|
Jeszcze
kilka lat temu filmy Ridleya Scotta mogły poszczycić się nie tylko
świetną fabułą, wyrazistymi postaciami, czy przepiękną stroną
wizualną, ale również doskonałą muzyką. Wielokrotna współpraca z
takimi tuzami, jak Jerry Goldsmith, Vangelis, czy Hans Zimmer
zaowocowała wspaniałymi ścieżkami dźwiękowymi, które złotymi nutami
wpisały się do historii muzyki (nie tylko) filmowej. Tylko, że to
było kiedyś... Aktualnie zaś daleki od porównywalnych sukcesów jest
Marc Streitenfeld – obecny protegowany Scotta, który wyparł ze
stołka "nadwornego kompozytora" samego Zimmera, pod którego
skrzydłami zresztą zaczynał swój american dream. "Robin Hood" jest
już jego czwartą (po "A Good Year", "American Gangster" i "Body of
Lies") współpracą z tym reżyserem. I tak jak poprzednie, tak i ta
jakoś szczególnie nie zachwyca – choć tym razem pole do popisu było
znacznie większe.
Nie bez powodu najnowszy
film sir Scotta już przed premierą nazywany był drugim
"Gladiatorem". Niestety, najnowszą wersję przygód legendarnego
rzezimieszka z Nottingham można co najwyżej nazwać "Gladiatorem dla
ubogich", gdyż nie oferuje widzowi nawet połowy doznań, co tamto
epickie widowisko. A i w porównaniu z dotychczasowymi filmami o
Robinie produkcja ta prezentuje się średnio. Samej muzyce również
bardzo daleko do poziomu prac Korngolda czy Barry’ego (bo o Kamenie
i zespole Clannad nie ma nawet co wspominać). Kompozycję
Streitenfelda można potraktować, jako słabszą i uboższą wersję
partytur do poprzednich fresków historycznych brodatego Anglika,
czyli "Królestwa niebieskiego" i wspomnianego
"Gladiatora".
Niestety, nadmienione tytuły
nie były jedyną inspiracją nieogolonego Niemca przy tworzeniu tej
partytury. O ile wcześniej próbował on jakoś przemawiać własnym
głosem (co chyba najlepiej wyszło w lekkim, odprężającym "Dobrym
roku"), o tyle w "Robin Hoodzie" zbyt często daje się słyszeć
kopiowanie Zimmera, oraz całego stylu Media Ventures jako takiego.
Wyszło to zresztą dość nieudolnie, co słychać zwłaszcza w bezbarwnej
i płaskiej muzyce akcji, która wręcz razi swoją sztucznością i
brakiem efektywności. Do tego dochodzi długość poszczególnych
utworów – minuta lub dwie, zupełnie jakby kompozytor nie miał
pomysłu na dłuższy i bardziej złożony action score. Jasnym punktem
tegoż zdaje się być jedynie "Siege" z ciekawą aranżacją motywu
Robina.
Tenże
motyw jest zresztą kompozycją przewodnią całej partytury, wobec
czego pojawia się dość często – tak w filmie, jak i na płycie.
Usłyszeć możemy go już w utworze "Destiny", a w pełnej okazałości
prezentuje się w "Fate Has Smiled Upon Us". To dobry, chwytliwy
kawałek, ale słuchając go ma się nieprzyjemne uczucie deja vu. Nie
bez powodu – melodia ta jest uderzająco podobna do utworu "Arrival
to Earth" z "Transformers" Stefcia Jabłonki. Streitenfeld ma więc
albo specyficzne poczucie humoru, albo po prostu cierpi na zaniki
pamięci i zaburzenia słuchu, skoro motyw dla średniowiecznego
bohatera stworzył w oparciu o muzykę do filmu o gigantycznych
robotach z kosmosu. Jakkolwiek by tego nie tłumaczyć, to jednak
niesmak pozostaje – nawet mimo ogólnej "fajności" obu tematów.
Na całe szczęście nie
oznacza to od razu, że jest to jedna wielka muzyczna porażka, od
której najlepiej trzymać się z daleka. Gdy odrzucić zarówno punkt
odniesienia do innych ścieżek, jak i natchnione kopie kopistów
(które przynajmniej po części zasugerował sam reżyser i/lub
producenci), to otrzymać można niezgorszy soundtrack, który w miarę
dobrze sprawdza się w filmie, a i poza nim prezentuje się OK.
Szczególnie nieźle Streitenfeld radzi sobie w sferze lirycznej,
która może też jakoś wielce oryginalna nie jest, ale robi
niepomiernie większe wrażenie i posiada spory ładunek emocjonalny.
Dodatkowo jest ona zabarwiona przyjemnym dla ucha, folkowym klimatem
i celtyckimi brzmieniami, które dodają tej muzyce tak potrzebnego
zróżnicowania i kolorytu. Najlepszym tego przykładem jest świetne,
wieńczące płytę i film "Merry Men", w którym nie razi nawet
wpleciona weń nuta Robina.
Nieco trudniej sklasyfikować
jest motyw czarnego charakteru – Godfreya. Na pewno udało się
stworzyć dość charakterystyczny, złowrogo narastający temat, który
jednak na dłuższą metę staje się zwyczajnie irytujący. Choć utwór o
tej nazwie prezentuje się ciekawie i intrygująco, to jednak sam
temat pojawia się zbyt często, przez co zaczyna męczyć –
szczególnie, że Streitenfeld nie zadał sobie najmniejszego trudu,
aby choć trochę go przearanżować, czy podrasować w odpowiednich
momentach. Nie, on go nuta po nucie powtarza co jakiś czas. Lecz
mimo to, jest to i tak, obok dramatycznego "Nottingham Burns", jeden
z najciekawszych i najbardziej pomysłowych fragmentów partytury.
Generalnie nie można
powiedzieć, że nie było pomysłu na ten score. Wady "Robin Hooda"
A.D. 2010 wynikają przede wszystkim z braków warsztatowych i
nieobycia muzycznego Streitenfelda. Najwidoczniej nie był jeszcze
gotowy na (z założenia) epicki film kostiumowy, któremu to wyzwaniu
sprostał połowicznie. Napisał on co prawda muzykę poprawną,
miejscami przyjemną w odbiorze, ale nic ponadto. W dodatku jego
ilustracja sporo traci na tle innych kompozycji do filmów Scotta
i/lub tych o zakapturzonym Robinie. Tak więc można spokojnie sięgnąć
po tę płytkę, ale też nie należy oczekiwać po niej "drugiego
Gladiatora".
Autor
recenzji:
Maciej Wawrzyniec Olech i Mefisto
|