|
Film
"Parnassus: Człowiek, który oszukał diabła" Terry’ego Gilliama
budził spore nadzieje. Fantastyczny zwiastun, znakomita obsada i
oczywiście nazwisko reżysera nie rozgrzewały może tak emocji
kinomanów jak "Avatar", ale na pewno budziły zainteresowanie.
Gilliam postawił przed sobą ambitny cel stworzenia nowej mitologii
na miarę XXI wieku, wielkiej opowieści nad opowieściami i jeśli
porównać efekt z zamierzeniami, poniósł klęskę. Stworzył jednak
dzieło pod wieloma względami intrygujące i mimo pewnej niepełności,
szalenie inspirujące. Do tego, co nikogo nie powinno dziwić,
nakręcił film ekscentryczny, a do takich niezmiernie trudno pisze
się muzykę.
Dla wielu osób naturalnym
wyborem byłby w tym przypadku Elfman. Mimo pozornych podobieństw
ekscentryzm Gilliama mocno różni się jednak od stylu Burtona,
dlatego twórca "Fisher Kinga" sięga raczej po kompozytorów
niekojarzonych zwykle z "dziwaczną" muzyką, George’a Fentona czy
Dario Marianellego. Do pracy nad "Parnassusem" zaprosił zaś braci
Danna, z którymi współpracował zresztą już wcześniej przy "Krainie
Traw".
Przyznam,
że musiałem kilka razy przesłuchać całe nagranie, by oswoić się z
tą muzyką. Wiele pomogło mi obejrzenie filmu, dopiero po seansie
zrozumiałem strukturę całej ścieżki, dobór instrumentarium czy
zaskakującą melodykę. "Parnassus" nie jest łatwy w odbiorze. Panowie
Danna w żaden sposób nie ułatwiają jej odsłuchu. Pierwsza rzeczą,
jaka zaskakuje to atmosfera. Ten kto zna film z recenzji, zwiastuna
czy opowiadań znajomych najpewniej będzie oczekiwał muzyki
symfonicznej, o możliwym nowoczesnym zabarwieniu melodyką rodem z
cyrku. Ja osobiście spodziewałem się czegoś w stylistyce
"Moulin
Rouge!". Niepokojące otwarcie coś w tym rodzaju nawet obiecuje,
sytuacja jednak bardzo szybko się zmienia. Określenie, jakie
przychodzi mi do głowy przy opisie tej ścieżki to "muzyczny kolaż"
-
zawiedzie się ten, kto oczekuje muzyki spójnej i uporządkowanej.
"Parnassus" to kompozycja zawiła, a przy tym bardzo zróżnicowana.
Warto zwrócić uwagę,
iż bracia Danna napisali zaledwie dwa w pełni rozwinięte tematy.
Owszem pojawiają się raz na jakiś czas te same melodie, bez problemu
da się ich kilka wyłuskać, ale nigdzie nie wybrzmiewają one jako
odrębna całość. Są to raczej frazy, które mają nam się kojarzyć z
daną postacią czy wątkiem. Należytą pełnię osiągnęły jedynie dwa
tanga, co jednak zostało wymuszone tanecznymi scenami w filmie.
Niejako tematem głównym jest za to pojawiająca się w pierwszym
utworze, powtórzona trzykrotnie, fraza skrzypiec (później pojawia się
także w innych aranżacjach). Ma ona w sobie dużo smutku, trudno mi
przy tym określić ją mianem pełnoprawnej melodii.
Podobnie
zresztą rzecz ma się z jazzowym motywem granym na saksofonie, a
połączonym z postacią Pana Nicka. W kontekście całości materiału ten
nagły klimat rodem z zadymionego baru w ogóle nie pasuje. Dopiero,
gdy ma się przed oczami Toma Waitsa z papierosem w ustach, taki
dobór stylistyki staje się całkowicie uzasadniony. Podobnych
przypadków pojawia się zresztą na płycie więcej. Jest w tym z jednej
strony wina braci, którzy nie postarali się o większą autonomiczność
utworów, co utrudnia odbiór muzyki oderwanej od obrazu, z drugiej
zaś skutek zamysłu Gilliama, który najwyraźniej zażądał tak
rozchwianej stylistycznie muzyki: jest tu i ckliwy liryzm, i marsze, i
hałaśliwe ściany dźwięku, a nawet dwie króciutkie piosenki:
kabaretowe "We Love Violence" i ostentacyjnie kiczowate "We Are the
Children of the World".
Trzeba przyznać, iż kompozytorom nie brakuje
wyobraźni, próbują epiki w stylu Howarda Shore’a, nawiązują do stylistyki
kojarzącej się z paryskim brukiem czy też melodii cygańskich. Nie
mają jednak pomysłu, jak ogarnąć pojawiający się niemal w każdym
utworze chaos. Dlatego właśnie owa mieszanka jest niełatwa do
strawienia bez znajomości filmu, gdzie każdy stylistyczny zwrot
muzyki ma swoje logiczne uzasadnienie. Nie mogę przy tym powiedzieć,
by muzyka w filmie sprawdzała się jakoś nadzwyczaj dobrze. Ładnie
podkreśla, co bardziej dramatyczne momenty, kiedy trzeba wprowadza
niepokój i co ważne, zostaje w mniejszym lub większym stopniu
dostrzeżona, nie jest jednak tak znaczącą częścią budowanego na
ekranie świata, jak można by oczekiwać.
Mamy zatem do czynienia z
muzyką średnią, wyraźnie słabszą od samego filmu, a pozbawioną jego
wsparcia całkowicie niezrozumiałą. Jeśli ktoś nie zamierza
"Parnassusa" oglądać, to niech lepiej nie sięga po ścieżkę
dźwiękową, nawet jeśli ceni panów Danna. Pozostałym przypomni ona
niektóre sceny z filmu i miejscami może nawet sprawić nieco
przyjemności. Przyznam jednak, że oczekiwania miałem dużo większe.
Autor
recenzji: Jan Bliźniak
|