zamieszanie pokazując w roku 1999 "Matrixa".
Ogromny sukces filmu stał się początkiem kariery, polegającej głównie na
produkowaniu filmowych adaptacji komiksów i kreskówek. Ich nazwisko pojawiało
się w ostatnich latach przy takich projektach jak
"V jak Vendetta", "Speed
Racer" czy ostatnio "Ninja Assassin". Niestety każdy kolejny film Wachowskich
coraz bardziej rozczarowuje przewagą formy nad treścią. Ich najnowsze dzieło
niczym nie przypomina już inteligentnego i pełnego odniesień "Matrixa", będąc
jedynie krwawą rozrywką utrzymaną w teledyskowej stylistyce MTV. Także pod
względem muzycznym jest to ogromne rozczarowanie pozostające daleko za pracami
Dona Davisa ("Matrix"), Dario Marianelliego ("V jak Vendetta") czy Michaela
Giacchino ("Speed Racer"). "Ninja Assassin" Ilana Eshkeri niewiele ma do
zaoferowania poza zwykłą poprawnością.
Dla samego kompozytora możliwość pracy
przy tak głośnym projekcie, zapewne była szansą na zaistnienie i wspięcie się o
niejeden szczebel na drabinie kariery. Eshkeri sukcesywnie buduje swój dorobek
tworząc od kilku lat solidne ścieżki dźwiękowe, które pozwalają mu na kolejne
atrakcyjne angaże. Bez wątpienia przełomem w jego karierze był "Gwiezdny pył",
który pod względem muzycznym oczarował słuchaczy i krytyków. Także "Młoda
Victoria" udowodniła, że Brytyjczyk ma nie lada talent. Jednak "Ninja Assassin"
nieco zawodzi, brzmiąc anonimowo, chaotycznie i sztampowo. Trudno znaleźć w tej
muzyce elementy świadczące o ponadprzeciętnym talencie kompozytora – ot,
przewidywalna i typowa ścieżka dźwiękowa kina akcji.
Złudną
nadzieją napawa początek tej ścieżki dźwiękowej będący odwołaniem do ciekawych
koneksji między kinem amerykańskim i azjatyckim. Powstające w latach 70' i 80'
na Dalekim Wschodzie filmy, których głównym motorem były popisy sztuk walki, w
pewnym momencie zaczęły mocno czerpać ze stylistyki amerykańskich i włoskich
westernów. Jednym z elementów, który był wyjątkowo mocno akcentowany w owym
czasie, była muzyka. Pojedynkom skośnookich wojowników często
towarzyszyły kompozycje przywodzące na myśl słynne rewolwerowe pojedynki kowbojów.
Główną inspiracją azjatyckich filmowców był oczywiście najbardziej
charakterystyczny twórca tamtych czasów – Ennio Morricone. Czołówka "Ninja
Assassin" przywołuje te koneksje, wykorzystując brzmienie elektrycznych gitar,
męskich chórów i tradycyjnych instrumentów (shakuhachi i zampona – często
wykorzystywanym przez Morricone). Taki początek daje nadzieję na stylistyczny
hołd rodem z filmów Tarantino – nic bardziej mylnego.
Tylko kilkanaście początkowych minut
filmu budzi podobne skojarzenia. Cała reszta muzyki Ilana Eshkeri zmierza już ku
szablonom i kliszom rządzącym w Hollywood. Na myśl przychodzą takie nazwiska jak
Brian Tyler, Ramin Djawadi, Tyler Bates a nawet Hans Zimmer. Na horyzoncie
pojawia się zatem orkiestra, elektronika, perkusja i wszechogarniająca
funkcjonalność. Muzyczna przemoc w najbardziej brutalnym i banalnym wydaniu.
Poza czołówką filmu, jest to muzyka schowana za obrazem, która niewiele ma do
powiedzenia w ostatecznym jego odbiorze. Kompozytor stara się uatrakcyjniać
swoje dzieło, wprowadza orientalne akcenty i rzewne solo wiolonczeli. Niestety
niewiele w tym oryginalności, która mogłaby ostatecznie ukazać styl i talent
Ilana Eshkeri. Przykładem może być sekwencja bębnów, pojawiająca się w "Training",
która łudząco przypomina "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka" Tana Duna.
Ostatecznie bliżej tej muzyce do
widowiskowości i powierzchowności MTV niż symboliki kina Tarantino, która
mogłaby się w tym filmie rewelacyjnie sprawdzić. Piosenki, pojawiające się na końcu płyty
niestety tylko to potwierdzają. Można tu co prawda znaleźć niebanalne rockowe
ballady zdradzające, że twórcom filmu najwidoczniej świtała w głowach idea
bardziej symbolicznej i nieszablonowej muzyki. Niemnej obecność też hip-hopu nie
pozostawia złudzeń, co do kategorii wiekowej grupy docelowej tego "dzieła". Finalnie
muzyka ta bardziej przypomina dokonania podopiecznych Hansa Zimmera, będąc
pracą anonimową i pozbawioną oryginalności, dzięki której mogłaby na dłużej
pozostać w pamięci. Nieliczne fragmenty, będące przebłyskiem aranżacyjnej
przebiegłości Ilana Eshkeri, nie podnoszą jej wartości na tyle, by była to
pozycja warta uwagi entuzjastów muzyki filmowej.
Autor recenzji:
Łukasz Waligórski
|